Od pewnego czasu obserwuję zjawisko na pozór niewinne, a jednak potrafiące zepsuć nastrój szybciej niż brak porannej kawy. Chodzi o pewien typ ludzi — najczęściej czterdziesto- i pięćdziesięciolatków — którzy wydają się funkcjonować w trybie permanentnego: „wszystko jest nie tak”. Spotykam ich wszędzie: w kolejkach, na przystankach, w urzędach, a nawet w parkach, gdzie — teoretycznie — powinno się oddychać spokojniej. Tam, między drzewami i śpiewem ptaków, potrafią mruknąć: „Te ptaki to chyba specjalnie tak drą się od rana”.
To ludzie, którzy na pytanie: „Jak się masz?” odpowiadają wyłącznie: „Oj, nie pytaj” albo „A jak może być?” — zawsze tonem osoby, którą właśnie dopadła życiowa katastrofa. Choć zwykle chodzi o coś tak spektakularnego jak krzywo zaparkowane auto sąsiada.
Z czasem zaczęłam mieć wrażenie, że narzekanie bywa dla niektórych czymś więcej niż odruchem. To hobby. Pasja. A może nawet fundament tożsamości. Jedni zbierają znaczki, inni biegają półmaratony, a jeszcze inni z zapałem kolekcjonują powody do narzekania. I robią to tak profesjonalnie, że aż dziw, że nie istnieje jeszcze olimpiada marudzenia: złoto za najdłuższą litanię skarg, srebro za najczarniejszą wizję świata, brąz za narzekanie na cudze narzekanie.
Skąd się to bierze?
Odpowiedzi jest kilka.
Może to kwestia wychowania, wieloletniego przekonania, że nie wolno się cieszyć zbyt głośno, bo „na pewno się nie uda”. A może echo czasów, w których dorastali: szarości lat 80., późniejszych wyścigów z kredytami, zmianami ustrojów i wiecznym poczuciem, że „wszystko trzeba samemu”.
Z takim bagażem łatwo stracić zdolność zachwycania się światem. Łatwiej trzymać się tego, co trudne i znane, niż tego, co kruche, dobre i niepewne.
A może to po prostu przyzwyczajenie. Narzekanie bywa jak stary, sprany sweter: gryzie, nie leży dobrze, ale człowiek nosi go dalej, bo „jest jakiś”.
Jest jednak jeszcze jeden powód: narzekanie daje złudzenie kontroli. Kiedy człowiek powie „jest źle”, ma poczucie, że nazwał problem, a więc jakby coś zrobił. Wybiera najprostszy mechanizm: skarżenie się. To jak drapanie rozdrapanej rany — ulga krótkotrwała, efekt długotrwały: tylko gorzej.
A ja?
Ja na takich ludzi jestem trochę… alergiczna. Naprawdę. Dłuższe przebywanie z chronicznymi pesymistami wywołuje u mnie mieszaninę duszności, poczucia winy, że powinnam współczuć, i nagłego spadku nastroju.
Dlatego nauczyłam się jednej rzeczy: trzymać dystans. Nie z obojętności, ale z troski o własną higienę psychiczną.
Unikam chronicznych marud tak, jak unika się deszczu bez parasola — nie dlatego, że deszcz jest zły, tylko dlatego, że nie chcę moknąć bez potrzeby. I nie ma to nic wspólnego z brakiem empatii. Wręcz przeciwnie — spotkałam wielu ludzi, którzy mimo trudnych doświadczeń nie utracili w sobie światła. Dzięki nim wiem, że narzekanie nie jest kwestią losu, lecz wybieranym stylem życia.
A skoro tak — ja wybieram inaczej.
Zamiast narzekać — zauważam.
Drobiazgi. Banalności. Światło odbite w szybie. Zapach herbaty. Miękkość porannego światła. Śmiech kogoś, kogo kocham. Życie składa się z takich właśnie drobiazgów i tylko od nas zależy, czy będą ciężarem, czy małymi radościami.
Czasem mam ochotę powiedzieć tym wiecznie skrzywionym ludziom z kolejki:
„Naprawdę, życie nie jest takie złe. Jest zdrowie. Jest czas. Są dobrzy ludzie. Trzeba tylko zacząć to zauważać”.
Ale wiem, że słowa rzadko zmieniają przyzwyczajenia. Zwłaszcza te pielęgnowane latami. Dlatego robię to, co mogę: pokazuję własnym życiem, że można inaczej. Lżej. Bardziej świadomie. Z wdzięcznością, nawet za drobiazgi.
Bo naprawdę — warto.






