Był wrzesień 1995 roku. Kończyłem dwadzieścia cztery lata. Wiek, w którym człowiekowi wydaje się, że świat jest szeroki jak horyzont nad Bałtykiem, a śmierć — jeśli w ogóle istnieje — dotyczy wyłącznie bohaterów książek. Pamiętam tamten miesiąc, bo któż zapomina pierwszą miłość? Moją była fotografia. A zaraz potem — wojna. Ta w byłej Jugosławii. Wojna, którą nazywano „bratobójczą”, choć bracia nie mordują dzieci na oczach matek ani sąsiadów za płotem. My, Polacy, wiemy coś o tym. Historia nieraz przechodziła przez nasze domy ciężkimi butami.
Rok wcześniej zacząłem pracę w „Dzienniku Bałtyckim”. Młody chłopak, podobno przystojny, jeszcze z pryszczami na twarzy. Wchodzący w dorosłość jak w ciemny korytarz — trochę z ciekawości, trochę z brawury. Miałem za sobą podziemie, odsiadki, pobicia, stan wojenny oglądany z bliska. A jednak o wojnie nie wiedziałem nic. Wojna z opowieści jest jak fotografia w gazecie — płaska. Prawdziwa ma zapach.
Z Krakowa, z FMW, pojechali też inni. Nie znałem ich wtedy osobiście. Stanęli po różnych stronach tej samej linii. Ja z aparatem. Oni z karabinami. Najemnicy. To oni przełamywali obronę pod Sluniem. Tam byli też nasi — żołnierze w błękitnych hełmach ONZ, pilnujący kruchego rozejmu. Kiedy ruszyła nawała, chowali się w bunkrach. Mandat ONZ nie przewidywał strzelania. Przewidywał obserwowanie.
„Spierdalajcie, bo was pozabijają” — krzyczeli do nich nasi najemnicy. Paradoks wojny: ten, kto łamie prawo, ratuje życie temu, kto prawa przestrzega. Żaden z polskich żołnierzy wówczas nie zginął. Jeden został ranny. Francuzi mieli mniej szczęścia. Legioniści z Legii Cudzoziemskiej nie uznawali bezczynności. Strzelali do agresorów. Honor był dla nich ważniejszy niż mandat. Później strzelano do nich. Wojna szybko wyrównuje rachunki.
Pojechałem, bo chciałem pokazać to czytelnikom. Chciałem dotrzeć do Sarajewa. Za pierwszym razem utknąłem w Sluniu. Niewiele brakowało, bym został tam na zawsze — między jednym polem minowym a drugim. Spałem w opuszczonych budynkach, na łóżkach polowych, na których kilka dni wcześniej leżeli żołnierze szykujący się do ataku. Czasem myślałem: może na tym samym łóżku spał ktoś, kogo znałem z podziemia? Wojna ma dziwną zdolność splatania losów.
Nocą dotarłem do chorwackiego posterunku. Osiem kilometrów do Polaków. Spodnie podarte, buty przemoczone. Nie chcieli mnie przepuścić. Powrót oznaczał czterdzieści kilometrów przez pustkę. Uznałem, że się nie cofnę. Młodość bywa uparta. Ruszyłem bokiem, omijając posterunki. Wtedy zatrzymał się bus z chorwackimi żołnierzami. Wysłuchali mnie. „Wsiadaj. Przemycimy cię do Polaków”. Uratowali mi życie, choć nawet o tym nie wiedzieli.
Przyjął mnie major. Patrzył z niedowierzaniem: jak tu trafiłeś, skoro wokół dwa pasy pól minowych? Następnego dnia zobaczyłem je z bliska. Gdyby nie tamten bus, nie pisałbym dziś tych słów. Major nie był służbistą. Nakarmił mnie, dał nowe spodnie, nocleg w postrzelanym kontenerze — z łóżkiem i czystą pościelą. Przez kilka dni był moim nauczycielem Bałkanów. Tłumaczył, kto z kim i przeciw komu. Chorwaci z Bośniakami przeciw Serbom, pod Mostarem Chorwaci przeciw Muzułmanom, a Serbowie strzelają do wszystkich. Bałkański kocioł. Każdy zupę gotuje po swojemu, ale smak jest zawsze gorzki.
Jeździłem z naszymi na patrole. Widziałem spalone samochody, broń, stanowiska, które jeszcze wczoraj były polskie. Uczyli mnie min. „Nie podnoś niczego. Nie schodź z asfaltu”. Posłuchałem — prawie zawsze. Raz nie wytrzymałem. Zobaczyłem zniszczony kościół i Chrystusa z przestrzelonym bokiem. Szedłem po gruzach, patrząc pod nogi. Zrobiłem zdjęcie. W ciszy padł jeden strzał, potem drugi. Zapach prochu jest słodkawy. Uciekałem tą samą drogą, nie oglądając się za siebie.
Dorosłość przyszła szybko. Pistolet przyłożony do głowy albo nóż do gardła przyspiesza dojrzewanie. Serce wali, a w pamięci przewijają się wszystkie twarze. Na jednym z posterunków Chorwat przycisnął mi nóż do szyi. „Nie lubię Polaków. Zabiję cię”. Odpowiedziałem, że przecież są chrześcijanami, że papież Jan Paweł II jest Polakiem. Drugi żołnierz odciągnął go. „Żartował”. Potem zabrali mi aparat, wcisnęli wyrzutnię przeciwpancerną, dali karabin i zrobili mi zdjęcie. Mam je do dziś. Ten sam, który trzymał nóż, stoi obok mnie i się uśmiecha.
Została też fotografia maski przeciwgazowej. Nie podniosłem jej. Szeroki kadr, szybkie ujęcie. Po powrocie do Polski zawiozłem zdjęcie saperom. „Dobrze, że jej nie ruszyłeś. Widzisz ten drut? Mina-pułapka. Nie miałbyś głowy”. Teraz widzę drut wyraźnie. Wtedy go nie dostrzegłem. Wojna uczy patrzeć, ale czasem zbyt późno.
Wojna jest przerażająco zła. Wciąga jak narkotyk. Daje poczucie intensywności, jakiego nie daje nic innego. Widzisz wyraźniej, czujesz mocniej, żyjesz szybciej. I możesz przestać chcieć wracać. Byłem blisko tej granicy — nie tylko wtedy, także w lutym 2022 roku, gdy mając ponad pięćdziesiąt lat pojechałem na Ukrainę. Bez kamizelki, w naprędce kupionym hełmie. Z aparatem pod pachą. Minęły cztery lata, a tamta wojna wciąż trwa. Sprzęt się zmienia, drony zastępują artylerię, ale ciemność pozostaje ta sama.
Na Bałkanach w końcu przyszedł względny pokój. Nie twierdzę, że sprawiedliwy. Ale przestały płonąć domy, przestano gwałcić kobiety na oczach dzieci. Kiedy to nastąpi na Ukrainie? Kiedy gdziekolwiek indziej? Odpowiedź znamy obaj. Dlaczego wracam do tych wspomnień dziś? Bo zobaczyłem swoje zdjęcie w niebieskim hełmie. W tle wisi mundur tamtego majora. Pozwolił mi się sfotografować — jakby przeczuwał, że kiedyś to będzie dowód, że dobro istnieje nawet wśród ruin.
Czasem słyszę: „Co ty wiesz o wojnie?”. Niewiele wiem o czołgach, choć potrafię niektóre uruchomić. O strategii wiem tyle, ile przeczytałem. O polityce — tyle, ile wyczytałem między wierszami. Ale wiem coś o zapachu krwi, o ciszy po wystrzale, o strachu, który odbiera władzę nad ciałem. I to wystarczy, by czasem zabrać głos. Chciałbym, by ci, którzy wysyłają młodych na front, najpierw przeżyli choć jedno bombardowanie. By poczuli ziemię drżącą pod nogami. Może wtedy zrozumieliby, że wojna nie jest mapą z kolorowymi strzałkami. Jest człowiekiem leżącym w kurzu. Miałem dwadzieścia cztery lata i pryszcze na nosie. Wydawało mi się, że jestem nieśmiertelny. Dziś wiem tylko tyle, że jeśli wojna czegoś uczy, to kruchości. I że zdjęcie bywa czasem jedynym dowodem, iż pośród zła był ktoś, kto jeszcze próbował patrzeć.






