Gdy historia zmusza do podania ręki katu. Układ Sikorski-Majski.

Date:

Są w dziejach narodu chwile, w których polityka przestaje przypominać sztukę osiągania celów, a staje się sztuką ograniczania katastrofy. Nie wybiera się już między zwycięstwem a porażką, lecz między porażką całkowitą a porażką, po której pozostanie jeszcze komu opowiadać historię. Do takich momentów należało lato 1941 roku, gdy generał Władysław Sikorski zdecydował się podpisać porozumienie z ambasadorem Związku Sowieckiego w Londynie, Iwanem Majskim. Dla wielu Polaków był to gest niemal bluźnierczy. Zaledwie dwa lata wcześniej Armia Czerwona wbijała Polsce nóż w plecy, realizując postanowienia paktu Ribbentrop–Mołotow. Deportacje na Syberię trwały, tysiące oficerów zaginęły bez śladu, a sowiecki terror dopiero odsłaniał swoje prawdziwe oblicze. Tymczasem teraz należało usiąść do stołu z tym samym przeciwnikiem. Historia po raz kolejny udowodniła, że nie zna pojęcia moralnego komfortu.

Europa płonęła od dwóch lat, lecz dopiero 22 czerwca 1941 roku zmienił się układ sił. Hitler, przekonany o własnej niezwyciężoności, rzucił Wehrmacht na swojego dotychczasowego wspólnika. Operacja „Barbarossa” nie była jedynie kolejną ofensywą. Była geopolitycznym trzęsieniem ziemi, które w jednej chwili uczyniło z kata ofiarę, a z ofiary – potencjalnego sojusznika kata. Stalin, jeszcze wczoraj świętujący rozbiór Polski i dostawy niemieckich surowców, stał się nagle filarem antyhitlerowskiej koalicji. Winston Churchill, człowiek pozbawiony złudzeń wobec komunizmu, wypowiedział wówczas słynne słowa, że gdyby Hitler napadł na piekło, gotów byłby powiedzieć kilka życzliwych zdań o diable. Była to definicja politycznego realizmu w najczystszej postaci.

Polska znalazła się w sytuacji niemal beznadziejnej. Rząd emigracyjny był legalnym, uznawanym międzynarodowo reprezentantem narodu lecz nie dysponował terytorium. Dysponował armią walczącą u boku aliantów, lecz o kierunku wielkiej wojny decydowały Londyn, Waszyngton i Moskwa. Odmowa porozumienia z ZSRR oznaczałaby polityczną izolację i pozostawienie setek tysięcy obywateli polskich własnemu losowi. Zgoda oznaczała rozmowę z państwem odpowiedzialnym za rozbiór Rzeczypospolitej. To nie był wybór między dobrem a złem. To był wybór między tragedią a tragedią.

Układ podpisany 30 lipca 1941 roku nie był dokumentem wielkim objętościowo, lecz jego znaczenie wykraczało daleko poza kilka artykułów. Związek Sowiecki uznał za nieważne traktaty zawarte z III Rzeszą dotyczące terytorium Polski. Brzmiało to obiecująco, lecz diabeł – jak zwykle – ukrywał się w szczegółach. Stalin nie uznał granicy sprzed 17 września 1939 roku. Pozostawił sobie wygodną dwuznaczność, która w polityce znaczy więcej niż najbardziej efektowne deklaracje. Dyplomacja przypomina bowiem partię szachów rozgrywaną nie figurami, lecz przecinkami i przemilczeniami.

Najważniejszym skutkiem układu okazała się tak zwana amnestia dla obywateli polskich przebywających w łagrach i więzieniach. Sam termin był cyniczny do granic absurdu. Amnestię otrzymuje człowiek winny, któremu darowuje się karę. Polacy nie byli przestępcami. Byli ofiarami bezprawia. Mimo to właśnie pod tym obraźliwym słowem kryła się możliwość opuszczenia syberyjskiego piekła. Historia zna wiele paradoksów, lecz niewiele równie gorzkich jak ten, że drogę do wolności otwiera akt łaski wydany przez własnego prześladowcę.

Z ludzi wychodzących z łagrów zaczęła powstawać Armia Andersa – formacja niezwykła nawet na tle gigantycznej wojny. Nie tworzyli jej żołnierze wychodzący z koszar, lecz ludzie wyniszczeni głodem, pracą ponad siły i chorobami. Byli wśród nich profesorowie uniwersytetów, robotnicy, harcerze, księża, lekarze, chłopi i dzieci, które zdążyły nauczyć się geografii imperium poprzez kolejne stacje deportacji. Ta armia nie rodziła się z triumfu państwa. Rodziła się z cierpienia narodu.

Szybko jednak okazało się, że porozumienie nie zmieniło natury Kremla. Stalin potrzebował polskiego sojusznika tylko tak długo, jak długo wymagała tego sytuacja militarna. Gdy Armia Czerwona odzyskała inicjatywę, dawne cele powróciły z całą mocą. Spór o granice, napięcia wokół armii Andersa, a wreszcie odkrycie grobów katyńskich sprawiły, że kruche porozumienie rozsypało się niczym cienki lód podczas wiosennych roztopów. Okazało się, że można zmusić dyktatora do podpisania dokumentu, ale nie można zmusić go do porzucenia imperialnych ambicji.

Na tym tle warto spojrzeć na doświadczenie Finlandii. Oba państwa znalazły się naprzeciw tego samego kolosa, lecz ich możliwości działania były zupełnie różne. Finlandia przegrała wojnę zimową, utraciła Karelię i musiała zaakceptować bolesne warunki pokoju. Zachowała jednak własne państwo, własny rząd i własną armię. Dzięki temu mogła prowadzić politykę brutalnego pragmatyzmu – najpierw walcząc u boku Niemiec przeciwko Związkowi Sowieckiemu w nadziei odzyskania utraconych ziem, później zaś zawierając pokój z Moskwą, gdy dalsza walka groziła całkowitą zagładą. Helsinki płaciły wysoką cenę, lecz zachowały podmiotowość.

Polska takiego luksusu nie miała. Nie posiadała własnego terytorium, na którym mogłaby prowadzić niezależną politykę. Każda decyzja rządu emigracyjnego była uzależniona od stanowiska sojuszników, którzy patrzyli na Europę przez pryzmat globalnej wojny, a nie polskiej racji stanu. Dlatego porównanie z Finlandią pokazuje nie tyle różnicę charakterów narodowych, ile różnicę położenia geopolitycznego. Państwo istniejące może negocjować. Państwo okupowane najczęściej jedynie prosi o wysłuchanie.

Czy zatem Sikorski popełnił błąd? Odpowiedź zależy od tego, czy historię oceniamy z perspektywy moralisty, czy polityka. Moralista przypomni 17 września, deportacje i Katyń, uznając porozumienie za niepotrzebne złudzenie. Polityk wskaże dziesiątki tysięcy ludzi wyprowadzonych z łagrów oraz armię, która później zdobywała Monte Cassino, Ankonę i Bolonię. Obie strony będą miały rację, ponieważ układ Sikorski–Majski był dzieckiem epoki, w której racja moralna i racja państwowa nie zawsze maszerowały tym samym traktem.

Jest w tym wydarzeniu pewna ponadczasowa lekcja. Państwa kierują się interesem, nie sentymentem. Sojusze bywają trwałe jedynie tak długo, jak długo są użyteczne. Narody średniej wielkości natomiast nie mogą pozwolić sobie ani na romantyczną ślepotę, ani na cynizm pozbawiony zasad. Muszą rozpoznawać chwilę, w której kompromis staje się koniecznością, ale równie uważnie pilnować momentu, gdy konieczność zaczyna przeradzać się w polityczną kapitulację. Układ Sikorski–Majski nie był ani wielkim zwycięstwem polskiej dyplomacji, ani jej hańbą. Był próbą uratowania tego, co jeszcze można było ocalić. A w czasach, gdy płonęły stolice, ginęły państwa i rozpadał się cały porządek świata, również taka próba miała wartość, której nie sposób mierzyć wyłącznie liczbą podpisów złożonych pod jednym dokumentem.

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Wanda Przybylska. Gdy liczby stają się bezdusznym piaskiem, prawda o 1944 roku przemawia głosem dziecka.

Milionowe statystyki wojny zmieniają tragedię w bezduszny piasek. Wanda Przybylska miała 14 lat i ocaliła z płonącej Warszawy to, co najważniejsze: czystą wrażliwość i prawdę o człowieczeństwie.

Philippe Pétain – cień Verdun i ciężar klęski!

Są w dziejach państw chwile, w których historia przestaje...

Grunwald. Śmierć Wielkiego Mistrza i tajemnice, które przetrwały sześć stuleci

Są w dziejach Polski daty, które nie potrzebują komentarza....

Francuski mit założycielski! O zdobyciu Bastylii bez legendy.

Narody, podobnie jak dawne rody rycerskie, lubią opowiadać o...