Krew na Wybrzeżu. Grudzień 1970. Dziewięć dni, które wstrząsnęły Polską

Date:

Grudzień 1970 r.

Sobotni wieczór. Z radiowych głośników sączy się, czytana beznamiętnym głosem, zła wiadomość. Wielu tej nocy będzie miało koszmarne sny. Wielu nie zaśnie wcale.

Kolejny dzień – niedziela. Handlowa, sklepy są więc otwarte. To, co zapowiedziano wieczorem, spełnia się: drastyczne podwyżki cen. Nikt wcześniej nie przestrzegał Polaków, dlatego czują się oszukani przez władzę. Nie pierwszy raz… Za kilkanaście dni Boże Narodzenie. Na usta ciśnie się pytanie: to jeszcze bieda – czy już nędza? Gazety potwierdzają: zdrożeje wszystko. Nawet marmolada. Zaczyna się jeden z najtragiczniejszych momentów w powojennej historii: 9 dni, o których historycy powiedzą potem, że „wstrząsnęły Polską”.

Poniedziałek, 14 grudnia. Na ulicę wychodzą pracownicy gdańskiej stoczni im. Lenina. Potem dołączą do nich grupki studentów. Dziesięć godzin będą prosić władzę o rozmowy. Władza ludowa nie jest jednak zainteresowana rozmowami z ludem. Jest zainteresowana uspokojeniem protestów, za wszelką cenę.

15 grudnia, wtorek. Eskalacja przemocy. Już nie tylko gaz łzawiący, petardy. Padają strzały, są pierwsze ofiary śmiertelne. Ludzie nie ustępują. Emocje sięgają zenitu. Demonstranci podpalają siedzibę partii. Strajk rozpoczynają inne zakłady na Wybrzeżu, w tym szczecińska stocznia im. Warskiego. To ona będzie już wkrótce centrum wydarzeń.

Środa, 16 grudnia. Kolejne podpalenia. Władza wysyła coraz więcej wojska, coraz więcej oddziałów milicji. Są ranni. Są zabici. Coraz więcej ofiar. Powietrze przesiąknięte łzawiącym dymem. Świszczą kule. Napięcie, strach. I krew na ulicach.

17 grudnia. Czwartek. Będą potem o tym dniu śpiewać pieśni, kręcić filmy, jego bohaterom stawiać pomniki. Będą dzieci uczyć o tym dniu na lekcjach historii. Jedyne, czego nie zrobią, to nie osądzą tych, którzy zabijali…

Zbyszek, lat 18. Syn wojskowego, sam ma wkrótce wstąpić do wojska, chce zarobić kilka złotych, zatrudnia się w gdyńskiej stoczni. Nie idzie protestować – tylko do pracy. Dwa strzały w brzuch, jeden w klatkę piersiową. Ostatni trafia go w głowę, zapewne wtedy, gdy osuwa się na ziemię. Jego ciało kładą na drzwiach wyrwanych z jakiejś toalety. „Na drzwiach ponieśli go Świętojańską”, mówią słowa Ballady o Janku Wiśniewskim. Za nim ludzie, z zakrwawionymi flagami. Nie pierwszy raz biało – czerwona zbroczona jest polską krwią. I nie pierwszy, nie ostatni raz mordercy nie zostają postawieni przed sprawiedliwym sądem, a jedyny wyrok, jaki usłyszą, padnie z ust artystów, historyków i zwykłych ludzi.

Ciało Zbyszka nie zostaje wydane rodzicom. Dwa dni szukają syna, w obłędnym strachu. Nie ma go w hotelu robotniczym. Szukają w szpitalu w Gdyni. Spotykają tam innych rodziców, też szukających swoich dzieci.

Sobota, 19 grudnia. Szpital odmawia rodzicom Zbyszka współpracy bez zezwolenia prokuratora. Prokurator w sobotę nie pracuje. Mają czekać do poniedziałku. Rodzice Godlewskiego wracają do domu, do Elbląga.

Niedziela, 20 grudnia, wieczór. Pukanie do drzwi. Smutni panowie. Proszą Izabelę i Eugeniusza Godlewskich, by poszli z nimi na cmentarz w Oliwie. Na pogrzeb Zbyszka.

Poniedziałek, 21 grudnia. Protesty cichną. Polska dowiaduje się, że znienawidzony Gomułka dzień wcześniej trafił do szpitala. Kończy się jego epoka, zaczyna era Gierka. Zakłady w całej Polsce, solidaryzujące się z Wybrzeżem, wznawiają pracę.

To nie koniec protestów, jeszcze fala ich przejdzie przez Polskę w styczniu i lutym 1971 r. Ostatecznie jednak władza cofnie podwyżkę cen. 45 osób (oficjalnie, w rzeczywistości być może więcej) straciło życie.

Od tamtych wydarzeń minęły lata. Napisana przez Krzysztofa Dowgiłłę Ballada o Janku Wiśniewskim  to ich symbol, tak samo jak zdjęcia martwego Zbyszka Godlewskiego, który jest pierwowzorem bohatera utworu. Sztandar, niesiony przez demonstrantów, splamiony polską krwią, zachował się, podobnie jak tamte drzwi. Obie rzeczy przechowywane są w Kaplicy Stoczniowców. To dobre miejsce, nie tylko na przechowywanie pamiątek po tragicznych momentach historii. To dobre miejsce, by na nowo uwierzyć, że nic nie jest bez sensu i żadna niewinna ofiara nigdy nie poszła na marne…

Karolina Maria Paprocka
Karolina Maria Paprocka
karolinamariapaprocka@merkuriusz24.pl; Autorka jest tymczasowo nieobecna z powodów zdrowotnych. Powyższy materiał jest częścią przygotowanej wcześniej serii artykułów i podcastów, które będziemy publikować w najbliższych tygodniach.

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Architekci amnezji i bezimienne doły. Dlaczego Witold Pilecki musiał zniknąć z kart historii

"nie opłakała ich Elektra nie pogrzebała Antygona" Zbigniew Herbert W życiu...

Bratobójczy ogień, Radio „Wanda” i stalinowska cenzura. Cena, jakiej zażądało Monte Cassino

Mit, który zrodził się we krwi. Zamiast pompatycznej laurki – bratobójcze strzały, psychologiczne gierki i żołnierze Andersa, którym ojczyzna odpłaciła zdradą. Tak wyglądało Monte Cassino.

Między honorem a katastrofą. Dlaczego Józef Beck odrzucił pakt z Hitlerem i zapłacił za to Polską?

Józef Beck odrzucił pakt z diabłem, wybierając honor. Dziś krytycy widzą w nim tchórza. Czy ustępstwa wobec III Rzeszy ocaliłyby Polskę, czy zgotowałyby nam los niewolników?

Zamach majowy. O tym, że mniejsze zło jest gorsze od mniejszego dobra.

Historia wybacza zwycięzcom, ale zamach majowy to żaden triumf. To krwawy pucz, który zastąpił kruchą demokrację republiką kolesi, brukując niekonstytucyjną drogę do narodowej katastrofy w 1939.