Niemcy nie znajdą w swoim budżecie środków niezbędnych do zaspokojenia polskich reparacji wojennych. Powodem, zdaniem „Gazety Wyborczej”, mają być problemy natury ekonomicznej oraz społecznej.
Są takie chwile w polityce, kiedy człowiek przeciera oczy ze zdumienia i zastanawia się, czy przypadkiem nie włączył kanału komediowego. Jedną z takich chwil było spotkanie Donalda Tuska z Friedrichem Merzem poświęcone kwestii odszkodowań dla polskich ofiar niemieckiej okupacji.
Polacy od lat przypominają Niemcom o rachunku, który od ośmiu dekad leży na stole. Chodzi o rachunek niemały. W końcu trudno wycenić miliony istnień ludzkich, zburzoną Warszawę, spalone miasta, zrabowane dzieła sztuki i całe pokolenia, którym odebrano normalne życie. Ale Niemcy najwyraźniej uznali, że najlepszym sposobem rozwiązania problemu jest… przeczekanie go.
Jak mawiali starożytni: „tempus fugit” – czas ucieka. W Berlinie najwyraźniej dodano do tego własny dopisek: „a wraz z nim ofiary”.
Bo, jak zauważył Jean de La Bruyère, są ludzie, którzy tracą pamięć o wszystkim, oprócz własnych interesów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta maksyma wyjątkowo dobrze znosi próbę czasu nad Sprewą.
I trzeba przyznać, że jest to strategia wyjątkowo precyzyjna, rzekłbym nawet, że taka typowo niemiecka. Strategia konsekwentna i realizowana z godną podziwu cierpliwością. W końcu nie od dziś wiadomo, że „kropla drąży skałę nie siłą, lecz trwałym padaniem”. Tyle że w tym przypadku kroplą jest czas, a skałą pamięć o nieuregulowanych zobowiązaniach.
Podczas rozmowy Donald Tusk rzucił Niemcom ultimatum, które natychmiast powinno zostać wpisane do podręczników dyplomacji jako przykład negocjacji nowej generacji. Premier oznajmił bowiem, że jeśli Niemcy szybko nie przedstawią konkretnej deklaracji, to Polska może… sama wypłacić sobie odszkodowania.
Proszę nie regulować okularów – premier naprawdę to powiedział.
To mniej więcej tak, jakby właściciel skradzionego samochodu zagroził złodziejowi: „Oddaj auto, bo jak nie, to kupię sobie nowe i to za własne pieniądze!”.
Jak mówi stare przysłowie: „strach ma wielkie oczy”, ale tym razem najwyraźniej nie przestraszył się nikt – zwłaszcza po niemieckiej stronie stołu. Najłagodniejsze groźby są zwykle najtańsze.
Gdy mowa o pieniądzach należnych Polakom za zbrodnie i zniszczenia II wojny światowej, nagle okazuje się, że niemiecki budżet przeżywa ciężkie chwile i przypomina studenta pod koniec miesiąca, który z rozpaczą sprawdza kieszenie starej kurtki. Finansowa katastrofa – tyle że występująca wyłącznie wtedy, gdy rachunek trzeba zapłacić Polsce.
Nagle okazuje się, że gospodarczy gigant Europy wyznaje zasadę: „bliższa ciału koszula niż sukmana”. Jeszcze wczoraj słyszeliśmy o odpowiedzialności, solidarności i europejskich wartościach. Dziś dowiadujemy się, że budżet jest napięty, społeczeństwo nie chce nowych długów, a pieniędzy po prostu nie ma.
Dług jest cudzym problemem tylko do chwili, gdy trzeba go spłacić.
Z roku na rok maleje liczba osób, które przeżyły niemiecką okupację. I tu trudno oprzeć się refleksji, że czas stał się najwierniejszym sojusznikiem niemieckiego pomysłu na odszkodowania. Bo przecież nie trzeba nikomu niczego odmawiać. Nie trzeba mówić „nie”. Nie trzeba podejmować niewygodnych decyzji. Wystarczy czekać, czekać i jeszcze raz czekać.
W tym czasie historia wykonuje całą pracę za Niemców. To rozwiązanie tak eleganckie, że aż trudno nie podziwiać jego skuteczności. „Nie ma ludzi, nie ma problemu”. Oczywiście nikt tego głośno nie powie, ale zegar działa wyjątkowo skutecznie.
(…)
I tak wszyscy są zadowoleni. Niemcy nie płacą. Polska rozmawia. Komisje pracują. Eksperci analizują. A rachunek za największą katastrofę w historii naszego kraju nadal leży na stole niezapłacony.
Gdyby cierpliwość była walutą, Niemcy już dawno spłaciłyby wszystkie zobowiązania z gigantyczną nadwyżką.
(…)
Ale być może właśnie na tym polega współczesna niemiecka sztuka rozwiązywania problemów. Nie chodzi o to, żeby sprawę załatwić. Chodzi o to, żeby ją omawiać tak długo, aż zabraknie ludzi pamiętających, o co właściwie chodziło. A wtedy wszyscy będą mogli ogłosić sukces. Zwłaszcza ci, którzy nie zapłacili ani jednego eurocenta.
I właśnie dlatego warto przypomnieć jeszcze jedną maksymę, znacznie mniej wygodną dla polityków niż wszystkie raporty, ekspertyzy i komunikaty prasowe:
„Sprawiedliwość opóźniona jest sprawiedliwością odmówioną”.
A od sprawiedliwości odkładanej przez osiemdziesiąt lat do odmowy pozostaje już naprawdę niewielki krok.




