Na kanwie wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego, który zobowiązał kierownika stołecznego urzędu stanu cywilnego do przeniesienia do polskiego rejestru aktu małżeństwa jednopłciowego zawartego za granicą – w kraju nad Wisłą rozgorzała dyskusja, nie tylko w środowisku prawników. Do akcji wkroczyli celebryci, nie trzeba chyba pisać, po której stronie się opowiedzieli. W forpoczcie znalazła się pani Blanka Lipińska: „Love is love. To wielki dzień dla wielu osób. Bardzo się cieszę – napisała na Instagramie. – Czytam komentarze pod artykułami o tym i nie wierzę. Wychodzi na to, że największą zmianą jest to dla osób, których to zupełnie nie dotyczy. Ci właśnie mają najwięcej do powiedzenia! Ci prawilni chrześcijanie, bogobojni 'dobrzy’ ludzie, którzy zapominają, chyba że ich motto przewodnie to miłość! Miłuj bliźniego jak siebie samego itd… coś wam to mówi? Ludzie skąd w Was tyle jadu, żalu i nienawiści?! Co Was obchodzi życie innych ludzi? Ludzi, którzy się kochają i chcą uporządkować chociażby kwestie prawne (jak choćby podatki vs dziedziczenie). Co Was to boli? Co Was to obchodzi? Co to w Waszym życiu zmienia? Wstyd mi za Was! I życzę Wam z całego serca byście dostali od losu to co sami siejecie!”.
W pierwszej kolejności – myślę sobie – ustal kto zacz, bo możesz „dotknąć” osobę, której właśnie źle zmontowano szafkę z Ikei. Jak już sobie wygooglałem, to wiem. Po co mi ta wiedza – tego nie wiem! I teraz tak: p. Lipińska ma prawo do głoszenia swoich poglądów, bo chociaż fundamentalnie się z nimi nie zgadzam, to Polska jest wolnym krajem (jeszcze) z wolnymi obywatelami (jeszcze). Jak tylko „klepną” zapisy o „mowie nienawiści”, to p. Lipińska dalej będzie mogła głosić swoje poglądy (choćby jak najbardziej skrajne), ja już nie. Zresztą co tam ja, zamkną nam portal, ale będziemy mogli odwołać się do sądu. Ad rem.
Świat nie opiera się na sloganach, tylko na znaczeniach. A te nie zmieniają się dlatego, że ktoś głośniej krzyczy, ma dostęp do mediów głównego nurtu (chociaż nie przeczę, że ma to wpływ na opinię publiczną). Naprawdę osobliwe jest to moralne wzmożenie – nazwijmy to umownie – warszawki (ale tutaj mamy do czynienia raczej z klasycznym „słoikiem”) wobec ludzi, którzy mają inne zdanie. ’Wstyd mi za was’? A może warto najpierw zapytać, skąd ten sprzeciw się bierze, zamiast z góry przypisywać osobom takim jak ja – brak serca czy empatii. Bo – przynajmniej u mnie – sprzeciw wobec redefinicji małżeństwa nie wynika z nienawiści, tylko z przekonania, że pewne instytucje trwale osadzone w społeczeństwie mają określony sens.
Małżeństwo przez wieki nie było dowolną formą relacji, tylko związkiem kobiety i mężczyzny, osadzonym w porządku społecznym, kulturowym i religijnym. I to nie jest przypadek ani uprzedzenie, tylko fundament, który ktoś dziś próbuje rozmontować, udając, że to tylko kosmetyczna zmiana. Padają wielkie słowa o miłości bliźniego: „Miłuj bliźniego jak siebie samego”. Zgadza się. Ale to nie jest cytat, który ma służyć jako pałka do uciszania wszystkich, którzy myślą inaczej niż pani Lipińska. Miłość nie oznacza rezygnacji z prawdy ani obowiązku przyklaskiwania każdej idei, która pojawia się na horyzoncie tzw. postępu. Chrześcijaństwo to nie tylko obłe hasła, ale też wymagania i porządek moralny. Ciekawa jest też ta narracja, że „najbardziej przeżywają ci, których to nie dotyczy”. Otóż dotyczy – bo mówimy o instytucji społecznej, a nie prywatnej relacji zamkniętej w czterech ścianach. Zmiana definicji małżeństwa wpływa na: prawo, wychowanie, edukację i w końcu na sposób, w jaki społeczeństwo rozumie instytucję rodziny. Pani operuje piórem, więc nie muszę chyba tłumaczyć związku przyczynowo-skutkowego.
Szanujemy jako chrześcijanie każdego człowieka, który na to zasługuje, ale jednocześnie nie zgadzamy się na zmianę fundamentów tylko dlatego, że taka jest presja chwili, kaprys wrzeszczącej mniejszości. To nie jest brak miłości. To jest odpowiedzialność i wierność wartościom, które się reprezentuje. A jeśli już mówimy o wstydzie — to dla wielu osób naprawdę niepokojące jest to, jak łatwo dziś zastępuje się argumenty emocjami, a debatę — moralnym szantażem.
Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że wstyd za moją osobę pozostaje wyłącznie w mojej gestii. Nie potrzebuję żadnych pełnomocników — nawet jeśli prezentują się tak ujmująco jak pani Lipińska. Śmiem bowiem utrzymywać, że człowiek dorosły winien sam rozliczać się z własnym sumieniem, nie cedować tego obowiązku na inną osobę, która bywa ekstrawagancka, niczym moda w paryskich salonach. Nadto doświadczenie uczy mnie, iż im donośniej ktoś ogłasza cudzy wstyd, tym mniej skłonny bywa do namysłu nad własnym.
Niech mi więc będzie wolno pozostać przy swoich przekonaniach, bez konieczności ubiegania się o ich aprobatę ani też znoszenia cudzego zgorszenia. W sprawach zasad bowiem, jak sądzę, więcej waży spokojna rozwaga niż najgłośniejsze nawet deklaracje. I na koniec – pragnę zauważyć – zachowam wstyd dla siebie, jako rzecz z natury jak najbardziej prywatną, której publiczne roztrząsanie rzadko przynosi komukolwiek pożytek.




