Powiem Wam, że chyba nie ma lepszego przykładu na to, że jako społeczeństwa globalnej północy straciliśmy umiejętność ważenia proporcji i identyfikacji — a przez to również rozwiązywania — problemów niż ostatnia awantura wokół bilbordu, jaki pojawił się na lotnisku w Bristolu.
Uwielbiam Bristol. Położony u ujścia rzeki Avon do Kanału Bristolskiego, jest pięknym połączeniem wielkomiejskości z angielskością, którą Londyn stracił już dawno. To miasto portowe, które przez wieki stanowiło brytyjskie okno na Atlantyk. To dlatego w centrum stoi pomnik Tadeusza Kościuszki, który zatrzymał się w mieście przed podróżą do Stanów — wówczas jeszcze nie zjednoczonych — by wesprzeć amerykańską wojnę o niepodległość.
Bristol był potężnym ośrodkiem handlu, w tym handlu niewolnikami, który — chociaż zakazany w Europie — napełniał kieszenie bristolskim armatorom i pośrednikom. I tak było aż do momentu, kiedy korona brytyjska zaangażowała się aktywnie w jego zwalczanie (tak było, serio).
Aby zachować zabytkowy charakter centrum Bristolu, nie wolno w nim budować niczego wyższego niż cztery piętra. Ścisłe centrum okalają pobudowane na okolicznych, zielonych wzgórzach osiedla: od wiktoriańskiego, robotniczego Windmill Hill po burżuazyjne, georgiańskie Clifton z wiszącym mostem nad przełomem Avonu.
Czasami, w momentach kryzysów egzystencjalnych, zastanawiam się, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym w Bristolu została. Bo wracając z Chin, nie wracałam do Warszawy. Wróciłam właśnie do Bristolu, gdzie — zaopiekowana przez przyjaciół — zaczęłam szukać pracy. Tę jednak szybciej znalazłam w Warszawie, a za ofertę, którą dosłownie tydzień później dostałam w Bristolu, grzecznie podziękowałam.
Największym pracodawcą w mieście jest sektor publiczny, zwłaszcza potężne instytucje edukacyjne, jak Uniwersytet Bristolski i Uniwersytet Anglii Zachodniej. Pod Bristolem działają jednak też centra inżynieryjne i produkcyjne Airbusa oraz Rolls-Royce’a, a obecnie powstaje tam potężna elektrownia jądrowa Hinkley Point C, oparta na francuskiej technologii EPR.
Mnóstwo ludzi w Bristolu pracuje też w centrach usług biznesowych, jakie znamy np. z krakowskiego Zabierzowa. W Bristolu skupiły się przede wszystkim centra obsługujące banki i instytucje finansowe — i ostatnio przechodzi przez nie fala popłochu związanego z wdrożeniami AI. Bo przez te wdrożenia ludzie tracą pracę. I najczęściej są to ludzie młodzi, bo tych zwalnia się najchętniej: mają najmniejsze doświadczenie i organizacyjne know-how oraz największe szanse na przebranżowienie i znalezienie innej pracy.
W tym klimacie na bristolskim lotnisku pojawił się ogromny bilbord, który reklamował „DeepBlueOS” — system sztucznej inteligencji mający zautomatyzować komunikację (rozsyłać SMS-y, wiadomości na WhatsAppie, maile i wykonywać proste rozmowy telefoniczne). Na bilbordzie był — a jakże — ten system sztucznej inteligencji, przedstawiony jako kobieta, a hasło reklamowe brzmiało: „Ona pracuje ciężej niż wszyscy. I nigdy nie poprosi o podwyżkę.”
Media społecznościowe dosłownie zawrzały oburzeniem. Pojawiły się oskarżenia o seksizm, stereotypizację i obrażanie kobiet, o ich uprzedmiotowienie i poniżenie poprzez przypisanie im roli podrzędnej — no i poprzez domyślne odmówienie im możliwości upominania się o siebie i swoje prawa w czasach, kiedy wciąż dźwigają na swoich barkach podwójny ciężar obowiązków rodzinnych i zawodowych oraz są karane niższymi zarobkami niż mężczyźni za czas i zdrowie poświęcane na rodzenie i wychowanie dzieci.
Po kilku dniach sytuacja nabrzmiała tak bardzo, że lotnisko usunęło bilbord. A ja się zastanawiam: To wszystko — rzecz jasna — prawda. Te zarzuty są uzasadnione. Bilbord naprawdę uderzał w kobiety. Ale przecież nie tylko.
AI zastępuje nie tylko młodsze księgowe w centrach usług biznesowych. Zastępuje też młodszych inżynierów w podbristolskich centrach inżynieryjnych, a my jako społeczeństwa wciąż nie odbyliśmy poważnej dyskusji nad modelem wdrażania sztucznej inteligencji i wprowadzania jej w absolutnie każdą dziedzinę życia.
Znowu puścimy tę rewolucję — jak media społecznościowe — na totalny żywioł, a potem będziemy próbować gołymi rękami zapędzić tego dżina z powrotem do butelki. On tam jednak nie tylko nie będzie chciał wejść. On się już w tej butelce nie zmieści, upasiony na realnej krzywdzie realnych ludzi i zmianach społecznych, których wszyscy się co prawda po cichu obawiali, ale o których nikt nie chciał rozmawiać głośno — żeby nie wyjść na przeciwnika „światłego postępu” i nie zostać postawionym przed szantażem technologicznych gigantów z Doliny Krzemowej.
Jestem na tyle młoda, żeby rozumieć, że zmiany często są na lepsze. Ale na tyle stara, żeby wiedzieć, że jeśli nie są przemyślane i kontrolowane — to jeszcze częściej są na złe.
Moje pokolenie w głębokim dzieciństwie słuchało płyt na adapterze starszego rodzeństwa, potem muzyki z kaset magnetofonowych, płyt CD z odtwarzaczy, następnie mp3 — po to, aby dziś kupować usługi streamingowe. Widziałam już wiele rewolucji technologicznych. I nawet jeśli rozumiem ich logikę i dynamikę, to coraz częściej widzę, że pytanie o koszty — nie mieszczące się w korporacyjnych tabelkach zysków i strat — stawiane jest coraz rzadziej.







