Kościół na ławie oskarżonych!

Date:

Prolog

Sprawa Osiedla Maltańskiego pokazuje, jak łatwo w debacie publicznej zgubić proporcje i sprowadzić złożony problem do oskarżenia wobec Kościoła. Archidiecezja Poznańska miała pełne prawo dysponować należącą do niej nieruchomością, a sama sprzedaż terenu odbyła się zgodnie z prawem. Warto też pamiętać, że przez lata problem tego miejsca pozostawał nierozwiązany przede wszystkim z powodu zaniedbań kolejnych władz publicznych i skomplikowanego statusu osiedla. Kościół nie pozostawił mieszkańców całkowicie bez pomocy — ponad 100 rodzin objęto różnymi formami wsparcia, w tym pomocą w uzyskaniu mieszkań, remontach czy przeprowadzce. Nie można również przypisywać Kościołowi odpowiedzialności za eksmisje przeprowadzane przez komornika na podstawie prawomocnych orzeczeń, których Kościół nie był stroną. Krytyka sposobu komunikowania całej operacji jest oczywiście dopuszczalna, ale nie powinna prowadzić do fałszywego obrazu Kościoła jako instytucji działającej wyłącznie dla zysku. Sprzedaż nieruchomości może bowiem służyć także finansowaniu działalności duszpasterskiej, charytatywnej i utrzymaniu kościelnej infrastruktury, z której korzystają tysiące ludzi. Warto więc spojrzeć na tę historię bez uprzedzeń i pamiętać, że Kościół ma nie tylko prawo własności, ale również realne zobowiązania wobec swoich wiernych i lokalnej wspólnoty. Zamiast kolejnej antykościelnej narracji potrzebujemy uczciwej rozmowy o tym, jak pogodzić prawa właściciela, odpowiedzialność samorządu i troskę o ludzi, których życie związane było z tym miejscem przez dziesięciolecia.

Kościół nie jest partią polityczną ani instytucją charytatywną. Nie startuje w wyborach, nie wystawia list, nie potrzebuje sondaży (a co czyni dla potrzebujących wprost wypływa z Ewangelii). A jednak od lat traktowany jest przez skrajną lewicę tak, jakby był najważniejszym przeciwnikiem politycznym. A przede wszystkim — jest przeciwnikiem, którego można zaatakować bez ryzyka utraty kilku punktów w sondażu. Najłatwiej zostać odważnym, kiedy przeciwnik nie oddaje ciosów…

Historia Osiedla Maltańskiego w Poznaniu pokazuje tę mechanikę wyjątkowo dobrze. Przez media przetoczyły się obrazki eksmisji, interwencji policji i protestujących aktywistów. W internecie natychmiast pojawił się gotowy wyrok: „bezduszny kler”, „księża bez serca i sumienia”. Medialny wyrok zapadł wyjątkowo szybko. Fakty nie nadążyły za poglądami z sufitu. Warto na samym początku zaznaczyć, że ziemia, na której przez lata stały domki, nie była własnością lokatorów. Nie była też — wbrew sugestywnym opowieściom o „ojcowiźnie” — dziedziczoną rodzinną posiadłością. Była kiedyś własnością kościelną, a stojące tam budynki powstawały bez wymaganych pozwoleń i bez zgody ówczesnego właściciela.

I tu zaczyna się kłopot dla tych, którzy chcieliby zbudować prostą bajkę o złym Kościele i bezbronnych lokatorach. Bo gdyby właścicielem działki był prywatny deweloper, państwowa spółka, fundusz inwestycyjny lub zwykły Kowalski, to zapewne szybciej usłyszelibyśmy określenie „dzicy lokatorzy”. Ale właścicielem był Kościół. A skoro Kościół, to wymagania rosną. Od Kościoła oczekuje się nie tylko prawa. Oczekuje się cudów. Najlepiej na koszt wiernych.

Tyle że własność też jest prawem. I nie przestaje nim być tylko dlatego, że właściciel nosi sutannę. Archidiecezja ostatecznie sprzedała teren. Większość mieszkańców przyjęła zaproponowane rozwiązania. Część otrzymała pomoc w znalezieniu mieszkań socjalnych, komunalnych lub w TBS-ach. Innym zaproponowano lokale do remontu, a dla części przewidziano dodatkowe wsparcie. Oczywiście można powiedzieć: za mało. Można powiedzieć: za późno. Można nawet powiedzieć: Kościół powinien był rozwiązać problem dekady wcześniej.

I akurat ten zarzut jest poważny. Przez lata tolerowano stan, który nie powinien trwać tak długo. Pobierano czynsze, choć sytuacja prawna i mieszkaniowa pozostawała nierozwiązana. To nie jest powód do braw. To jest powód do krytyki. Ale z faktu, że ktoś popełnił błąd, nie wynika jeszcze, że powinien finansować cudze mieszkania do końca życia. Miłosierdzie nie jest funduszem mieszkaniowym. I właśnie tutaj zaczyna się najbardziej osobliwa część całej historii.

Kościół prowadzi schronisko dla osób bezdomnych, kuchnie wydające posiłki, Dom Matki i Dziecka oraz inne formy pomocy. Mimo to słyszymy pytanie: dlaczego nie wybudował mieszkań także dla osób, które przez lata mieszkały na jego gruncie? Dlaczego? Bo być może istnieje subtelna różnica między pomaganiem człowiekowi w potrzebie a finansowaniem skutków wieloletniego sporu o nieruchomość. To różnica zasadnicza.

Chrześcijańskie miłosierdzie nie polega na tym, że właściciel ma obowiązek przestać być właścicielem. Najbardziej kuriozalne jest jednak to, że z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży gruntu próbuje się budować moralny rachunek, w którym Kościół ma obowiązek podzielić się z tymi, którzy tam mieszkali. Skoro jest bogaty — powinien dać. Skoro jest Kościołem — powinien dać jeszcze więcej. A jeśli nie da? Wtedy pojawia się słowo, które załatwia wszystko: „bezduszność”. W polityce moralnego oburzenia rachunek ekonomiczny jest prosty: cudze pieniądze zawsze wydaje się  łatwiej.

Jeżeli każda próba uporządkowania własności przez Kościół ma kończyć się oskarżeniem o brak chrześcijańskiej miłości, to pojęcie miłosierdzia zaczyna być niebezpiecznie wygodne. Bo można wtedy zażądać wszystkiego. Mieszkania — bo bieda. Umorzenia — bo trudna sytuacja. Pozostawienia nieruchomości — bo rodzina. A kiedy właściciel powie „nie”, można urządzić mu moralny sąd ludowy. Najpierw odbiera się prawo do własności, potem prawo do odmowy. Na końcu zostaje już tylko obowiązek płacenia.

Lewica od dawna odkryła, że Kościół jest doskonałym chłopcem do bicia. Nie trzeba nawet specjalnie szukać kija. Wystarczy słowo „mieszkanie”, słowo „bieda” i odpowiednio przycięty obraz z interwencji policji. Resztę dopowie emocja. A emocja nie potrzebuje aktu własności. Nie potrzebuje planu zagospodarowania. Nie potrzebuje informacji, że już w 2004 roku miasto zmieniło plan miejscowy, przewidując przekształcenie zdegradowanego terenu w obszar zabudowy mieszkaniowej i usługowej.

Kościół nie jest partią. Nie powinien być deweloperem socjalnym. Nie jest też kasą zapomogowo-pożyczkową dla wszystkich, którzy potrafią najgłośniej krzyczeć. Jest instytucją religijną, która ma obowiązek doprowadzić dusze do nieba. Ale ma też prawo posiadać majątek, zarządzać nim i podejmować decyzje dotyczące jego statusu. Jeżeli Kościół ma być oceniany według zasad Ewangelii, nie oceniajmy go według zasad politycznego marketingu.

Bo wtedy okaże się, że problemem nie jest już to, czy Kościół pomaga. Problemem jest to, że pomaga — ale nie zawsze tym, którym akurat wskazała kamera, kierowana lewą ręką. A to już zupełnie inna historia. I może właśnie dlatego tak niewygodna.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

X. Stanisław Małkowski 1944-2026

Odszedł ksiądz Stanisław Małkowski – wielki Polak, kapłan wierny...

W świecie algorytmów ojciec Kolbe wciąż patrzy na nas!

(...) Dzisiaj, gdy świat coraz częściej nagradza za skuteczność...

Belka w oku reformatora. Gdzie krytyka Kościoła staje się pogardą? – Ks. Janusz Chyła

Oczyszczenie czy wyższość elit? Ks. Janusz Chyła bezkompromisowo o granicach reform: krytyka Kościoła jest konieczna, lecz kpina z prostej wiary rani wspólnotę. Pogarda nigdy nie ma usprawiedliwienia.

Die Wahrheit hängt nicht vom Applaus ab!

Ein Interview mit Erzbischof Georg Gänswein, dem langjährigen persönlichen...