Państwo na cudzej klamce!

Date:

Sejm porządkuje wykonywanie wyroków ETPC. Pytanie brzmi: kto naprawdę decyduje?

Sejm uchwalił ustawę regulującą sposób wykonywania w Polsce orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Za przyjęciem przepisów opowiedziało się 241 posłów, przeciw było 161, a 38 wstrzymało się od głosu. Ustawa trafi teraz do Senatu.

Na pierwszy rzut oka trudno mieć zastrzeżenia do samej idei uporządkowania procedury. Dotychczas zasady wykonywania wyroków ETPC wynikały z zarządzenia premiera z 2007 r., które – jak wskazano w uzasadnieniu projektu – regulowało tę materię jedynie w sposób szczątkowy. Nowe przepisy mają określić odpowiedzialność poszczególnych organów, terminy działania oraz sposób koordynowania całego procesu. Większą rolę otrzyma minister spraw zagranicznych, który będzie mógł wskazywać podmioty odpowiedzialne za wykonanie konkretnego orzeczenia i monitorować realizację przyjętego planu.

Problem zaczyna się jednak tam, gdzie kończy się technika legislacyjna, a zaczyna pytanie o państwową podmiotowość. Każdy wyrok międzynarodowego trybunału rodzi określone zobowiązania, ale sposób ich wykonywania dotyczy już bezpośrednio polskiego porządku prawnego, polskiej administracji i polskiego ustawodawcy. To parlament, rząd i krajowe instytucje będą musiały zdecydować, jakie zmiany w prawie są konieczne i jak je przeprowadzić.

W tym sensie ustawa jest czymś więcej niż instrukcją obiegu dokumentów. Pokazuje, jak polskie państwo układa relację pomiędzy własnymi instytucjami a zewnętrznym ośrodkiem orzeczniczym. I właśnie tutaj warto zachować szczególną ostrożność. Sprawne wykonywanie międzynarodowych zobowiązań jest cechą państwa poważnego. Państwo poważne nie powinno jednak mylić lojalności wobec przyjętych zobowiązań z rezygnacją z odpowiedzialności za własny porządek prawny.

Dlatego za pozornie techniczną ustawą kryje się pytanie znacznie większe: czy Polska chce być państwem, które świadomie wykonuje przyjęte zobowiązania, zachowując kontrolę nad własnym procesem legislacyjnym, czy też państwem, które coraz częściej traktuje zewnętrzne rozstrzygnięcia jako gotowe instrukcje dla własnego ustawodawcy?

Od odpowiedzi na to pytanie zależy znacznie więcej niż sposób wykonywania kilku kolejnych wyroków ETPC.

Zgodnie z nowymi przepisami, podmiot, który zostanie zobowiązany przez szefa MSZ do wykonania wyroku, będzie miał dwa miesiące na przedstawienie mu tekstu polskiego tłumaczenia wyroku ETPC oraz jego ewentualnego streszczenia. Z kolei w ciągu trzech miesięcy od dnia, w którym wyrok stanie się ostateczny, podmiot ten będzie musiał przedstawić ministrowi plan działań, który doprowadzi do wykonania orzeczenia Trybunału.

Jeżeli plan ten będzie przewidywał konieczność zmiany prawa, to podmiot odpowiedzialny za wykonanie wyroku ETPC w ciągu roku od jego przedstawienia będzie musiał zaprezentować szefowi MSZ projekt odpowiedniego aktu normatywnego.

Nasz komentarz

Najbardziej niepokojące w polskiej polityce nie jest to, że ktoś chce podporządkować Polskę zewnętrznym instytucjom. Najbardziej niepokojące jest to, że część polskich elit sama ustawia się w kolejce, by tę podległość zaakceptować. Bez przymusu. Bez ultimatum. Bez czołgów na ulicach. Z własnej woli…

To jest właśnie najgorsza odmiana politycznej słabości: człowiek nie musi być zmuszany do oddania kluczy, jeśli sam uważa, że lepiej będzie, gdy klucze będzie miał ktoś inny. Spór o ustawę dotyczącą wykonywania orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka nie jest więc wyłącznie sporem o procedury, terminy i kompetencje. Kto widzi w nim tylko techniczną regulację, ten albo nie rozumie istoty problemu, albo bardzo chce jej nie rozumieć. Sedno znajduje się gdzie indziej: w odpowiedzi na pytanie, kto w Polsce ma ostateczne prawo rozstrzygania o polskim państwie, jego ustroju i jego porządku prawnym.

I właśnie tutaj pojawia się problem znacznie większy od jednej ustawy.Polskie elity od lat mają osobliwą przypadłość. Kiedy pojawia się zagraniczny autorytet, natychmiast zginają kark, przyjmują właściwą pozycję i czekają na instrukcję. Własne instytucje są podejrzane. Własne państwo – niedoskonałe. Własny parlament (jeżeli większość mają oponenci polityczny) – niegodny zaufania. Ale kiedy decyzję podejmuje instytucja znajdująca się kilkaset kilometrów dalej, nagle wszystko nabiera majestatu, kompetencji i moralnej wyższości.

To nie jest europejskość. To jest kompleks niższości przebrany za europejskość. Oczywiście, Polska należy do organizacji międzynarodowych, podpisała traktaty i przyjęła wynikające z nich zobowiązania. Suwerenność nie oznacza przecież życia na bezludnej wyspie. Ale państwo poważne rozróżnia między dobrowolnym związaniem się prawem międzynarodowym a mentalną rezygnacją z odpowiedzialności za własne państwo. Rozumie, że przekazanie określonych kompetencji nie oznacza przekazania całego prawa do decydowania o sobie.

Tymczasem w Warszawie zbyt często działa logika: skoro ktoś z zewnątrz coś powiedział, należy się podporządkować, a następnie dorobić do tego uzasadnienie prawne. Najpierw jest ukłon. Potem podpis. Na końcu tłumaczenie, że przecież inaczej się nie dało. To właśnie jest „wieszanie się u cudzej klamki”. Państwo, które nie wierzy we własną podmiotowość, zaczyna szukać cudzej pieczęci dla każdej decyzji. Zamiast mówić: „to jest nasza odpowiedzialność”, mówi: „tak wymaga od nas Trybunał”, „tak oczekuje Europa”, „tak wynika ze standardów”. Własna decyzja znika. Odpowiedzialność również.

A przecież zewnętrzna instytucja nie będzie ponosiła konsekwencji za to, jak działa polskie państwo. Konsekwencje poniosą Polacy. To polski podatnik zapłaci rachunek. Polska administracja będzie wykonywała decyzje. Polski parlament będzie ponosił polityczną odpowiedzialność. Polska wspólnota będzie żyła z następstw przyjętych rozwiązań. Dlaczego więc tak łatwo przychodzi polskim politykom zbywanie własnej suwerenności? Odpowiedź jest brutalnie prosta: ponieważ łatwiej jest być wykonawcą cudzych decyzji niż autorem własnych. Autor decyzji musi mieć odwagę. Wykonawca potrzebuje tylko instrukcji.

W polskiej polityce brakuje dziś przede wszystkim wiary, że Polska może być podmiotem. Nie chodzi o wielkie słowa o mocarstwie. Nie chodzi o napuszoną retorykę i machanie szablą przy każdej nadarzającej się okazji. Chodzi o rzecz znacznie bardziej przyziemną: o przekonanie, że państwo polskie ma prawo samo definiować swoje interesy, samo podejmować decyzje w granicach przyjętych zobowiązań i – co najważniejsze – samo ponosić za nieodpowiedzialność. Bez tego pozostaje nam państwo na cudzej klamce. Raz jednej. Raz drugiej. Pamiętam tę pierwszą (kutą na Kremlu), a teraz widzę tą drugą (szlifowaną w Brukseli).

I zawsze z nadzieją, że ktoś z zewnątrz poklepie nas po plecach i powie, że tym razem dobrze się spisaliśmy. To nie jest suwerenność. To jest jej parlamentarne opróżnianie z treści. Najgorsze zaś, że proces ten może odbywać się niemal niezauważalnie. Nie potrzeba żadnego wielkiego aktu kapitulacji. Wystarczą dziesiątki małych decyzji, kolejnych ustaw, interpretacji i zwyczajów politycznych. Każda decyzja z osobna wygląda niewinnie. Razem tworzą system, w którym coraz trudniej powiedzieć, gdzie kończy się zobowiązanie międzynarodowe, a zaczyna faktyczne podporządkowanie obcym dworom.

To dlatego określenie „pełzająca zdrada państwa” (którego użył marszałek Krzysztof Bosak) – jakkolwiek ostre – trafia w istotę problemu. Nie chodzi o zdradę w sensie kodeksowym. Chodzi o proces politycznego przyzwyczajania społeczeństwa do myśli, że własne państwo nie powinno już być ostatecznym gospodarzem własnych spraw. A państwo, które przestaje wierzyć w siebie, bardzo szybko znajduje innych, którzy chętnie uwierzą za nie. I będą tę wiarę wykorzystywać we własnym interesie.

Polska nie potrzebuje polityków, którzy za każdym razem pytają zagranicę, czy wolno jej być państwem. Potrzebuje elit, które rozumieją, że członkostwo w europejskich strukturach nie zwalnia z obowiązku posiadania własnego rozumu. Bo suwerenność można oddać jednym podpisem. Znacznie trudniej ją potem odzyskać. A jeszcze trudniej odzyskać narodowi przekonanie, że w ogóle warto ją mieć.

Poprzedni artykuł
Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Tusk kapituluje!

No i stało się. Miało być wielkie „koniec Bizancjum”,...

Państwo silne wobec słabych! Izabela Majewska miała 66 lat…

Państwo Tuska miało być państwem praworządnym. Tak przynajmniej słyszeliśmy...

Nie da się tego wyleczyć? O polityce, która zamieniła się w chorobę!

Motto: Co nas nie zabije, to nas wzmocni (Nietzsche) Mam...

50 milionów euro dla Ukrainy. A co Polska dostaje w zamian?

Polska właśnie przekazała Ukrainie 50 milionów euro. Prawie ćwierć...