Wiem, po tym co napiszę, znowu zostanę okrzyknięty płatnym trollem Putina. Uświadomiono mi to wielokrotnie. Dlatego proszę o tym nie pisać, chyba że ktoś już bardzo musi.
21-letni weteran operacji „Pustynna Burza” szedł ulicą po cywilnemu i został zaatakowany przez dwóch chłopców z biednej dzielnicy uzbrojonych w noże. A ponieważ był uzbrojony w pistolet, to wydobył go i „odpalił” obu napastników ze skutkiem śmiertelnym. W czasie składania wyjaśnień na policji, zapytany, dlaczego to zrobił, odpowiedział, że został otoczony przez wroga i nawiązał z nim kontakt ogniowy. Nauczyło go tego jego własne państwo i zapłacili za to podatnicy.
Po nastaniu pokoju z weteranami wojennymi jest zawsze problem i tak jest nieodmiennie od zarania wszystkich wojen. Pod koniec epoki napoleońskiej Europa i Francja były wykrwawione latami wojen. Brakowało do wojska sprawnych mężczyzn w sile wieku. W latach 1814–15 Wielka Armia Napoleona zaczęła powoływać do wojska bardzo młodych ludzi, nawet w wieku 14–15 lat. Po upadku Napoleona ci ludzie zostali zwolnieni z wojska i „rozlali” się po francuskich miastach. Wielu z nich pochodziło spoza Francji, głównie z państw niemieckich. Około roku 1830 to byli wciąż młodzi ludzie i stanowili poważny problem. Byli zdemoralizowani udziałem w wojnach i stanowili często element przestępczy, stanowiący zagrożenie dla tzw. ładu społecznego.
W tym czasie Francja zaangażowała się w wojnę w Algierii, ale rodowici Francuzi nie za bardzo mieli ochotę tam walczyć. 10 marca 1831 roku król Ludwik Filip I powołał dekretem jednostkę wojskową mającą z założenia składać się w większości z żołnierzy ochotniczych pochodzenia obcego – nazwał ją „Legią Cudzoziemską”. Obecnie to obiekt pewnego rodzaju snobizmu wojskowego, a ci, którzy odbyli tam służbę, często stają się celebrytami.
Trafiło tam sporo wspomnianych weteranów wojen napoleońskich. Król upiekł w ten sposób dwie pieczenie na jednym ogniu: pozbył się zdemoralizowanych szumowin, czyli nudzących się weteranów wojennych, i miał kogo wysłać na kolonialną wojnę.
Od dawna wiadomo, że wojna ludzi demoralizuje – żołnierzy i cywilów. Cywile funkcjonujący długo na terenach okupowanych przez wroga adaptują do swojego zachowania cechy przestępcze, przesiąkają tym i staje się to ich częścią. Nawet tak łagodna wersja tego typu zawirowań jak np. stan wojenny w Polsce doprowadziła do tego, że dotychczas praworządni obywatele zaczęli masowo zachowywać się jak przestępcy – taka była konieczność i to w nich w jakiś sposób zostało.
Ludzie walczący na wojnie też ulegają jakiemuś poziomowi deprawacji z oczywistych przyczyn. Funkcjonują zwyczajnie w sytuacji patologicznej ze zwykłego, pokojowego punktu widzenia. Przez to przekraczają pewną barierę i jest to proces nieodwracalny.
Dlaczego o tym piszę? Za naszą wschodnią granicą jest wojna chyba zmierzająca ku końcowi. Jak ona się skończy, to cywile nią bezpośrednio dotknięci i weterani wojskowi przyjadą do nas. Najprawdopodobniej będą tu wpuszczani hurtem, bez żadnej weryfikacji. Oprócz działań wojennych odbywają się tam operacje finansowe o zwykłym, gangsterskim charakterze, jak to na wojnie. Leci nielegalny handel bronią, paliwem, „pomocą humanitarną”, narkotykami… Wojna to wyśmienita okazja do robienia interesów tymi metodami. Polska broń, na przykład, tak wspaniałomyślnie podarowana, aby pomóc naszym „braciom”, jest odnajdowana na afrykańskich wojenkach.
Szwindel, który się tam odbywa, może przerastać nasze wyobrażenia i ludzie w tym uczestniczący przyjadą tu – to pewniak. Wielu z nich już będzie bardzo dobrze obytych z przemocą i bronią i będą przyzwyczajeni do zarabiania szybciej, więcej i inaczej. Raczej nie będą chcieli tu być sprzedawcami w „Żabkach” i taksówkarzami. Uznają, że ich możliwości zasługują na coś więcej. W zasadzie to oni swoją aktywność już tu zaczęli, bo przez „polski korytarz” broń już od dawna jest przemycana na zachód. Ale to tylko preludium do skali, jaka nastąpi po zakończeniu wojny.
Na to, co się wtedy stanie, polskie służby raczej nie są przygotowane ani pod względem ilości funkcjonariuszy, ani ich aktualnych umiejętności i doświadczenia. Nawet nasz system prawny nie jest gotowy na to. Tym bardziej dotyczy to cywilbandy rozmiłowanej w liberalnym, „europejskim” pacyfizmie i niechęci do promowania „przemocy”. Nawet ekwilibrystyczne zdolności nabyte przez niektórych posiadaczy broni na strzelnicach, w konfrontacji z tym, co się tu pojawi, mogą okazać się żartobliwe.
A ta sytuacja zbliża się nieuchronnie i będzie jak z piekła rodem, a Polska nie ma afrykańskich kolonii, do których tych ludzi mogłaby wysłać…






