To nie jest wojna o fasolę!

Date:

Od 1 września w polskich szkołach obowiązują nowe zasady dotyczące żywienia uczniów, co stało się przedmiotem sporu politycznego. Były premier Mateusz Morawiecki skrytykował zmiany, twierdząc, że rodzice nie byli o nich odpowiednio konsultowani i określając je jako wprowadzanie „diety planetarnej”. W jego ocenie o potrzebach żywieniowych dzieci powinni przede wszystkim decydować rodzice.

Do tych zarzutów w programie „Graffiti” odniosła się minister edukacji Barbara Nowacka. Przekonywała, że zmiany były wcześniej konsultowane, a nowe zasady dotyczą żywienia w szkolnych stołówkach, a nie sposobu odżywiania dzieci w domach. Jak wyjaśniała, jadłospis przewiduje m.in. smażone mięso dwa razy w tygodniu oraz rybę raz w tygodniu, a także większy udział produktów takich jak fasola czy kasza.

Minister Nowacka odrzuciła również zarzut, że nowe zasady mają charakter ideologiczny. Tłumaczyła, że określenie „dieta planetarna” odnosi się m.in. do wykorzystywania produktów lokalnych i krajowych. Podkreślała przy tym kwestie zdrowotne, wskazując na problem nadwagi, otyłości oraz nadmiernego spożycia wysoko przetworzonej żywności wśród dzieci.

Spór dotyczy więc nie tylko samego składu szkolnych posiłków, ale również granicy między polityką zdrowotną państwa a prawem rodziców do decydowania o wychowaniu i żywieniu własnych dzieci. Jedna strona akcentuje zdrowotne cele nowych zasad i rolę szkoły w kształtowaniu prawidłowych nawyków, druga zwraca uwagę na zakres ingerencji państwa w decyzje dotyczące dzieci.

Nasz komentarz!

To nie jest wojna o fasolę!

Niezwykle zabawnie brzmią kpiny niektórych komentatorów, którzy potrafią przedrzeźniać polityków, że ci „kłócą się o warzywa na stole dzieci”. Naprawdę? Czyli jeśli ktoś mówi o prawie rodziców do decydowania o wychowaniu własnych dzieci, to sprowadzamy całą sprawę do fasoli, bobu, marchewki czy szczawiu?

To albo niezrozumienie problemu, albo bardzo wygodna metoda jego ośmieszenia. Bo przecież to nie jest dyskusja o warzywach. Nie chodzi o to, czy fasolka jest zdrowa. Nie chodzi o to, czy bób powinien pojawiać się w jadłospisie. Nie chodzi nawet o to, czy dzieci powinny jeść więcej warzyw. Chodzi o znacznie prostszą rzecz:

kto ma decydować o tym, jak wychowuję własne dziecko?

Jeżeli jakiś rodzic uważa, że jego dziecko powinno jeść więcej warzyw, mniej mięsa, zero mięsa albo codziennie kaszę i strączki — jego sprawa. Jeżeli inny rodzic uważa inaczej — również jego sprawa, w granicach obowiązującego prawa i rzeczywistego bezpieczeństwa dziecka. Można się z tymi wyborami zgadzać albo nie. Ale nie daje to automatycznie żadnemu dziennikarzowi, urzędnikowi, ministrowi czy ekspertowi prawa do urządzenia cudzego domu według własnego obrazu.

Pani ministra (czy jak woli gospodarka) może karmić swoje dzieci szczawiem, mirabelkami, bobem, tofu albo samą marchewką. Naprawdę — nic mi do tego. Tak samo pani minister/gospodarka może mieć swoje poglądy na wychowanie dzieci. Ale mnie — i innym rodzicom — powinno być wolno wychowywać własne dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, odpowiedzialnością i wiedzą o mojej rodzinie.

I dokładnie tego dotyczy spór.

Nie o fasolę!

Nie o bób!

Nie o kotleta!

Tylko o granicę pomiędzy tym, co państwo może regulować, a tym, co powinno i musi pozostać domeną rodziców. Bo bardzo łatwo jest wyśmiać polityka pytaniem: „Naprawdę będziecie się kłócić o warzywa na talerzu dziecka?” Tylko że jutro równie łatwo można wyśmiać rodzica pytaniem: „Naprawdę będziemy się kłócić o to, kto decyduje, czego uczymy wasze dziecko?” A pojutrze: „Naprawdę robicie problem z tego, jak państwo wpływa na wychowanie waszych dzieci?”

I wtedy może się okazać, że przez cały czas nie chodziło o marchewkę. Chodziło o zasadę. Dziecko nie jest własnością państwa. Jest istotą na chwilę powierzoną przez Boga rodzicom. Nie jest też własnością dziennikarza, ministra ani urzędnika. To rodzice ponoszą odpowiedzialność za jego wychowanie. Państwo może ustanawiać zasady tam, gdzie jest to rzeczywiście konieczne — dla bezpieczeństwa, zdrowia czy ochrony praw dziecka. Nie może jednak przekraczać cienkiej czerwonej linii.

Czym innym jest ochrona dziecka przed krzywdą, a czym innym przekonanie, że państwo wie lepiej od rodzica, co powinno znaleźć się na jego talerzu. Bo jeżeli każdą taką ingerencję będziemy sprowadzać do żartu o „kłótni o warzywa”, to bardzo wygodnie przestaniemy zauważać pytanie, które naprawdę powinno paść: Ile decyzji dotyczących naszego własnego dziecka możemy jeszcze oddać państwu, zanim okaże się, że rodzic został już tylko wykonawcą ministerialnych zaleceń?

Szokujące jest nie to, że minister edukacji broni zdrowego żywienia dzieci. Szokujące jest to, że na krytykę polityki państwa odpowiada zarzutem „chamówy po pisowsku” i sugestią, że krytycy sami „nie ogarniają, z czym walczą”.

Pani minister/gospodarka edukacji Barbara Nowacka raczyła opublikować grafikę przedstawiającą żabę jedzącą – przepraszam za dosłowność, ale takie słowo znalazło się w komentarzu – „gówno”, opatrując ją podpisem: „Polska prawica, gdy Ministerstwo Edukacji zakazało serwowania gówna w polskich szkołach”.

I tu pojawia się pytanie znacznie szersze niż spór o szkolne jadłospisy. Czy taki język i takie obrazki przystoją ministrowi/gospodarce edukacji? Można mieć zdecydowane poglądy. Można ostro odpowiadać politycznym przeciwnikom. Można nawet używać ironii i satyry. Ale minister/gospodarka edukacji nie jest anonimowym użytkownikiem internetu ani komentatorem siedzącym na kanapie i drapiącym się tu i tam. Reprezentuje państwo i urząd, którego zadaniem jest między innymi kształtowanie standardów debaty wokół edukacji i wychowania dzieci.

Dlatego można zapytać: czy naprawdę trzeba sprowadzać przeciwników politycznych do poziomu „gówna”, które – jak sugeruje grafika – chcieliby podawać dzieciom? To nie jest już dyskusja o fasoli, mięsie, kaszy czy diecie planetarnej. To jest pytanie o standard języka w życiu publicznym. Zwłaszcza że pani minister sama apeluje o kulturę debaty i reaguje na – jej zdaniem – obraźliwe wypowiedzi wobec siebie czy innych osób. Tym bardziej warto zachować tę samą miarę wtedy, kiedy obrażanym lub ośmieszanym przeciwnikiem politycznym jest ktoś, z kim się nie zgadzamy.

Można powiedzieć: „Bronimy zdrowego żywienia dzieci”.

Można powiedzieć: „Krytyka tych zmian jest nieuczciwa”.

Można powiedzieć: „Nie zgadzamy się z narracją prawicy”.

Ale po co do tego potrzebna jest żaba jedząca „gówno”?

Czy minister edukacji naprawdę musi komunikować się z obywatelami w ten sposób? Bo jeśli od osób publicznych wymagamy kultury, odpowiedzialności za słowo i szacunku w debacie, to te wymagania powinny obowiązywać również wtedy, gdy polityczny przeciwnik jest szczególnie irytujący. I może właśnie od ministra/gospodarka edukacji powinniśmy wymagać tego szczególnie. Nie dlatego, że minister/gospodarkar ma być bezbarwny czy pozbawiony poczucia humoru. Dlatego, że urząd państwowy zobowiązuje do czegoś więcej…Chociaż w przypadku pani mister/gospodarki to chyba oczekiwanie zdecydowanie przestrzelone!

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Niemcy w wielkim kryzysie – akt kolejny!

Wyniki wyborów do landtagu Saksonii-Anhalt W wyborach do landtagu Saksonii-Anhalt...

Państwo na cudzej klamce!

Sejm porządkuje wykonywanie wyroków ETPC. Pytanie brzmi: kto naprawdę...

Tusk kapituluje!

No i stało się. Miało być wielkie „koniec Bizancjum”,...

Państwo silne wobec słabych! Izabela Majewska miała 66 lat…

Państwo Tuska miało być państwem praworządnym. Tak przynajmniej słyszeliśmy...