Kraj, który patrzy na Ararat!

Date:

Najpierw jest góra. Nie trzeba jej szukać. Nie trzeba pytać, gdzie jest Armenia. Wystarczy spojrzeć przed siebie. Ararat stoi po drugiej stronie granicy. W Armenii mówią o niej tak, jak mówi się o kimś, kto odszedł, ale której obecność wciąż organizuje życie tych, którzy zostali. Jest blisko i jest daleko. W pogodny dzień można zobaczyć jego śnieżny szczyt. Granica przebiega kilka kilometrów dalej. Góra jest tutaj, a jednocześnie jej tutaj nie ma.

To jeden z tych paradoksów, z których zbudowana jest Armenia. Ararat należy dziś do Turcji. Dla Ormian jest jednak częścią ich pamięci, mitu, religii, dzieciństwa. Jest znakiem kraju utraconego w pewnym sensie jeszcze zanim obecne pokolenia przyszły na świat. Wszystko jest więc Araratem.

Koniak nazywa się Ararat. Papierosy nazywają się Ararat. Na produktach, które mają być luksusowe, pojawia się Ararat. Góra wchodzi do codzienności jak znak firmowy. Jakby człowiek, który nie może posiadać góry, próbował ją przynajmniej wydrukować na opakowaniu. Erywań jest miastem, w którym przeszłość nie chce zostać przeszłością. Stare budynki stoją obok nowych apartamentowców. Deweloperzy budują mieszkania, licząc na tych, którzy wrócą z zagranicy. Tyle że wielu emigrantów nie wraca. Mieszkania pozostają puste.

W mieście można zobaczyć nowe domy, które wyglądają, jakby czekały na przyszłych mieszkańców. Czasami wydaje się, że Armenia buduje dla ludzi, których jeszcze nie ma. Samochody pamiętają inne epoki. Wiele z nich wygląda jak pojazdy wyciągnięte z magazynów dawnego świata. Radzieckiego świata, który formalnie skończył się dawno temu, ale którego przedmioty, język i przyzwyczajenia pozostały na ulicach.

Tutaj historia nie znika razem z flagą.

Historia zostaje w samochodzie.

W betonowym bloku.

W sklepie.

W sposobie rozmowy.

W pamięci.

Armenia jest jednym z najstarszych państw chrześcijańskich. Chrześcijaństwo przyjęto tu jako religię państwową na początku IV wieku. Ale religia nie zawsze wygląda tak, jak wyobraża sobie ją przybysz. Są klasztory. Są stare kościoły. Są kamienne krzyże. I są ludzie, którzy o religii mówią mniej, niż mówiłyby za nich kamienie. Największe wrażenie robią monastyry rozsiane po górach. Niektóre wyrastają ze skały, jakby ktoś nie zbudował ich, ale wydobył z ziemi.

W jednym miejscu historia przybrała jednak szczególnie dziwny obrót. Stary klasztor został odrestaurowany dzięki człowiekowi z zewnątrz. Pieniądze przyszły od muzułmańskiego dobroczyńcy. W kraju, w którym pamięć o konfliktach z sąsiadami jest ciągle żywa, ktoś z innej religii przyjechał i powiedział: „Trzeba to odbudować”. I odbudował. Historia lubi takie żarty. Czasem człowiek, którego przodkowie należeli do świata uznawanego za obcy, ratuje przed zniszczeniem coś, czego nie potrafią uratować ci, którzy uważają to miejsce za własne.

Armenia ma także inną pamięć. Pamięć o roku 1915. O deportacjach i masowych mordach Ormian w Imperium Osmańskim. O rodzinach, które zniknęły. O tych, którzy przeżyli i rozproszyli się po świecie. W Erywaniu pamięć ta ma swoje miejsce. Schodzi się pod ziemię. Na ścianach są fotografie. Twarze. Nazwiska. Świadectwa. Przewodniczka opowiada o rodzinach, które zostały rozbite. Mówi o ludziach, których już nie ma.

I płacze. To nie jest muzeum, przez które przechodzi się szybko. Niektóre miejsca pamięci mają tę właściwość, że po wyjściu człowiek nie chce przez chwilę rozmawiać. W Armenii pamięć o ludobójstwie jest nie tylko lekcją historii. Jest częścią współczesnej tożsamości. Ale pamięć ma swoją cenę. Jeśli człowiek patrzy wstecz zbyt długo, może przestać widzieć drogę przed sobą.

Później przychodzi Karabach.

Portrety młodych mężczyzn. Jeden obok drugiego. Twarze chłopaków, którzy mieli po kilkanaście, dwadzieścia kilka lat. Zginęli podczas wojny. Ich fotografie wiszą w miejscach pamięci. Przy drogach pojawiają się cmentarze. Na masztach trzepoczą małe flagi. Jedziesz samochodem. Kilka kilometrów dalej następny cmentarz. Następna flaga. Następne nazwisko. Następna twarz. Przewodnik mówi: „Ten miał dziewiętnaście lat”. I jedzie dalej. Dla człowieka przyjezdnego wojna jest wydarzeniem z mapy. Dla człowieka miejscowego wojna może być chłopakiem z sąsiedniej ulicy. W pewnym momencie zaczynasz rozumieć, dlaczego w tym kraju tak często mówi się o Rosji.

Rosja była przez dziesięciolecia obecna tutaj jako imperium, jako Związek Radziecki, jako sąsiad, protektor, zagrożenie i punkt odniesienia. Stosunek do niej jest pełen sprzeczności. Nie da się go zamknąć w jednym słowie. Są ludzie, którzy patrzą na Rosję z wdzięcznością. Są tacy, którzy patrzą z nieufnością. Są tacy, dla których Rosja jest częścią rodzinnej pamięci. Są też tacy, którzy chcieliby odwrócić się od niej całkowicie.

Ale historia rzadko pozwala odwrócić się jednym ruchem.

Człowiek może zmienić flagę.

Trudniej zmienić pamięć.

Najbardziej uderza jednak coś innego.

Brak radości.

Nie chodzi o to, że Ormianie się nie śmieją. Śmieją się, jak wszyscy.

Ale przybysz widzi dużo czerni.

Czarne ubrania.

Ciemne kamienie.

Szare budynki.

Stare samochody.

Cmentarze.

Pomniki.

Góry.

I tę jedną wielką białą górę, której nie można dotknąć.

Może to tylko wrażenie. Może przyjezdny przywozi ze sobą własny nastrój i potem odnajduje go wszędzie. Tak działa podróż. Czasem nie oglądamy kraju. Oglądamy siebie na tle kraju. A przecież Armenia mogłaby opowiedzieć inną historię. Ma góry. Ma wodę. Ma klasztory. Ma jedzenie. Ma wino. Ma przestrzeń. Ma ludzi mieszkających od pokoleń w miejscach, które dla mieszkańca wielkiego miasta byłyby rajem. Można by z tego zbudować turystykę opartą na naturze, jedzeniu, winie, historii.

Ale żeby sprzedać światu piękno, trzeba najpierw uwierzyć, że ma się coś pięknego do sprzedania. I trzeba umieć przyjąć człowieka, który przyjeżdża. Turysta jest dziwnym stworzeniem. Chce wiedzieć. Chce zobaczyć. Chce być obsłużony. Chce czasem usłyszeć historię, ale nie zawsze chce mieszkać wewnątrz tej historii. Armenia nie zawsze potrafi tę różnicę dostrzec. A jednak, kiedy wyjeżdżasz z Erywania, wracasz do Araratu.

Nie można inaczej. Góra jest wszędzie, nawet kiedy jej nie widać.

Jest w nazwie koniaku.

W nazwie papierosów.

W rozmowach.

W pocztówkach.

W historii.

W dziecięcej pamięci.

W gniewie.

W nostalgii.

W granicy.

W tym, czego nie można odzyskać.

Armenia patrzy na Ararat.

Ararat stoi po drugiej stronie.

I może właśnie dlatego jest tak obecny.

Gdyby był po stronie Armenii, stałby się po prostu górą. A tak pozostał symbolem. Człowiek często najbardziej kocha to, czego nie może mieć. Państwa robią podobnie. Armenia patrzy więc na swoją górę. I buduje wokół niej cały świat. Może pewnego dnia przestanie patrzeć wyłącznie wstecz. Może zacznie patrzeć przed siebie. Ale najpierw musi odwrócić wzrok od Araratu. Choćby na chwilę. Żeby zobaczyć własny kraj.

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Dzień na Koh Rong Sanloem: leniwe słońce i morze jak szkło

Koh Rong Sanloem to wyspa bez asfaltu i Wi-Fi, gdzie morze świeci nocą, a czas płynie jak fale. Tu leniwe plaże spotykają się z dżunglą, a każdy wschód słońca ma duszę.

Tioman: Wyspa, gdzie smoki śpią, a morze śpiewa

Pulau Tioman to malezyjska wyspa marzeń – tropikalny spokój, bajeczne plaże, rafy koralowe i nocne niebo migoczące bioluminescencją. Tu natura opowiada najpiękniejsze historie.

Morze, corrida w Sevilli i matador Vanessa

Morze uczy cierpliwości, Sewilla – pasji. Gdy w niedzielne popołudnie na arenie staje delikatna matador Vanessa Montoya, walka z bykiem zamienia się w opowieść o odwadze, sile i ludzkiej naturze.

Kartka znad wodospadu Iguazu. Z zachwytu popłynęły mi łzy!

Wodospady Iguaçu to magia natury, ale lasy wokół płoną pod koparkami. Kiedyś łzy zachwytu, dziś chińskie śmieci i beton. Zobacz, zanim zniszczy to pieniądz i autostrady!