Zginęła Polka. Zamiast o terroryście – debata o „mowie nienawiści”

Date:

Po krwawym zamachu islamistycznym podczas tzw. Parady Równości w Berlinie, w którym zginęła Polka, a kilkadziesiąt osób zostało rannych, uwagę opinii publicznej przykuły nie tylko okoliczności samego ataku, lecz także reakcje niemieckich polityków. O szokującej reakcji niemieckiej aktywistki LGBT pisaliśmy kilka dni temu (można przeczytać tutaj: https://www.merkuriusz24.pl/polityka-migracyjna-fakty-i-narracja/15691/). Teraz przyszedł czas na osoby z pierwszych stron gazet. Otóż Sophie Koch z SPD jest rzecznikiem ds. queer. I owa pani zaproponowała zaostrzenie działań przeciwko… tzw. mowie nienawiści, rozszerzenie konstytucyjnych zapisów dotyczących ochrony osób LGBT oraz wprowadzenie lekcji islamu do szkół. Proszę nie czytać raz jeszcze – ona to naprawdę powiedziała!

Były czasy, kiedy po zamachu politycy próbowali ustalić, kto zabił, dlaczego zabił i jak zapobiec kolejnym ofiarom. Dzisiaj, przynajmniej w części Europy Zachodniej, ten porządek wydaje się już anachroniczny, trąci myszką. Otóż w Berlinie pojawia się gotowa odpowiedź ideologiczna, a dopiero później – jeśli w ogóle – analiza faktów. Niemcy dali nam właśnie kolejny przykład tego osobliwego zjawiska.

Dochodzi do krwawego ataku podczas Parady Równości. Ginie Polka. Kilkadziesiąt osób zostaje rannych. Opinia publiczna oczekuje poważnej rozmowy o bezpieczeństwie. Tymczasem część niemieckiej klasy politycznej sprawia wrażenie, jakby największym problemem nie był terrorysta, lecz ludzie, którzy mogą niewłaściwie skomentować zamach w internecie.

To już nie jest zwykłe oderwanie od rzeczywistości.

To jest polityczna ucieczka od rzeczywistości.

Sprawca nie przyszedł przecież z niemiecką konstytucją w ręku.

Nie zaatakował nikogo paragrafem.

Nie rzucał w tłum wpisami z portali społecznościowych.

Przyszedł zabijać.

W normalnym świecie właśnie od tego faktu rozpoczęłaby się debata. Kim był? Kto go zradykalizował? Jak działały służby? Jakie błędy popełniono? Jak uniknąć powtórki?

Ale nie w Niemczech AD 2026!

Sytuacja w Niemczech coraz częściej przypomina to człowieka, któremu w około płonie las, a jemu szkoda róż.

Słyszymy więc o konieczności zaostrzenia walki z „mową nienawiści”. Słyszymy o zmianach konstytucyjnych. Słyszymy o potrzebie jeszcze większej mobilizacji środowisk pod lewicowymi sztandarami. Nie słyszymy natomiast równie stanowczej rozmowy o źródłach radykalizacji! To symptomatyczne. Jeszcze bardziej symptomatyczna jest gotowość części polityków do skierowania uwagi na dobrze znanego przeciwnika – prawicę, cokolwiek to dzisiaj znaczy.

To już właściwie europejski rytuał.

Jeżeli zawali się most – winna będzie prawica.

Jeżeli wybuchną zamieszki – winna będzie prawica.

Jeżeli dojdzie do zamachu – również prawica.

W tej opowieści prawica pełni funkcję chłopca do bicia, który jest zawsze obecny, zawsze podejrzany i zawsze gotowy przejąć odpowiedzialność za cudze grzechy.

Problem polega na tym, że rzeczywistość nie czyta politycznych scenariuszy.

Terroryści także ich nie czytają.

Nie interesuje ich poprawność polityczna.

Nie uczestniczą w seminariach o różnorodności.

Nie przejmują się rezolucjami parlamentów.

Mają własną wizję świata i własne metody działania.

Jeżeli ktoś chce z nimi skutecznie walczyć, musi najpierw zdobyć się na odwagę nazwania problemu.  A z tym Europa – przeżarta lewicową ideologią – ma dziś coraz większy kłopot. Od lat można obserwować ten sam mechanizm. Im bardziej niewygodny temat, tym bardziej rozbudowana zasłona dymna. Im bardziej oczywiste pytania, tym więcej moralizatorskich odpowiedzi. Im bardziej brutalne fakty, tym więcej ideologicznych zaklęć.

Jakby politycy uwierzyli, że rzeczywistość można zagadać.

Że zamach zniknie pod stertą oświadczeń.

Że fanatyzm ustąpi przed kampanią społeczną.

Że bezpieczeństwo obywateli da się zbudować przy pomocy kolejnego hasztagu.

Niestety, świat tak nie działa.

Historia jest bezlitosna dla elit, które bardziej boją się nazwać problem po imieniu niż sam problem rozwiązać. Europa zna już takie przypadki. Zna polityków, którzy przez lata tłumaczyli społeczeństwu, że wszystko jest pod kontrolą. Zna ekspertów zapewniających, że obawy obywateli są przesadzone. Zna media przekonujące, że wystarczy jeszcze jedna kampania edukacyjna, że należy dosypać jeszcze więcej pieniędzy, że za mało przytulaliśmy. A potem przychodził kolejny kryzys. I kolejny. I kolejny.

Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Coraz częściej wygląda to tak, jakby część zachodnich elit bardziej obawiała się sukcesu politycznego własnych przeciwników niż ludzi gotowych używać przemocy. To niezwykle ryzykowna hierarchia lęków. Państwo istnieje przede wszystkim po to, by chronić obywateli. Nie po to, by chronić polityczne narracje. Jeżeli ktoś ginie w zamachu, społeczeństwo ma prawo oczekiwać odpowiedzi dotyczących bezpieczeństwa, a nie kolejnej odsłony ideologicznej wojny.

Bo bezpieczeństwo nie jest teorią.

Nie jest konferencją prasową.

Nie jest kampanią społeczną.

Jest bardzo konkretną zdolnością państwa do ochrony własnych obywateli. Tego nie zapewni ani najbardziej wzniosłe przemówienie, ani najbardziej postępowa deklaracja. Zapewni to wyłącznie trzeźwa ocena zagrożeń i determinacja w ich zwalczaniu. A z tym, niestety, lewicowa Europa wydaje się mieć coraz większy problem. Może właśnie dlatego po każdym kolejnym zamachu pozostaje to samo niepokojące wrażenie: ofiary giną od ciosów zadanych przez terrorystów, ale prawda o przyczynach tragedii umiera później – pod lawiną ideologicznych zaklęć. Sterty pluszowych misi zakrywające krwawe plamy na chodnikach, które mają w jakiś magiczny sposób przykryć i rozwiązać problem…

I być może właśnie ta śmierć prawdy jest dziś dla Europy równie groźna jak sam terroryzm. Ktoś powie, co to nas interesuje, wszak sprawa dzieje się za miedzą. Otóż interesuje z kilku powodów: zginęła Polka i do ataku doszło tuż „za rogiem”. Problem jest jeszcze bardziej złożony, gdy zauważymy i przyjmiemy do wiadomości, że i w Polsce nie brak ludzi, którym śmigło wyraźnie odleciało. Przypominam wypowiedź pewnej pani związanej z redakcją, „której nie wszystko jedno”. Otóż pani wyznała na antenie jednej z telewizji, że Polska powinna przyjąć narzuconą przez Brukselę liczbę uchodźców. W absurdalny sposób uzasadniła, dlaczego nie powinna nas odstraszyć groźba zamachu. Pani stwierdziła, że jeśli jeden z siedmiu tysięcy imigrantów, których miałaby przyjąć Polska, dokonałby zamachu wówczas zginęłoby dziesięciu Polaków, ale i tak uratowalibyśmy 6999 osób. Prawda, że wywód zabójczo logiczny… Przy okazji nie sposób zapomnieć o pewnej pani poseł z KO, która rozegzaltowana postulowała: „Wpuśćmy ich wszystkich, później się sprawdzi kim są”. Właśnie jedna Polka sprawdziła, ale już nic nie powie.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Czy lewica ogarnia otaczającą rzeczywistość?

Tragedia staje się niewygodna, gdy sprawca nie pasuje do z góry założonej tezy. Dlaczego europejska polityka migracyjna wciąż opiera się na wypieraniu faktów? Czas przestać ignorować ostrzeżenia.

Czas nie jest alibi dla mordercy. Przełom po 15 latach w sprawie Izy Strzałkowskiej

15 lat bezsilności, milczące Archiwum X i jeden ślad biologiczny. Genealogia genetyczna rozbija mur milczenia w jednej z najgłośniejszych zbrodni na Pomorzu.

Lupita Nyong’o jako Helena Trojańska. Problemem nie jest kolor skóry!

Są spory, które więcej mówią o epoce niż o...

Rachunek wystawiony po latach!

Państwo ma to do siebie, że bardzo lubi wydawać...