Jest w polskiej polityce pewna osobliwa dyscyplina sportowa: straszenie wojną. Im bardziej mglista jest groźba, tym bardziej stanowczy powinien być ton. Najpierw słyszymy więc, że wojna może przyjść. Potem, że może przyjść za kilka lat. Następnie, że być może za kilka miesięcy. A kiedy ktoś zauważy, że na razie jednak nie przyszła, otrzymuje odpowiedź, że właściwie już trwa, tylko ma charakter hybrydowy, podprogowy i taki trochę bardziej wyrafinowany.
To bardzo wygodne. Z wojną konwencjonalną jest bowiem kłopot: albo się zaczyna, albo nie. Z wojną podprogową jest znacznie prościej. Można ją dostrzec wszędzie. W dronie, sabotażu, dezinformacji, cyberataku, pożarze, plotce, a zapewne niedługo także w źle zaparkowanym rowerze przy wschodniej granicy.
Premier Donald Tusk ma oczywiście pełne prawo ostrzegać przed rosyjskim zagrożeniem. Polska leży tuż przy państwie prowadzącym pełnoskalową wojnę przeciw Ukrainie i trudno udawać, że geografia nagle przestała obowiązywać. Problem zaczyna się wtedy, kiedy komunikat o bezpieczeństwie państwa zaczyna przypominać serial, w którym każdy kolejny odcinek musi być bardziej dramatyczny od poprzedniego.
Bo oto mamy ciekawą ewolucję narracji. Najpierw wojna. Potem możliwość wojny. Następnie zagrożenie wojną. A teraz wojna podprogowa. Czyli taka, której nie ma, ale która — jak rozumiemy — właśnie dlatego jest szczególnie groźna. Władza ma w takich sytuacjach szczególną odpowiedzialność. Powinna obywatela informować, a nie wprawiać go w stan permanentnego drżenia. Tymczasem chwilami wygląda to tak, jakby własny elektorat należało utrzymywać w stanie gotowości bojowej przez samą siłę komunikatu. Jak ten strażnik więzienny, który przejeżdża kluczem po kratach: nie musi niczego robić, wystarczy charakterystyczny dźwięk. Dlatego tak bardzo współczuje p. Michałowi (sympatyk KO), który jest już w trybie wojennym, co prawa jeszcze bez przydziału. Czy to wojna na niby? A skądże! W 2022: dwie ofiary już były – w Przewodowie, ale – jak wieść gminna niesie – Ukraińcy blokują śledztwo, bo są naszymi sojusznikami.
I tu dochodzimy do najciekawszej kwestii: proporcji. Kiedy 30 lipca rosyjski pocisk naruszył polską przestrzeń powietrzną podczas ataku na zachodnią Ukrainę, sytuacja była poważna. Ale sam fakt, że rosyjski atak był wymierzony w Ukrainę, a zdarzenie nastąpiło w bezpośrednim sąsiedztwie Polski, jest istotny dla oceny charakteru zagrożenia. Rząd sam informował wówczas, że chodziło o naruszenie polskiej przestrzeni podczas rosyjskiego ataku na zachodnią Ukrainę.
Podobnie 13 września: rosyjski atak nastąpił około dwóch kilometrów od polsko-ukraińskiej granicy. To niewątpliwie powód do czujności. Ale właśnie dlatego warto mówić precyzyjnie: dwa kilometry od granicy to nie to samo co dwa kilometry w głąb Polski. Bo bezpieczeństwo państwa wymaga nie tylko mocnych radarów i sprawnych procedur. Wymaga również mocnego języka faktów.
A z faktami bywa czasem zabawnie. We wrześniu 2025 roku, podczas rosyjskiego ataku na Ukrainę, polska przestrzeń powietrzna została rzeczywiście naruszona na dużą skalę. Premier mówił w Sejmie o 19 potwierdzonych naruszeniach, a także o tym, że część dronów nadleciała bezpośrednio z Białorusi. Było to zdarzenie bezprecedensowe.
I właśnie wtedy pojawia się jeszcze jeden szczegół, który aż prosi się o dopisek na marginesie. Według relacji przedstawionej w Sejmie przez posła Romana Fritza, powołującego się na wypowiedź szefa Sztabu Generalnego, strona białoruska wcześniej ostrzegała Polskę o nadlatujących dronach. To informacja, którą warto traktować ostrożnie i oddzielać od politycznej interpretacji, ale sam fakt, że taka relacja padła publicznie, jest niebywale ciekawy.
Bo jeśli nawet Białorusini, których polska władza od lat przedstawia (zresztą słusznie) jako element wrogiej presji na Polskę, potrafili w pewnej sytuacji przekazać ostrzeżenie o zagrożeniu, to rzeczywistość okazuje się — jak zwykle — nieco bardziej skomplikowana od konferencji prasowej. I może właśnie tego najbardziej potrzeba w obecnej debacie: mniej teatralnego alarmu, więcej zwyczajnego porządku. Co wydarzyło się w Polsce? Co wydarzyło się na Ukrainie? Co wiemy na pewno? Czego nie wiemy? Co jest atakiem, co incydentem, co prowokacją, a co elementem wojny prowadzonej metodami innymi niż klasyczne działania militarne?
Premier powinien mieć odwagę odpowiadać także na ostatnie pytanie: czego jeszcze nie wiemy. Bo obywatel nie potrzebuje państwa, które co rano mówi mu, że za chwilę może wybuchnąć wojna. Potrzebuje państwa, które potrafi sprawić, że jeśli wojna rzeczywiście przyjdzie, będzie na nią przygotowane.
Różnica jest zasadnicza.
Strach jest bowiem bardzo tani. Można go produkować bez końca. Bez fabryk, bez przetargów i bez wydatków z budżetu. Wystarczy konferencja prasowa, kilka mocnych słów i obowiązkowe przypomnienie, że sytuacja jest „najpoważniejsza od…”. Z bezpieczeństwem jest odwrotnie. Ono kosztuje. Wymaga armii, obrony powietrznej, wywiadu, procedur, sojuszy i — rzecz może najmniej efektowna, ale najważniejsza — chłodnej głowy.
Dlatego premierowi warto życzyć, żeby w sprawach wojny częściej osobą przestawiającą fakty niż podbijającym bębenek społecznych nastrojów. Bo Polacy naprawdę nie potrzebują strażnika, który co kilka minut przejeżdża kluczem po kratach. Wystarczy, żeby drzwi były dobrze zamknięte.
Jest jeszcze jedna, bardziej polityczna funkcja straszenia wojną. Wojna — nawet ta, która dopiero może nadejść, a ostatnio także ta „podprogowa” — ma tę cudowną właściwość, że natychmiast zmienia hierarchię tematów. Nagle mniej ważne stają się kolejki do lekarzy, ceny paliw, problemy z usługami publicznymi, niewygodne pytania o gospodarkę czy kolejne spory między władzą a opozycją. Wszystko można przykryć jednym wielkim słowem: bezpieczeństwo.
A kiedy nad głową powiewa sztandar, nie wypada przecież pytać, dlaczego szewc źle uszył buty. Ale czym innym jest narodowa solidarność w obliczu realnego zagrożenia, a czym innym polityczna próba zbudowania wspólnoty wokół permanentnego poczucia zagrożenia. W pierwszym przypadku państwo mówi: „oto fakty, oto ryzyko, oto plan”. W drugim mówi przede wszystkim: „patrzcie, jak jest niebezpiecznie”.
A im bardziej niebezpiecznie jest w komunikacie, tym mniej miejsca zostaje na pytanie, jak naprawdę działa państwo. Polaków można jednoczyć na dwa sposoby. Można ich jednoczyć wokół sprawnie działającego państwa, silnej armii, dobrej gospodarki i poczucia, że ktoś rzeczywiście panuje nad sytuacją. Można też jednoczyć ich poprzez nieustanne przypominanie, że gdzieś za granicą czai się katastrofa.
Pierwsza metoda wymaga wyników.
Druga — konferencji prasowych.
I właśnie dlatego, gdy premier po raz kolejny mówi o wojnie, warto słuchać nie tylko czego się boimy, lecz także pytać: co w tym samym czasie przestajemy zauważać? A tutaj zaraz benzyna za 5,19 PLN! Spokojnie, spokojnie – za pół litra!




