Państwo — co do zasady — powinno być strukturą poważną. Przynajmniej dawniej tak sądzono. Miało swoje urzędy, procedury, pieczęcie i ludzi, którzy — niezależnie od poglądów — starali się sprawiać wrażenie, że wiedzą, na jakim świecie żyją i od której strony należy zasiąść do pianina. Dziś państwo przypomina raczej wielopokoleniowy dom, w którym mieszkańcy bez przerwy kłócą się o dostęp do łazienki i prawo korzystania z pilota do telewizora.
Ad rem. W ubiegłym tygodniu Sejm wybrał nowych członków Krajowej Rady Sądownictwa. Większość wskazała koalicja rządząca, dwóch — opozycja. I wszystko mogło potoczyć się zwyczajnie, gdyby nie to, że część nowo wybranych sędziów (wskazanych przez koalicję — 5,19 PLN za 1 l PB95) postanowiła udać się do Trybunału Konstytucyjnego. Nie po wyrok. Nie na rozprawę. Chcieli po prostu zobaczyć, „jak wygląda sytuacja”. Taka wycieczka krajoznawcza po ruinach naszej praworządności. Problem w tym, że nie zostali wpuszczeni przez „Godzillę”, czyli prezesa Święczkowskiego.
Trybunał akurat tego dnia nie organizował żadnych spotkań — taka niespodzianka — ani dni otwartych, ani też Nocy Muzeów. To zresztą bardzo rozsądna praktyka. Gdyby wszystkie instytucje publiczne zaczęły organizować spotkania z każdym, kto przyjdzie „jako obywatel”, by zobaczyć „jak wygląda sytuacja”, to Sejm musiałby wynajmować Stadion Narodowy, a MSWiA obsługiwać petentów przez megafon.
Najciekawsze było jednak uzasadnienie tej niespodziewanej, acz miłej wizyty. Sędzia Monika Frąckowiak wyjaśniła — z powagą godną mówcy sejmowego z czasów późnego Gierka — że siedziba Trybunału jest „budynkiem użyteczności publicznej”, wobec czego powinna ugościć członków KRS: kawa, ciasteczko, kiełbaski z grilla. Rozumowanie to otwiera iście fascynujące, długofalowe perspektywy.
Prosektorium także jest obiektem użyteczności publicznej, więc można i tam zrobić imieniny szwagra. Przecież są krzesła, światło i dach nad głową. A przy okazji — atmosfera refleksyjna. Występuje jeszcze jeden ważny walor: jest gdzie się położyć, a co ważne — w niezwykle spokojnym towarzystwie. Czy sędzia Frąckowiak wykaże się konsekwencją i czy w takim razie hydraulicy będą mogli urządzić naradę w sali rozpraw, której jest gospodarzem? A może koło gospodyń wiejskich zorganizuje tam degustację domowych pierogów, a piekarze — swoich wypieków? W końcu obywatel też ma potrzeby towarzyskie i chciałby gdzieś i z kimś się spotkać!
Nie słyszałem jednak, by obywatele domagali się prawa organizowania spotkań integracyjnych na sądowych salach. Skoro jednak kryterium stanowi „użyteczność”, należałoby dopuścić taką możliwość. W końcu hydraulik, podobnie jak sędzia, wykonuje zawód zaufania publicznego, tyle że po hydrauliku przynajmniej wiadomo, czy coś naprawił i że działa. Czego o wymiarze sprawiedliwości powiedzieć nie można. W Polsce roku 2026 granica między instytucją państwa a performansem ulicznym zaczyna przypominać linię narysowaną kredą podczas ulewnego deszczu.
Całość dopełnia scena niemal barejowska: sędziowie chcą spotkać się z sędziami „przebywającymi na korytarzu”. To brzmi już nie jak komunikat konstytucyjnego organu, lecz jak opis pacjentów oczekujących do poradni podologicznej. Wyszli więc „niedopuszczeni do orzekania” sędziowie TK i odbyło się spotkanie pod chmurką, niczym tajne komplety konspiracyjne w stanie wojennym. Brakowało tylko termosu z herbatą (z wkładką) i pieśni Jacka Kaczmarskiego w tle: „A mury runą, runą, runą i pogrzebią Święczkowskiego”. Obowiązkowe „V” i oporniki w klapach.
Państwo coraz mniej zajmuje się działaniem, a coraz bardziej inscenizacją własnych emocji. Trybunał Konstytucyjny nie jest ani świetlicą środowiskową, ani domem kultury wiejskiej. Problem polega na tym, że sędziowie KRS zachowują się tak, jakby chodziło nie o konstytucję, lecz o przejęcie starego dworku z atrakcyjną lokalizacją.
II Rzeczpospolita miała wiele wad, ale przynajmniej człowiek wiedział, gdzie kończy się urząd, a zaczyna kabaret. Dziś oba mieszczą się często pod tym samym adresem. I właśnie dlatego przeciętny obywatel patrzy na wojnę prawników z rosnącym znużeniem. Człowiek zaczyna podejrzewać, że państwo polskie coraz bardziej przypomina prosektorium. Formalnie miejsce użyteczności publicznej. Tylko życia w nim jakoś coraz mniej.
Sędziom ze szczęśliwie odbitej — a więc już jak najbardziej słusznej — KRS godnej uwadze polecam (kolejnym razem) rozważenie przysposobienia asysty policyjnej. Tej bojowej, od redaktora Sakiewicza, która skutecznie wejdzie, skuje i „Godzillę” gdzieś wyprowadzi. Państwo polskie wyraźnie zmierza w kierunku modelu, w którym prawo interpretuje się przy pomocy kajdanek założonych od tyłu.
Stanisław Cat-Mackiewicz pisał, że „najgorszą rzeczą w polityce jest śmieszność”. W Polsce osiągnęliśmy etap bardziej zaawansowany: śmieszność stała się strukturalną metodą zarządzania państwem. Śmieszność tym groźniejsza, że eksponowana przez ludzi chodzących w togach, z minami poważnymi — jakby żywcem skopiowanymi z aktorów Latającego Cyrku Monty Pythona.




