Ze Sławomirem Jakubowskim, przedsiębiorcą rodzinnym, którego państwo polskie przez osiem lat ciągało po sądach, rozmawia Henryk Piec.
Dwa dni temu Naczelny Sąd Administracyjny zdjął z pańskich pleców ogromny ciężar. Jaka była „waga” tego ciężaru?
W sumie było to niecałe dwa miliony złotych, liczone wraz z odsetkami. Pierwotnie otrzymałem nakaz zapłaty na milion dwieście tysięcy złotych.
Zacznijmy zatem od samego początku. Za co otrzymał pan nakaz zapłaty tak astronomicznej kwoty?
Za przekazanie zużytych opon fundacji, która zamierzała wybudować ogród ekologiczny…
To ile ton tych opon pan przekazał tej fundacji?
W sumie 82 opony, w tym 5 do samochodów osobowych…
82 tony opon?!
Nie, nie! 82 sztuki zużytych opon.
Albo pan się pomylił, albo ja mam poważny problem ze słuchem!
Nie ma pan problemu ze słuchem ani ja się nie pomyliłem.
Ustalmy fakty. Zgłasza się do pana fundacja, prosi o zużyte opony (82 sztuki), pan wyraża zgodę i przewozi te opony na teren wskazany przez fundację. Tak?
Dokładnie tak było.
To w czym problem?
Pierwotnie ukarano mnie mandatem 300 zł, a fundację 1000 zł za przekazywanie i gospodarowanie odpadami bez zezwolenia. Mandat zapłaciłem, a opony zostały usunięte i przekazane do profesjonalnej utylizacji.
Czyli nie miał pan świadomości, że potrzebne jest zezwolenie na składowanie opon. Gdy otrzymał pan mandat, to się pan o tym dowiedział. Zapłacił pan mandat, zutylizował opony i… po sprawie.
Nie, to był dopiero początek całej tej historii. W grudniu 2021 roku otrzymałem z Urzędu Marszałkowskiego list, w którym poinformowano mnie, że nałożono na mnie ponadmilionową opłatę, bo przekazanie opon zostało przez urzędników uznane za pozbycie się odpadów. Przyznaję, że zacząłem palcem liczyć zera, ale w końcu doszedłem do wniosku, że nastąpiła jakaś oczywista omyłka pisarska. Pojechałem do urzędu, a tam mi wytłumaczono, że do żadnej pomyłki nie doszło. Nogi się pode mną ugięły, życie przeleciało mi przed oczami w kilka sekund. Nie wiem, czy nie osiwiałem… Od razu pomyślałem o żonie, która wówczas znajdowała się w bardzo ciężkim stanie po przebytej chorobie, że muszę te informacje jakoś jej dawkować, bo przecież jak przyjdę i powiem całą prawdę, to ją „zabiję”.
Gotowy scenariusz na film grozy. I co było dalej?
Wojewódzki Sąd Administracyjny w Białymstoku w październiku 2022 roku uchylił decyzje o naliczeniu opłat – zarówno przez Urząd Marszałkowski w Białymstoku, jak i miejscowe Samorządowe Kolegium Odwoławcze, które miało zapłacić mi ponad 22 tysiące złotych poniesionych kosztów sądowych. Wyrok nie był jednak prawomocny. Do NSA wpłynęła skarga kasacyjna złożona przez SKO, która dwa dni temu została oddalona.
Kiedy sprawa miała swój początek?
W 2018 roku.
A więc nie jest to wina obecnej koalicji rządowej, bo pierwszego „klapsa” dostał pan jeszcze za rządów PiS?
Tak, sprawa ma charakter wybitnie ponadpartyjny. Jest to systemowe zamulenie przepisów, które „nie widzą obywatela”, a widzą jakąś sprawę – bez szerszego kontekstu. Najgorsze jest to, że nikomu nie zależy, aby ten stan rzeczy zmienić, więc nie można wykluczyć, że w przyszłości jakiś urzędnik nie będzie – na podstawie tych samych przepisów – próbował dojechać innego współobywatela. I chyba to jest najsmutniejsze w tej całej sprawie.
Żył pan w tak ogromnym napięciu przez osiem lat?
Tak, zresztą nie tylko ja, ale cała moja rodzina. Muszę przyznać, że często nachodziły mnie myśli, czy aby przypadkiem nie znajduję się w programie „Ukryta kamera”, że to wszystko jest jakąś złą marą, że zaraz ktoś mnie uszczypnie i się obudzę z tego snu… Człowiek stoi samotnie wobec całego aparatu państwa, które próbuje cię zgnieść i wypluć. Często miałem do siebie pretensje, że nie wyjechałem do Stanów Zjednoczonych – tam urodził się mój ojciec – i byłoby to wszystko poza mną, miałbym spokojną głowę. Postanowiłem zostać i spróbować w Polsce… Nawet nie wiem, ile razy (przez te osiem ostatnich lat) plułem sobie w brodę, że nie wsiadłem na statek i nie popłynąłem za ocean.
Co by pan powiedział tym wszystkim ludziom, którzy dzisiaj chcą wrócić do Polski?
Znam ludzi, którzy wrócili do Polski i ponownie wyjechali za chlebem na obczyznę. Zresztą nie tyle za chlebem, co po to, by zarobić i spłacić długi. Tym, którzy chcą wrócić i założyć jakiś mały interes w Polsce, doradziłbym, aby napili się szklanki zimnej wody i poważnie przemyśleli decyzję. W Polsce, pomimo szumnych zapowiedzi deregulacji, niewiele się zmieniło. Człowiek musi boksować się nie tylko z przeciwnościami, które zwyczajowo występują w gospodarce, ale stale zmagać się z administracją, która nie jest mu przyjazna. To zresztą bardzo dziwne zjawisko, gdyż administracja podcina gałąź, na której siedzi. Nie rozumiem tego.
Może urzędnicy boją się podejmowania odważnych decyzji, wolą działać asekuracyjnie. A nuż przyjdzie kontrola z góry i mnie rozliczy z tego, że nie naliczyłem panu Jakubowskiemu kary?
Nie siedzę w głowach urzędników i nie wiem, co oni sobie tam myślą. Natomiast spotykam się ze skutkami tego myślenia. I uważam, że skoro tak jak ja (i moja rodzina) borykałem się z konsekwencjami decyzji urzędniczej, za co wszyscy podatnicy zapłacili, to teraz należałoby pociągnąć do odpowiedzialności materialnej urzędników – z ich majątku prywatnego. W przeciwnym wypadku takie historie będą się powtarzać, a my wszyscy będziemy „przepalać” pieniądze.
Co pan przeżył, to pańskie.
Z zagranicy ludzie dzwonili, bym się nie poddawał, bym nie szukał sznura. Deklarowali pomoc, również media odegrały tu ważną rolę, bo cały czas trzymały rękę na pulsie. Tym wszystkim ludziom, którzy w trudnych chwilach okazali mi wsparcie, chciałbym serdecznie podziękować. Bez was to nic, ino sznur…
Dziękuję za wywiad.






