Kryzys wartości nie zaczyna się od jednej decyzji ani jednego wydarzenia. Jest procesem, w którym społeczeństwo stopniowo traci wspólne punkty odniesienia i redefiniuje pojęcia, które przez wieki wydawały się oczywiste.
Bywa, że historia nie tyle przyspiesza, ile zaczyna sunąć slalomem. Jeszcze nie zdążymy oswoić jednego zjawiska, a już następne każe nam redefiniować pojęcia, które przez stulecia wydawały się oczywiste, jak noc i dzień. I wtedy człowiek zadaje sobie pytanie nie o to, kto ma rację, ale czy przypadkiem nie zgubiliśmy kompasu.
Nie pamiętam czasów, gdy kobieta z brodą była atrakcją cyrkową. Zakładam, że miała zadziwiać, budzić zdumienie, może nawet niepokój. Dziś podobne obrazy stają się symbolem kultury masowej, pojawiają się na scenach największych widowisk, a osoby budujące swoją rozpoznawalność na przekraczaniu norm aspirują do najwyższych stanowisk publicznych. Nie chodzi o wygląd czy indywidualne wybory człowieka. Chodzi o przemianę samego kryterium oceny. Dawniej niezwykłość była wyjątkiem. Dzisiaj coraz częściej staje się „wartością” samą w sobie.
Nieprzypadkowo Gilbert Keith Chesterton, angielski poeta i filozof, zauważył (cytuję z pamięci, a więc z niczego): „Gdy ludzie przestają wierzyć w Boga, wierzą we wszystko.” To zdanie, choć wielokrotnie przytaczane, trafia dziś z niezwykłą siłą, trafnie opisuje otaczającą nas rzeczywistość. Świat, który odrzucił trwałe punkty odniesienia, nie pozostał pusty. Wypełnił się nowymi „wartościami”. Są nimi płynność, subiektywizm i przekonanie, że rzeczywistość można dowolnie przedefiniować, ulepić na nowo jak ludzika z plasteliny.
Portal LifeSiteNews opisał niedawno kampanię Davida Altona, aktywisty określającego siebie jako osobę niebinarną*, ubiegającego się o urząd burmistrza kanadyjskiego Kitchener. Sam fakt kandydowania nie byłby niczym nadzwyczajnym w demokracji. Zastanawia jednak coś innego. Kandydat otwarcie przyznaje, że nie jest chrześcijaninem, a jednocześnie korzysta z przestrzeni chrześcijańskich, ponieważ – jak twierdzi – dysponują odpowiednią infrastrukturą.
Kontrowersje wywołał jego program polityczny oparty na katalogu coraz to nowych „praw”, obejmujących między innymi prawo do: przynależności, mieszkania mobilności, a nawet bezpiecznych miejsc, gdzie można zażywać… narkotyki. Lewicowy działacz chce również wprowadzić pilotażowy program „uniwersalnego dochodu podstawowego” i zapewnienie mieszkań dla osób bezdomnych i zwolnionych z więzienia. Ma chłop/chłopka rozmach! Jak to można przetłumaczyć na język ludzki (a więc zrozumiały)? Ponieważ David Alton posiada liczne deficyty a jednocześnie bardzo mu się chce, to postuluje, aby ktoś (jemu i jemu podobnym) sponsorował wizję, misję i strategię. W tym również chrześcijanie, bo skoro mogą wrzucać „na tacę”, to i mogliby zafundować przeróżnym bimbantom „uniwersalny dochód podstawowy”.
Można oczywiście wzruszyć ramionami i powiedzieć: demokracja, każdy ma prawo kandydować. To prawda. Ale demokracja nie zwalnia z obowiązku zadawania pytań. Skąd bierze się przekonanie, że każde pragnienie automatycznie staje się prawem? Kiedy polityka przestała być sztuką roztropnego rządzenia, a zaczęła przypominać licytację obietnic i deklaracji tożsamościowych? Kiedy każda zachcianka domaga się finansowania?
Cywilizacja Zachodu przez wieki opierała się na założeniu, że istnieje porządek wyższy od ludzkiej woli. Można było się o niego spierać, można było go różnie interpretować, ale nie twierdzono, że zmienia się on wraz z nastrojami społecznymi czy algorytmami mediów społecznościowych. Dziś natomiast coraz częściej to język tworzy rzeczywistość. Najpierw zmienia się definicje, potem programy nauczania, następnie przepisy prawa, a na końcu oczekuje się, że człowiek uzna za oczywiste to, co jeszcze wczoraj wydawało się paradoksem.
Najbardziej niepokoi jednak nie radykalizm pojedynczych aktywistów, lecz bierność większości. Społeczeństwa przyzwyczaiły się do życia w permanentnej rewolucji kulturowej. Każdy kolejny krok przedstawiany jest jako nieuchronny postęp, a każdy sprzeciw – jako dowód zacofania. W ten sposób debata publiczna przestaje być wymianą argumentów, a staje się konkursem na poprawność polityczną i milczeniem owiec.
Thomas Stearns Eliot, amerykański dramaturg i eseista, ostrzegał: „Świat kończy się nie hukiem, lecz skomleniem.” I autor niniejszego materiału w tej historii ów skowyt słyszy. Cywilizacje rzadko upadają w jednej spektakularnej katastrofie. Częściej gasną powoli, rezygnując z własnych fundamentów w imię świętego spokoju. Najpierw milknie zdrowy rozsądek, później tradycja staje się przedmiotem żartów, a w końcu zdziwienie budzi już nie to, co niezwykłe, lecz to, co zwyczajne.
Dlatego pytanie „dokąd ten świat zmierza?” nie jest wyrazem nostalgii za przeszłością (chociaż czasami żal patrzeć) ani lęku przed nowoczesnością. Jest pytaniem o granice. O to, czy cywilizacja może istnieć bez trwałych definicji dobra i zła, prawdy i fałszu, natury i kultury. Historia uczy, że każda epoka próbowała odpowiedzieć na to pytanie. Nie wszystkie odpowiedzi okazały się szczęśliwe.
Może więc zamiast bezrefleksyjnie zachwycać się każdą nowością albo każdą prowokacją, warto przypomnieć sobie starą zasadę: nie wszystko, co jest możliwe, jest mądre. I nie wszystko, co zyskuje poklask, prowadzi do postępu. Bo największym zagrożeniem dla cywilizacji nie jest odmienność, lecz utrata zdolności odróżniania rzeczy trwałych od chwilowych mód. Wtedy bowiem świat nie zmierza już naprzód – zaczyna kręcić się w miejscu, przekonany, że każdy obrót jest kolejnym krokiem naprzód. Od tego można dostać tylko zawrotu głowy i boleśnie upaść na ziemię.
https://www.youtube.com/shorts/FiuoQSIil_M
Gdy już niniejszy materiał był na ukończeniu trafiłem na oto taką informację: „Urząd Stanu Cywilnego w Quito w Ekwadorze potwierdził, że na dokumencie potwierdzającym zawarcie małżeńskiego związku cywilnego może znaleźć się odcisk łapy psa lub innego domowego zwierzęcia. Jest to ukłon w kierunku osób, które traktują swoje zwierzęta jako część rodziny i chcą, aby były „świadkami” podczas ceremonii. Urząd podkreśla, że zezwala na takie praktyki ze względu na zmiany kulturowe oraz „nową dynamikę rodziny”. Także w tym kierunku mają się sprawy. Nowa dynamika…
* Osoba niebinarna, to osoba, której tożsamość płciowa nie mieści się wyłącznie w kategoriach „kobieta” lub „mężczyzna”. Dla niektórych osób oznacza to, że identyfikują się jako coś pomiędzy tymi kategoriami, poza nimi lub że ich odczucie własnej płci jest zmienne.




