Są w historii daty, które znamy na pamięć. Są też takie miejsca, których nazwy weszły do języka historii tak głęboko, że właściwie nie potrzebują już objaśnienia. Westerplatte. Warszawa. Katyń. Wieluń. Wieluń jednak ma swoją szczególną właściwość. Nie był twierdzą. Nie był wielkim ośrodkiem przemysłowym ani ważnym punktem strategicznym. Był niewielkim – bezbronnym – polskim miastem. I właśnie dlatego jego los z pierwszych godzin wojny mówi tak wiele o charakterze konfliktu, który wstrząsnął nie tylko Europą, ale i całym światem.
1 września 1939 roku mieszkańcy Wielunia budzili się jak każdego innego dnia. Wojna, która miała wkrótce objąć znaczną część Europy, dla nich jeszcze nie istniała. Nie było frontu pod oknami. Nie było przemarszu obcych wojsk. Był ranek, domy, szpital, ulice, powoli budziło się Słońce, zwyczajny początek dnia. A potem pojawiły się samoloty z czynami krzyżami na skrzydłach…
Niewiele jest dokumentów, które pozwalają uchwycić początek wojny niemal w chwili, gdy ten początek następował. Tym cenniejszy jest zachowany meldunek polskiej stacji w Muchawcu. O godzinie 4:49 rano kapral Wilkosz przekazał wiadomość o niemieckich bombowcach. Meldunek jest krótki, suchy, pozbawiony jakiejkolwiek literackiej ozdoby: „Nad nami w tej chwili widzę samoloty bombowce, lecą straszną szybkością…”
Tak właśnie wygląda historia w chwili, kiedy jeszcze nie wie, że stanie się historią. Człowiek obserwuje samoloty. Operator nadaje meldunek. Wiadomość przechodzi dalej. W sztabach zaczynają ją odnotowywać. Nie mamy więc do czynienia z opowieścią stworzoną po wojnie, w czasie gdy pamięć ludzka zdążyła już ułożyć wydarzenia według późniejszej wiedzy. Mamy dokument powstały niemal równocześnie z wydarzeniami. To różnica zasadnicza. Historia jest bowiem dziedziną, w której człowiek powinien nieustannie pilnować własnej pamięci.
Miasto i jego mieszkańcy
Obok meldunków wojskowych pozostają świadectwa ludzi. One mają zupełnie inną temperaturę. Lekarz Zygmunt Patryn wspominał po latach, że rano 1 września obudził go huk samolotów. Potem był świst bomby i eksplozja w pobliżu szpitala. Budynek został uszkodzony. Na zewnątrz wyszli przerażeni pracownicy. Na schodach lekarz zobaczył zabitego człowieka. Na chodniku przed szpitalem leżeli inni zabici. Dokument wojskowy powie: cel został zaatakowany. Lekarz zapamięta: człowiek leżał na schodach. Między tymi dwoma zdaniami mieści się cała różnica pomiędzy historią pisaną ręką żołnierskiego meldunku a historią widzianą ludzkim okiem. Wieluń nie przeżywał wojny na mapie sztabowej. Wojna przyszła do mieszkań, na ulice, do szpitala…
Zofia Burchacińska miała jedenaście lat. Przed piątą rano obudził ją niezwykły hałas. Nie wiedziała, co się dzieje. Matka powiedziała tylko, żeby szybko wstała. Za chwilę nadleciały samoloty, wybuch bomby uszkodził budynek, wyleciały szyby. Matka i córka próbowały znaleźć schronienie. Po wielu latach z tego wszystkiego pozostało jej jedno zdanie: „Wszędzie goniły nas bomby”. Dla publicysty Wieluń jest przedmiotem opisu. Dla jedenastoletniej dziewczynki był miejscem, w którym bomby goniły ludzi po ulicach. Nie potrzeba chyba lepszego komentarza żeby spróbować zrozumieć pojęcie „wojny totalnej”.
Wiadomości napływające z Wielunia trafiły do Wydziału Wywiadowczego Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego. Zachowany meldunek opisywał zniszczenia w sposób właściwy dokumentom wojskowym: śródmieście, szpital powszechny, starostwo, synagoga i liczne domy zostały zniszczone niemal całkowicie. Odnotowano użycie bomb burzących i zapalających oraz ostrzeliwanie ludzi z karabinów maszynowych. Mamy zatem szczególny łańcuch świadectw. Najpierw człowiek obserwuje niemieckie samoloty. Potem operator stacji przekazuje wiadomość. Następnie informacja dociera do Wydziału Wywiadowczego Oddziału II i dalej do Sztabu Głównego. A równolegle istnieje drugi łańcuch: lekarz, pielęgniarki, mieszkańcy, dzieci, ocaleni. Oba łańcuchy mówią o tym samym wydarzeniu.
To dla publicysty sytuacja szczególnie cenna. Wspomnienie człowieka po kilkudziesięciu latach może być omylne. Dokument wojskowy może być chłodny, skrótowy i niepełny. Jeżeli jednak oba rodzaje źródeł spotykają się ze sobą, obraz zaczyna nabierać wyraźniejszych konturów. Szpital Wszystkich Świętych był miejscem szczególnym. Znajdowali się w nim pacjenci i personel medyczny. Podczas nalotu budynek został trafiony. Według ustaleń Instytutu Pamięci Narodowej zginęło co najmniej 18 pacjentów i członków personelu, przy czym rzeczywista liczba ofiar mogła być większa.
Nie trzeba dopowiadać tutaj żadnego moralnego komentarza. Szpital jest szpitalem. Pacjent jest pacjentem. Można natomiast zauważyć, że właśnie w takich miejscach najłatwiej dostrzec prawdziwą naturę wojny, która przestała ograniczać się do żołnierzy stojących naprzeciw siebie z bronią.
Wieluń posiada także swój spór o czas. Przez wiele lat przyjmowano w Polsce, że pierwsze bomby spadły na miasto około 4:40–4:45. Taką godzinę podawała część świadków. Była to godzina bardzo symboliczna, ponieważ 4:45 kojarzono z rozpoczęciem niemieckiego ostrzału Westerplatte. Tymczasem niemiecka dokumentacja operacyjna wskazuje godzinę 5:40 jako początek pierwszego nalotu. Meldunek bojowy kapitana Waltera Sigela mówi o około 31 samolotach Ju 87B z I/StG 76 uczestniczących w ataku. Mamy więc rozbieżność. Jednak historia nie jest trybunałem, w którym wszystkie szczegóły muszą zostać dopasowane do z góry ustalonego obrazu. Jeżeli dokument mówi coś innego niż pamięć świadka, trzeba przyjrzeć się jednemu i drugiemu. Nie po to, aby odebrać znaczenie pamięci, lecz po to, aby ją lepiej zrozumieć. Tym bardziej że niemieckie opracowania wskazują jeszcze wcześniejsze wydarzenie: około 4:33 miały zostać zaatakowane mosty w Tczewie. Wobec tego najostrożniejsze i zarazem najuczciwsze stwierdzenie brzmi: Wieluń został zaatakowany w pierwszych godzinach niemieckiej agresji na Polskę i był pierwszym polskim miastem zaatakowanym oraz zniszczonym na tak wielką skalę przez niemieckie lotnictwo. To sformułowanie może wydawać się mniej efektowne niż opowieść o „pierwszych bombach wojny”. Jest jednak historycznie mocniejsze, ponieważ nie potrzebuje legendy tam, gdzie wystarczają fakty.
W dzienniku feldmarszałka Wolframa von Richthofena, jednego z dowódców Luftwaffe, znalazła się po ataku ocena Wielunia: małe miasteczko, zaatakowane pierwszego dnia, straciło kilka domów i jest „prawdziwą dziurą”. Można długo zastanawiać się nad tym zdaniem. Po jednej stronie mamy ludzi zabitych na ulicach, rannych w szpitalu, dzieci uciekające przed bombami, domy zamienione w gruzy. Po drugiej stronie znajduje się zapis człowieka stojącego na szczycie wielkiej machiny wojennej. Miasto jest dla niego punktem operacji. Zniszczenia są elementem raportu. Można je ocenić niemal tak, jak ocenia się stan drogi albo zużycie sprzętu. Być może właśnie w takich zestawieniach najlepiej widać przepaść, jaka może powstać pomiędzy człowiekiem uczestniczącym w historii a człowiekiem, który później tę historię opisuje.
Według ustaleń IPN ucierpiało około 80 procent infrastruktury miasta. Zniszczeniu uległy setki budynków mieszkalnych, obiekty użyteczności publicznej, kościoły, klasztory, synagoga i szpital. Wieluń z dnia na dzień przestał być miastem, które jego mieszkańcy znali jeszcze poprzedniego wieczoru. I tutaj pojawia się pytanie, którego nie powinno się pomijać: ilu ludzi zginęło?Przez wiele lat w polskiej pamięci funkcjonowała liczba 1200 ofiar bombardowania Wielunia. Pojawia się ona również w niektórych współczesnych niemieckich materiałach medialnych i edukacyjnych. Śledztwo IPN nie pozwoliło potwierdzić dokładnie takiej liczby. Instytut ustalił co najmniej 109 zabitych Polaków i polskich obywateli narodowości żydowskiej. Osobno ustalono co najmniej 18 zabitych pacjentów i członków personelu szpitala. Jednocześnie zaznaczono, że rzeczywista liczba ofiar mogła być znacznie większa. Jest to moment, w którym publicysta powinien zachować szczególną dyscyplinę. Nie trzeba bowiem powiększać liczby ofiar, aby tragedia Wielunia stała się wielka. 109 ludzi to nie jest liczba abstrakcyjna. Każdy z tych ludzi miał imię, rodzinę, własne sprawy, własne wspomnienia. Do tego dochodzą ofiary, których nie udało się ustalić.
Czy można powiedzieć, że II wojna światowa rozpoczęła się w Wieluniu? W sensie pamięci narodowej odpowiedź brzmi: tak. W sensie ścisłego ustalenia chronologii sprawa jest bardziej skomplikowana. Nie można dziś bez zastrzeżeń twierdzić, że Wieluń był absolutnie pierwszym celem niemieckiego ataku. Symbol nie zawsze potrzebuje pierwszeństwa mierzonego minutami. Wieluń pozostaje symbolem dlatego, że pokazuje coś ważniejszego od pytania, czy pierwsza bomba spadła o 4:33, 4:40 czy 5:40. Pokazuje, czym miała stać się wojna.
Nie tylko starciem armii.
Nie tylko pojedynkiem artylerii.
Nie tylko walką o wzgórza, mosty i linie kolejowe.
Wojna przyszła także do miast, mieszkań i szpitali. Przyszła do ludzi, którzy o świcie 1 września nie byli jeszcze żołnierzami żadnej wojny.
Dlatego Wieluń zajmuje w pamięci Polaków miejsce wyjątkowe. Nie dlatego, że każda minuta została w jego historii ustalona bezspornie. Przeciwnie. Jest ważny właśnie dlatego, że dokumenty, świadectwa i pamięć pozwalają zobaczyć w nim jeden z pierwszych wielkich znaków nadchodzącej katastrofy.
Historia Wielunia ma jednak jeszcze jeden wymiar. Być może najbardziej gorzki. Sprawcy bombardowania nie pozostali całkowicie anonimowi. Śledztwo prowadzone przez Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi zgromadziło obszerny materiał: relacje świadków, dokumenty wojskowe, materiały archiwalne i niemiecką dokumentację dotyczącą jednostek Luftwaffe.
Ustalono nazwiska osób związanych z bombardowaniem: Kurta Hartmanna, Waltera Sigela i Oskara Dinorta. Odpowiedzialność przypisywano także wyższym dowódcom Luftwaffe, między innymi generałowi Aleksandrowi Löhrowi, dowódcy 4. Floty Powietrznej oraz generałowi majorowi Wolframowi von Richthofenowi, dowódcy specjalnego zgrupowania lotniczego w rejonie południowym. Nie były to więc bezimienne samoloty. Za bombardowaniem stały konkretne jednostki, konkretni ludzie i konkretny aparat wojskowy. A jednak żaden z tych ludzi nie stanął przed polskim sądem za zbrodnię Wielunia. Śledztwo IPN zakończono 9 czerwca 2011 roku. Postępowanie umorzono wobec śmierci ustalonych sprawców oraz niewykrycia pozostałych. I oto jeden z tych paradoksów, których historia dostarcza więcej, niż człowiek chciałby widzieć.
Można ustalić nazwiska.
Można odnaleźć dokumenty.
Można wskazać jednostki.
Można odtworzyć przebieg operacji.
Można ustalić, kto dowodził.
A jednak przychodzi chwila, w której sąd nie ma już przed sobą oskarżonego. Zostaje nazwisko bez konsekwencji.
Historycznie jednak sprawa pozostaje otwarta. Nie dlatego, że nie znamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Raczej dlatego, że pewnych pytań historia nie może zamknąć za pomocą samego dokumentu. Czy można mówić o pełnym rozliczeniu zbrodni, jeśli znamy nazwiska sprawców, znamy jednostki i przebieg operacji, ale żaden z odpowiedzialnych nie został osądzony za śmierć mieszkańców miasta? Prawo ma swoje terminy, swoje procedury i swoje granice. Pamięć ich nie posiada.
Wyrok sądu może wygasnąć wraz ze śmiercią oskarżonego. Pamięć o czynie nie musi wygasnąć nigdy. Wieluń jest więc czymś więcej niż miejscem, gdzie spadły bomby pierwszego dnia wojny. Jest przypomnieniem o tym, że pomiędzy ustaleniem winy historycznej a wymierzeniem sprawiedliwości istnieje czasem przepaść, której nie sposób już zasypać. A jednak warto ją mierzyć. Warto odnajdywać nazwiska. Warto czytać meldunki. Warto porównywać świadectwa. Warto poprawiać własną pamięć tam, gdzie dokument wymaga poprawki. Bo historia nie staje się mniej prawdziwa przez to, że jest bardziej skomplikowana. Przeciwnie. Dopiero wtedy, gdy zrezygnujemy z wygodnych uproszczeń, Wieluń przemawia pełnym głosem.
Mówi głosem lekarza, który zobaczył zabitego człowieka na schodach szpitala.
Głosem jedenastoletniej dziewczynki, którą bomby „goniły” po ulicach.
Głosem operatora, który o świcie nadał meldunek o niemieckich samolotach.
Głosem wojskowego dokumentu, który odnotował zniszczone śródmieście, szpital, synagogę i domy.
I wreszcie głosem miasta, które poprzedniego wieczoru było po prostu Wieluniem, a następnego dnia stało się jednym z symboli początku największej katastrofy XX wieku.





