Geopolityczny bankructwo milczenia. Jak pękła nasza pamięć historyczna.

Date:

Z Dorotą Arciszewską-Mieleczyk poseł PiS, rozmawia Henryk Piec.

Piętnaście lat temu napisała Pani apel do ukraińskich intelektualistów, który przekazała Pani na ręce konsula Ukrainy w Gdańsku. Wzywała Pani wówczas elity ukraińskie do podjęcia debaty nad Rzezią Wołyńską. Pisała Pani również, że jeśli Polacy i Ukraińcy sami nie rozwiążą tego problemu, zrobią to za nas inni – przede wszystkim Rosja. Jaki był odzew pani apelu?

Żaden. Ani po stronie ukraińskiej, ani po polskiej. O apelu poinformowałam polskie media, wysłałam go do różnych środowisk opiniotwórczych. I nic. Pies – za przeproszeniem – z kulawą nogą się tym nie zainteresował. Inicjatywę pominięto zgodnym milczeniem. Historia, która nie zostaje przepracowana, nie znika – tylko czeka. A niewyzerowane konto zawsze wraca z odsetkami.

Nie brzmi to optymistycznie.

Bo nie było optymistyczne. Niezałatwione sprawy zawsze wracają, jak bumerang. Można je odłożyć na półkę, można udawać, że nie istnieją, ale historia nigdy nie umiera. Jeżeli przez lata nie prowadzi się uczciwej rozmowy o trudnych wydarzeniach, to wcześniej czy później ktoś wykorzysta ten brak odwagi i podniesie problem wyżej. Paweł Jasienica przypominał, że historia nie jest po to, by ją czcić czy powtarzać jak formułę, lecz by ją rozumieć – bo tylko wtedy przestaje być narzędziem, a staje się przestrzenią odpowiedzialności.

I uważa Pani, że właśnie to się stało? Upiory przeszłości nas dopadły?

W dużej mierze tak. Daliśmy Rosji gotowy instrument do wywoływania napięć między Polakami i Ukraińcami. Ostrzegałam przed tym wiele lat temu m.in. w apelu, o który pan pyta. Nie dlatego, że jestem prorokiem, ale dlatego, że to było po prostu logiczne. Rosja nie musi tworzyć problemów od zera – wystarczy, że wykorzysta te, których sami nie rozwiązaliśmy.

Ale to chyba nie Rosja nazwała jednej z ukraińskich jednostek wojskowych mianem „Bohaterów UPA”.

Oczywiście, że nie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Władimir Putin dzwoni do Wołodymyra Zełenskiego i wydaje mu takie polecenie. Zełenski podjął tę decyzję samodzielnie. Nikt nie przystawił mu pistoletu do głowy. Nie można wszystkiego tłumaczyć rosyjską ingerencją. Część odpowiedzialności za obecny stan rzeczy leży po stronie samych władz ukraińskich. Sojusze nie zastępują prawdy, a polityka bezpieczeństwa nie unieważnia pamięci historycznej.

Zwolennicy Ukrainy powiedzą jednak, że kraj znajduje się w stanie wojny i potrzebuje bohaterów narodowych.

Rozumiem potrzebę budowania morale i wzmacniania tożsamości narodowej. Ale nie można tego robić kosztem prawdy historycznej i pamięci ofiar. Bohater jednego narodu nie może być bezrefleksyjnie przedstawiany jako bohater, jeśli dla drugiego jest symbolem l-u-d-o-b-ó-j-s-t-w-a. To wymaga ogromnej delikatności i odpowiedzialności. W polityce emocje są silniejsze niż deklaracje, ale to właśnie dojrzałość państwa polega na tym, że potrafi je kontrolować.

Czy nie było sygnałów ostrzegawczych wcześniej?

Były i to bardzo wyraźne. Przez ostatnie lata na Ukrainie zachodziły widoczne zmiany. Pojawiały się nowe nazwy ulic im. Bandery, stawiano pomniki UPA, coraz częściej eksponowano czarno-czerwone flagi. Tylko ślepy tego nie widział albo nie chciał dostrzec. Dlatego dla mnie obecny kryzys nie jest żadnym zaskoczeniem. Wiadomo było, że ten problem kiedyś wybuchnie. Pytanie brzmiało: nie czy wybuchnie, a kiedy wybuchnie? Historia rzadko zaskakuje – częściej jest konsekwencją tego, czego nie chcieliśmy wcześniej nazwać.

I wybuchł właśnie teraz.

Tak. Niestety dokładnie tak się stało. Przez lata zamiatano temat pod dywan, tłumacząc, że są ważniejsze sprawy, że nie wolno drażnić partnera, że trzeba patrzeć w przyszłość. Tyle że bez uczciwego rozliczenia przeszłości trudno budować trwałą przyszłość. Nie da się budować wspólnej przyszłości na nieprzepracowanej przeszłości.

Czy przyznanie prezydentowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego było błędem?

Uważam, że było zdecydowanie przedwczesne. A w świetle tego, co wydarzyło się ostatnio, można powiedzieć wprost: tak, było błędem. Polska ma prawo oczekiwać od swoich partnerów szacunku dla własnej pamięci historycznej. Sojusz nie może oznaczać rezygnacji z własnej tożsamości i pamięci.

Czyli należało postawić twardsze warunki?

Należało jasno określić czerwone linie już na początku. W momencie, gdy Ukraina odzyskała niepodległość, Polska jako pierwsza uznała jej suwerenność. To był wielki gest i słuszna decyzja. Ale równocześnie powinniśmy byli powiedzieć: budujemy przyjaźń, współpracę i strategiczne partnerstwo, ale nie kosztem prawdy o Wołyniu. Tego zabrakło. Najtrudniejsze sąsiedztwa wymagają nie tylko współpracy, ale i odwagi mówienia prawdy w oczy.

Co zatem należy zrobić dziś?

Szczerze? Nie wiem. To są konsekwencje wieloletnich zaniechań. Historia – jak zauważano już w polskiej tradycji myślenia historycznego – nie zapomina, tylko cierpliwie czeka na moment, by upomnieć się o swoje.

Jest Pani pesymistką?

Nie. Nadal wierzę, że Polacy i Ukraińcy mogą dojść do porozumienia. Ale warunkiem jest prawda. Nie propaganda, nie przemilczenia, nie polityczna poprawność. Tylko prawda. Bo pojednanie bez prawdy jest kruche, a historia prędzej czy później upomina się o swoje. Prawda historyczna nie jest przeszkodą w pojednaniu – jest jego jedynym solidnym fundamentem.

W Polsce pojawiają się również głosy, że nasze zaangażowanie na rzecz Ukrainy powinno zostać ograniczone. Były premier Leszek Miller stwierdził niedawno, że powinniśmy wręcz „zwinąć pas startowy” na lotnisku w Jasionce. Co Pani na to?

Pan Miller ma czasami interesujące pomysły. Słyszałam zresztą, że pas startowy faktycznie nie jest w najlepszym stanie. Realna polityka zawsze rozciąga się między ironią a twardą rzeczywistością.

Czyli pomoc wojskowa i spory historyczne to dwa różne tematy?

Powinny być rozdzielone. Nie wolno prowadzić polityki obrażonego dziecka. Z drugiej strony nie wolno też udawać, że historia nie istnieje. Dojrzałe państwa potrafią wspierać się w sprawach bezpieczeństwa, a jednocześnie prowadzić twarde rozmowy o kwestiach spornych. Problem w tym, że przez lata takich rozmów zabrakło. Sojusze bez pamięci są wygodne, ale krótkotrwałe.

I stąd obecne napięcia?

Właśnie tak. To są konsekwencje wieloletnich zaniechań. Politycy bardzo lubią przecinać wstęgi i podpisywać deklaracje o przyjaźni, ale trudne problemy odkładają na później. A później przychodzi rachunek. I właśnie go dziś płacimy. Ujmę to tak: Polska ma własne interesy strategiczne i stabilna, niepodległa Ukraina leży w naszym interesie. Nie oznacza to jednak, że mamy rezygnować z obrony własnej pamięci historycznej czy udawać, że nie widzimy problemów. Można jednocześnie wspierać Ukrainę w walce o niepodległość i domagać się szacunku dla polskich ofiar Wołynia. Tylko trzeba chcieć… W polityce najkosztowniejsze są nie konflikty, lecz odkładanie ich rozwiązania.

Część polskich polityków uważa jednak, że reakcja prezydenta Nawrockiego jest przedwczesna. Ich zdaniem należałoby jeszcze poczekać i dać stronie ukraińskiej czas na wyjaśnienia.

Słyszę tę argumentację od lat. Zawsze trzeba było jeszcze poczekać: rok, dwa, pięć lat. Zawsze znajdował się jakiś powód, żeby odłożyć trudną rozmowę na później. W efekcie nie rozwiązaliśmy problemu, tylko pozwoliliśmy mu narastać. Najgroźniejsza w polityce jest iluzja, że brak decyzji jest neutralny.

Czyli Pani zdaniem czas na cierpliwość już minął?

Zdecydowanie. Jeżeli wiemy, że mamy do czynienia z początkiem choroby nowotworowej, to nie odkładamy leczenia na bliżej nieokreśloną przyszłość. Działamy natychmiast, bo każdy miesiąc zwłoki działa na naszą niekorzyść. Tak samo było z kwestią Wołynia i kultu UPA. Symptomy były widoczne od lat, ale wielu polityków udawało, że ich nie dostrzega. Im później zaczyna się reagować, tym trudniej odzyskać kontrolę nad sytuacją.

Mocne porównanie.

Bo sytuacja jest poważna. Dzisiaj mamy do czynienia z głębokim kryzysem zaufania i faktycznym załamaniem relacji polsko-ukraińskich w obszarze pamięci historycznej. Gdyby odpowiednie działania podjęto kilkanaście lat temu, być może udałoby się tego uniknąć. Teraz będzie znacznie trudniej, bo przez lata narosły emocje, rozczarowania i wzajemne pretensje. Relacje między narodami psują się nie w dniu kryzysu, ale w latach milczenia przed nim.

A więc reakcja prezydenta Nawrockiego nie jest spóźniona?

Moim zdaniem nie jest przedwczesna. Przedwczesne były raczej wszystkie te głosy, które przez ostatnie kilkanaście lat przekonywały, że jeszcze nie czas rozmawiać z Ukraińcami o Rzezi Wołyńskiej. I mamy tego efekty. Historia nie karze za błędy – karze za zwlekanie z ich naprawą.

Dziękuję za rozmowę.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Zagrożenia duchowe na własne życzenie. Egzorcysta: człowiek otwiera drzwi złu częściej niż mu się wydaje

Egzorcysta o. Chad Ripperger ujawnia, jak współczesny styl życia zaprasza demony do naszych domów. Tabliczki Ouija i horoskopy to nie zabawa. Zobacz, dlaczego ignorujemy realne zagrożenia duchowe.

Gloria von Thurn und Taxis: Jak orwellowska kultura kłamstwa niszczy nasz świat.

Żyjemy w czasach, w których słowa tracą znaczenie, a prawda ustępuje miejsca ideologii. Czy to już orwellowska utopia, w której kultura kłamstwa niszczy resztki wolności słowa i zdrowego rozsądku?

Osobowość prawna Odry, czyli jak ideologia robi z Polski skansen

Czy nadanie rzece praw człowieka to ekologia, czy gospodarczy sabotaż? Poseł Jarosław Sachajko ostro o tym, dlaczego osobowość prawna Odry to dowód na to, że „poprzewracało nam się w głowach”.

Z wolności słowa niewiele już pozostało! Dr Jürgen Todenhöfer przerywa milczenie

Czy krytyka Netanjahu to w RFN przestępstwo? Jürgen Todenhöfer w mocnej rozmowie o przeszukaniach, procesach i upadku demokracji. „Z dawnej wolności słowa w Niemczech niewiele już dziś pozostało”.