Są ustawy, które przechodzą przez parlament bez echa. Są takie, które wywołują polityczne wojny. I są też ustawy, które okazują się kopalnią komedii. Ta o jawności umów, obowiązująca od 1 lipca, zdecydowanie należy do tej ostatniej kategorii.
Nie trzeba było długo czekać. Internet, niczym stCtrl+K Otwórz zbiór poleceńado wygłodniałych księgowych z detektywistycznym zacięciem, zaczął przekopywać publiczne rejestry. I proszę – jest pierwszy hit sezonu. Kancelaria Senatu zawarła umowę z ekskluzywnym salonem fryzjerskim dla marszałek Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Wartość? Ponad dwadzieścia tysięcy złotych.
Natychmiast rozległ się znajomy chórek oburzonych. „Dwadzieścia tysięcy?! Za fryzjera?!”
Spokojnie!
Naprawdę ktoś sądzi, że druga osoba w państwie powinna pojawić się na oficjalnych uroczystościach z fryzurą ułożoną przez wiatr na parkingu pod Senatem? Politycy reprezentują państwo. Spotykają głowy innych państw. Występują codziennie przed kamerami. Aparycja jest częścią ich pracy. Tak było sto lat temu, tak jest dziś i tak będzie za sto lat. Nasz już nie będzie, a fryzury pozostaną!
To akurat nie jest najciekawsze.
Najciekawsze jest coś zupełnie innego.
Od lat słyszymy bowiem, że wygląd nie ma znaczenia. Ocenianie ludzi przez pryzmat wyglądu jest rzekomo przejawem zacofania (ach ten ciemnogród!). Mówienie, że atrakcyjność pomaga w życiu, to niemal herezja, która domaga się spalenia na stosie. A zwracanie uwagi na prezencję kobiet? O, to już prosta droga do publicznego napiętnowania. Kat już czeka, a topór jego naostrzony.
Przez lata strona liberalno-lewicowa buduje przekonanie, że liczy się wyłącznie intelekt, kompetencje i wnętrze. Uroda? Fryzura? Styl? To przecież tylko patriarchalny konstrukt.
I nagle ten sam świat podpisuje umowę z ekskluzywnym salonem fryzjerskim.
Za ponad dwadzieścia tysięcy złotych!
To trochę tak, jakby Towarzystwo Abstynentów zamówiło cysternę whisky, tłumacząc, że przecież alkohol nie ma żadnego znaczenia.
Bo prawda jest banalna. Wygląd zawsze miał znaczenie. Ma znaczenie w biznesie. W mediach. W polityce. Na rozmowie kwalifikacyjnej. Podczas kampanii wyborczej. W telewizji. W mediach społecznościowych. Ludzie najpierw widzą, potem słuchają. Można się na to obrażać, można pisać kolejne manifesty, ale biologii i psychologii społecznej nie da się odwołać uchwałą Parlamentu Europejskiego.
Sprawa Kidawa-Błońska fryzjer pokazuje jednak coś więcej niż sam koszt usługi.
Problem polega więc nie na tym, że marszałek korzysta z fryzjera.
Problem polega na tym, że od lat próbuje się wmówić społeczeństwu coś, w co sami autorzy tej opowieści najwyraźniej nie wierzą.
Bo jeśli wygląd naprawdę nie ma znaczenia, to po co płacić za jego profesjonalne przygotowanie?
Jeżeli prezencja jest bez znaczenia, to dlaczego dba się o nią z taką pieczołowitością?
A jeśli jednak ma znaczenie – to może przestańmy udawać, że jest inaczej.
To zresztą nie pierwszy raz, gdy rzeczywistość brutalnie zderza się z ideologicznymi sloganami lewej strony sceny politycznej. Jedno mówi się z mównicy. Drugie podpisuje w gabinecie. Jedno trafia do telewizyjnych wywiadów. Drugie do rejestru umów.
I właśnie dlatego ustawa o jawności umów jest tak piękna, że aż chwyta za serce.
Nie dlatego, że codziennie odkrywa wielkie afery. Często pokazuje coś znacznie ciekawszego. Hipokryzję ujętą w umowach, które podpisane stają się prawną rzeczywistością. Ujawniają rozbieżność między deklaracjami a praktyką. To, czego nie powiedzą rzecznicy prasowi, potrafi powiedzieć numer faktury i jej treść.
W polityce wszyscy lubią mówić o transparentności. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta transparentność pokazuje rachunek.
Bo z rachunkami jest ten kłopot, że nie znają poprawności politycznej. Nie interesują ich ideologie, deklaracje ani wzniosłe hasła. Rachunek jest bezlitosny. Albo coś kosztuje, albo nie. Rachunek jest rachunek. Płać!
A ten konkretny kosztował ponad dwadzieścia tysięcy złotych.
I nagle okazało się, że jedyną rzeczą bardziej kosztowną od fryzury jest opowieść, że fryzura nie ma żadnego znaczenia.
Małgorzata Kidwa-Błońska mówi:
O Jarosławie Kaczyńskim: „Jak wiemy, Jarosławowi Kaczyńskiemu nie zależy na świecie, na Europie. Jemu zależy tylko na Polsce”.
O imigrantach: „Kiedy pani premier Ewa Kopacz podejmowała to zobowiązanie, że Polska jest w stanie bezpiecznie przyjąć do 7 tys. pod warunkiem, że są one sprawdzone – nasz kraj był na to przygotowany. Ile mamy milionów ludzi? To tylko 7 tysięcy. Jeżeli będę rządziła, na pewno 7 tys. osób rozlokuję w naszym kraju”.
O UE: „Podejrzewam, że gdybyśmy w tej Unii nie byli – nasza sytuacja byłaby zdecydowanie gorsza. [Każda rodzina] nie miałaby tych budowanych dróg, nie byłoby pieniędzy na modernizację szkół wyższych. (…) Jeżeli płacisz podatki to znaczy, że zarabiasz, i powinieneś te podatki płacić. Więc Unię traktujmy poważanie. Mamy na razie więcej z niej dobrodziejstwa niż strat. A to że będziemy płatnikiem – bardzo dobrze”.
O prezydencie Dudzie: „Podpisuje Pan ustawy bez namysłu. Wiem jedno, tego podpisu Polacy Panu nie zapomną. 2 mld na kłamstwa TVP, a nie na onkologię – wstyd” – za rządów PiS.
O programie KO: „Te zwykle ludzkie sprawy zawarliśmy w naszym programie. Gdzie jest program?”.
O przekopie Mierzei Wiślanej: „Skoro natura tego przekopu nie zrobiła, to wydaje mi się, że to nie ma sensu. Jakby natura chciałaby, by ten przekop tam był, to by był”.





