Złom na gąsienicach. Czy nowoczesna armia rozbije się o „dobrostan psychiczny” żołnierza?

Date:

Przy jeden z wielu dyskusji, które toczą się wokół SAFE nadeszła mnie oto taka myśl, że toczymy spór jakby…od tyłu. W co ma być wyposażona polska armia, od kogo mamy kupić i za ile, jak ma wyglądać finansowanie zakupów? O to toczymy spory, kruszymy kopie, zapisujemy się do partii Zakutych lub Pustych Łbów. Tymczasem dobrze dozbrojona armia, to zaledwie połowa sukcesu albo i mniej… Ktoś ten sprzęt musi obsługiwać, musi być gotowy do poświęceń, a w końcu musi kogoś umieć zabić lub samemu być gotowym stracić zdrowie lub życie. Jednym słowem armia musi dostać „materiał” już z grubsza „ulepiony”, który zostanie wyposażony w sprzęt zakupiony z SAFE – nieważne jakiego.

„Lepienie” dobrego obywatela, a więc i żołnierza, to skomplikowany, wieloetapowy proces, który rozpoczyna się w rodzinie i przebiega w przedszkolu, szkole, na studiach, w instytucjach religijnych, sportowych i społecznych. Najlepszym tutaj przykładem jest Pokolenie Kolumbów, które urodzone już w wolnej Polsce – znakomicie zdało egzamin w czasie II wojny światowej i po jej zakończeniu, gdy niedobitki AK i NSZ kryły się po lasach, a pojmani żołnierze podziemia niepodległościowego byli likwidowani strzałami w tył głowy. Zarówno brunatni jak i czerwoni faszyści doskonale rozumieli, że muszą tych ludzi zlikwidować, bo dla Pokolenia Kolumbów takie pojęcia jak: honor, poświęcenie, dochowanie wierności złożonej przysiędze nie były pusto brzmiącymi frazesami.

I teraz zastanówmy się czy III RP zdołała wychować swoje Pokolenie Kolumbów, które wyposażone w ten cały fantastyczny sprzęt zakupiony z SAFE, będzie gotowe do walki ze wszystkimi tego konsekwencjami? I tu dochodzimy do sedna, które – jak to w polskiej debacie publicznej bywa – jest skrzętnie przemilczane. Znacznie łatwiej jest policzyć armaty niż charaktery. Łatwiej rozpisać przetarg i wydać pieniądze niż wychować człowieka. Excel przyjmie wszystko – honoru już niekoniecznie.

Wyobraźmy sobie bowiem sytuację zgoła groteskową: na placu manewrowym stoją błyszczące, najnowocześniejsze czołgi, drony krążą nad koszarami, rakiety w silosach mruczą cicho jak koty po kolacji, a obok tego wszystkiego stoi obywatel III Rzeczypospolitej (koniecznie z kolczykiem w nosie i paletą barw na włosach) i pyta nieśmiało: „A czy to jest w ogóle zgodne z moim dobrostanem psychicznym?”. Jeśli ktoś uważa, że to fantazja felietonisty, to znaczy, że dawno nie słuchał młodzieżowych debat o bezpiecznej „strefie komfortu” i gdzieby tu bryknąć „w razie co”?

Armia bowiem – wbrew marketingowym broszurom – nie jest klubem fitness z elementami survivalu. W armii nie chodzi o to, by się „realizować”, tylko by wykonać rozkaz. Czasem bardzo nieprzyjemny. Czasem taki, który oznacza, że ktoś po drugiej stronie już nie wróci do domu. A czasem taki, który oznacza, że to my nie wrócimy. I tu pojawia się drobny szczegół, o którym w Warszawie mówi się z taką niechęcią, jak o rachunku po hucznej kolacji – mianowicie kultura wychowania obywatelskiego. Przez ostatnie trzydzieści lat wychowywaliśmy bowiem raczej konsumenta niż obywatela. Człowieka, który wie, gdzie jest najbliższe centrum handlowe, ale niekoniecznie wie, gdzie leży Monte Cassino i co tam się wydarzyło. Który potrafi znakomicie walczyć o swoje prawa, ale już z obowiązkami ma relację raczej luźną i wyjątkowo niezobowiązującą.

Powstał z tego osobliwy model patriotyzmu weekendowego. W listopadzie flaga na balkonie, w sierpniu wzruszenie przy piosence powstańczej, a pomiędzy jednym a drugim sezonem – pełna koncentracja na promocjach w dyskoncie. Ojczyzna w wersji „light”, najlepiej bez ryzyka. Tymczasem historia – ta prawdziwa, a nie instagramowa – pokazuje rzecz dość brutalną: państwa bronią nie sprzęty, lecz ludzie! Sprzęt jest tylko przedłużeniem ich woli. Najlepszy czołg świata w rękach człowieka bez przekonań jest tylko drogim złomem na gąsienicach. Zaś przeciętny karabin w rękach człowieka z charakterem bywa argumentem ostatecznym.

Dlatego pytanie o SAFE jest w gruncie rzeczy pytaniem wtórnym. Najpierw trzeba odpowiedzieć na inne: czy potrafimy jeszcze wychować ludzi, którzy będą gotowi bronić czegoś więcej niż własnego komfortu? Czy w szkołach, domach i mediach rodzi się pokolenie obywateli, czy raczej pokolenie klientów? Bo jeśli to drugie – to możemy kupić nawet pół katalogu zbrojeniowego świata. Będzie to wyglądało imponująco na paradach i w telewizyjnych migawkach. Tylko w chwili próby może się okazać, że mamy armię znakomicie uzbrojoną… lecz niekoniecznie obsadzoną.

A jak wiadomo w historii – od Termopil po Westerplatte – decyduje właśnie ta drobna różnica między sprzętem a człowiekiem. Sprzęt można kupić. Człowieka należy wychować. I z tym drugim – jak się zdaje – mamy dziś największy deficyt.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Flota, której nie ma – problem, który jest! Gdzie znika polska bandera?

Statki polskich armatorów pływają pod obcymi banderami. Polska flota handlowa znika, a państwo traci kontrolę nad łańcuchami dostaw. To wynik lat braku strategii morskiej i cicha kapitulacja.

Poczobut: Nienegocjowalna miara człowieczeństwa kontra „plastelinowa” historia

Andrzej Poczobut swoim przemówieniem burzy misterną narrację o „wyzwoleniu”. Przypomina o wartościach nienegocjowalnych: honorze i wierności, stając się wyjątkowo niewygodnym świadkiem historii.

Między alarmem a ciszą. Sztorm na horyzoncie czy tylko polityczna mgła nad trzęsawiskiem?

Gdy kapitan ogłasza wojnę za kilka miesięcy, załoga spodziewa się rozkazów, a nie politycznej flauty. Czy premier Tusk naprawdę widzi sztorm na horyzoncie, czy jedynie bawi się lękiem pokoleń?

Berlin w ruinie, Waszyngton w grze – gdzie zgubiła się Polska?

Amerykański gambit uwalnia Poczobuta, podczas gdy Berlin tonie w gospodarczym chaosie. Czy Tusk poświęci polski interes narodowy na ołtarzu upadającej Rzeszy? Czas przestać patrzeć na Niemcy z lękiem.