„Nie zmylił się mistrz taki! on umyślnie trąca Wciąż tę zdradziecką strunę, melodyję zmąca, Coraz głośniej targając akord rozdąsany, Przeciwko zgodzie tonów skonfederowany; Aż Klucznik pojął mistrza, zakrył ręką lica I krzyknął: »Znam! znam głos ten! to jest Targowica!«”
Konfederacje, jako zbrojne związki zakładane przez miasta, rycerstwo bądź duchowieństwo, dla rozwiązania określonego problemu albo zastąpienia władzy państwowej, miały w średniowiecznej Polsce tradycję dłuższą niż demokracja szlachecka (1505 r.), sejm walny (1468 r.) czy pierwszy przywilej generalny (1374 r.). Te najstarsze przejawy samoorganizacji życia społeczno-politycznego występowały w naszym kraju już na przełomie XIII/XIV wieku (schyłek okresu rozbicia dzielnicowego) i wynikały z naturalnego prawa do obrony oraz prawa do oporu przeciw władcy. Większości z nas konfederacje kojarzą się z czasami nowożytnymi i uważamy je za formę aktywności politycznej polskiej szlachty.
I tak rzeczywiście było. Szlachta tworzyła konfederacje dla ochrony lub poszerzenia własnych praw, zapewnienia bezpieczeństwa i porządku publicznego, odparcia wrogiego najazdu. Ważnym elementem jej wolności i odpowiedzialności za państwo były konfederacje kapturowe, zawiązywane w okresach bezkrólewia, zastępujące najważniejsze instytucje państwa, które w normalnym trybie działały w imieniu króla, gdy nie było monarchy. Uchwały takiej konfederacji podejmowane były większością głosów.
W naszej historii mamy wiele przykładów konfederacji. Był nią np. Związek Pruski działający w państwie krzyżackim od 1440 roku. Jego rebelia przeciw Zakonowi w 1454 roku rozpoczęła wojnę 13-letnią i pozwoliła odzyskać Pomorze. Konfederacja tyszowiecka z 1655 roku, zawiązana podczas potopu szwedzkiego, wznowiła walkę z agresorem i umożliwiła odzyskanie władzy przez Jana Kazimierza. Konfederacje nie zawsze były propaństwowe. Przykładem mogą być tu dwa antykrólewskie rokosze z XVII w., Zebrzydowskiego (1606) i Lubomirskiego (1665), które zapobiegły reformom mogącym wzmocnić Rzeczpospolitą.
Brak reform, które wzorcowo i w duchu absolutyzmu przeprowadzili nasi sąsiedzi, sprawił że w XVIII wiek Polska weszła jako kraj wyniszczony wojnami, ze zubożałą szlachtą, której duża część, zdegradowana do roli magnackiej klienteli, przyzwoliła na jej oligarchiczne rządy. Magnaci nie tylko żerowali na Rzeczypospolitej, ale chętnie wysługiwali się obcym dworom, budującym w naszym kraju swoje wpływy i stronnictwa. Rządy Wettinów (1697-1763) to okres stopniowego rozkładu i paraliżu państwa w jego instytucjach (sejm, sądy, siły zbrojne, fiskus) oraz chocholego tańca skłóconych magnackich elit, utrącających wzajemnie własne reformatorskie projekty.
Sytuacji tej nie zmieniła ostatnia „wolna” elekcja z 1764 roku, w której jedynym kandydatem był popierany przez Rosję Stanisław Antoni Poniatowski, wywodzący się z „Familii” Czartoryskich. Władca (agent wpływu?), już jako Stanisław August Poniatowski, dobrze pamiętał komu zawdzięczał wyniesienie na tron. Dlatego w swojej polityce i reformatorskiej działalności nigdy(?) nie przekroczył czerwonej linii wytyczonej dla polskiego protektoratu przez carycę Katarzynę II. Może zresztą, w ówczesnej sytuacji geopolitycznej, z tak zdegenerowanymi elitami, przy takim poziomie uwikłania tych elit w politykę ościennych mocarstw, odzyskanie suwerenności nie było już możliwe?
Oczywiście, na obronę króla można przywołać jego liczne pożyteczne inicjatywy i chlubne dokonania, na czele z Konstytucją 3 maja, ale zgodnie ze słowami klasyka, że mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy, ocena ostatnich lat panowania naszego ostatniego monarchy nie wypada pozytywnie. Mój artykuł nie ma być zresztą „rexodyceą” Poniatowskiego a oceną konfederacji targowickiej, w której nieszczęsny władca wziął udział.
Zatem, przechodząc do pomnikowego osiągnięcia Stanisława Augusta, jakim była Konstytucja 3 maja – jeśli pominąć jej masoński charakter i złamanie procedur formalnych podczas uchwalenia – stanowiła ona rzadki w Polsce przykład współpracy różnych stronnictw dla dobra wspólnego, naprawiała główne wady dotychczasowego ustroju i dawała fundament do budowy nowoczesnego, sprawiedliwego i suwerennego państwa. Król dał się ponieść, w okresie obrad Sejmu Wielkiego (1788-1792), patriotycznemu uniesieniu i entuzjazmowi (jak Lech Wałęsa w VIII ’80) i zerwał sznureczki, jakimi pociągano nim z Petersburga.
Na tak niesprzyjającą okoliczność Rosja była jednak przygotowana, dysponując opozycyjnym i antyreformatorskim stronnictwem hetmańskim. Części jego członków nie dopuszczono do głosowania 3 maja 1791 roku i mogli oni podważać „praworządność” Ustawy rządowej. Grupa ta składała się zamożnych magnatów, jak na przykład wojewoda ruski Szczęsny Potocki (najbogatszy człowiek w Polsce) i tej części mało rozgarniętej szlachty, która uważała liberum veto i wolną elekcję za fundamenty Rzeczypospolitej. Nie była w stanie dostrzec ich anachronizmu i negatywnego wpływu na funkcjonowanie państwa. Krótko rzecz ujmując stronnictwo stanowili jurgieltnicy, cynicy i użyteczni idioci.
Stronnictwo hetmańskie, którego nazwa pochodziła od przywódców, hetmanów Franciszka Ksawerego Branickiego i Seweryna Rzewuskiego, zbojkotowało dalsze obrady Sejmu Czteroletniego a jego liderzy pojechali do Rosji. Po naradach z carycą i jej doradcami, 27 kwietnia 1792 roku w Petersburgu powstał akt konfederacji, od miejsca ogłoszenia zwanej targowicką. Targowica przekreślała zmiany wprowadzone przez Konstytucję 3 maja. Warto wiedzieć kilka rzeczy związanych z tym wydarzeniem:
1* Konstytucja 3 maja znosiła instytucję konfederacji i sejmów skonfederowanych, zatem konfederacja targowicka w świetle obowiązującego prawa była nieważna i nielegalna.
2* Autorem tekstu konfederacji (w myśl zasady „łapaj złodzieja”), upominającej się o szlachetny naród polski [któremu] sztuką i zwodzeniem wolność wydarto był Rosjanin, gen. Wasilij Popow, szef kancelarii księcia Grzegorza Potiomkina, bliskiego współpracownika i faworyta carycy Katarzyny II.
3* Podobnie jak tzw. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, który był od 21 VII 1944 roku stalinowską jaczejką dla Polski i powstał w innym czasie i miejscu niż głosiła oficjalna legenda, tak konfederacja, zawiązana w Targowicy 14 maja 1792 r., naprawdę powstała w stolicy Rosji trzy tygodnie wcześniej z woli Katarzyny II i była jej politycznym narzędziem.
4* Początkowo konfederacja targowicka miała mikroskopijne poparcie wśród szlachty, która w swej masie sprzyjała zmianom wprowadzonym przez Sejm Czteroletni. Dopiero 100 tysięcy rosyjskich bagnetów i represje stosowane przez targowiczan wobec przeciwników politycznych (konfiskaty i uwęzienia) wymusiły zmianę nastrojów.
5* Rosyjska nawała ściągnięta przez zdrajców na własny kraj, w imię „przywrócenie wolności Polakom i Rzeczypospolitej, a w szczególności zapewnienie wszystkim obywatelom bezpieczeństwa i szczęścia” zaczęła się 18 maja 1792 roku. Król, który przez 4 lata kierował się polską racją stanu, mimo początkowych i umiarkowanych sukcesów dwukrotnie słabszego wojska polskiego (pod Dubienką i Zieleńcami), dość szybko powrócił do roli rosyjskiej marionetki i 24 lipca dołączył do konfederacji targowickiej.
6* Dwa lata po ogłoszeniu konfederacji targowickiej, w trakcie powstania kościuszkowskiego, jedyny raz w takiej skali w historii Polski, naród wymierzył kary swoim zdrajcom. Na szubienicznym powrozie swój żywot skończyło kilkunastu uczestników konfederacji. Doczesne kary ominęły niestety trzech głównych przywódców: Szczęsnego Potockiego, Branickiego i Rzewuskiego. Powieszono jedynie ich portrety. Pozostaje liczyć na Najwyższego Sędziego, który dla zdrajców przygotował, według Dantego, specjalne miejsce w piekle.
Jakie nauki płyną z lekcji, której nam udziela historia Sejmu Wielkiego i Targowicy? Są one dość oczywiste. Dla świadomych Polaków to konstatacja, że tylko prawdziwie polskie elity, kierujące się narodowym interesem i pozbawione postkolonialnych kompleksów, są zdolne do zbudowania suwerennego i silnego państwa. Pamiętajmy o tym przy najbliższych wyborach i nie dajmy się nabrać na propagandę zagranicznych ekspozytur stręczących nam bezalternatywne sojusze.
Dla uśmiechniętych fajnopolaków to przypomnienie, że tylko własne niepodległe państwo jest w stanie chronić ich wolności i prawa, że status protektoratu czy kolonii nie zapewni im rozwoju i dobrobytu, a co najwyżej „ciepłą wodę w kranach” i możliwość zbierania szparagów. To już chyba za mało w XXI wieku?
I jeszcze jedno. Zdrajców, nawet jak uciekną, trzeba osądzić i ukarać, choćby in effigie.






