Jeszcze raz wróćmy do tych wzruszających scen udekorowania Orderem Orła Białego panu Andrzejowi Poczobutowi. „Chodzi o to, że nie czuję się bohaterem. Dla mnie bohaterami tej historii są przede wszystkim żołnierze i dowódcy Armii Krajowej, osoby o których gloryfikację byłem oskarżony. Chodzi m.in. o majora Macieja Kalinkiewicza ps. Kotwicz, legendarnego cichociemnego majora Jana Piwnika ps. „Ponury”, Zygmunta Szendzielarza ps. „Łupaszka”, dowódców podziemia na terenie Grodzieńszczyzny — podporucznika Anatola Radziwonika ps. „Olech”, podporucznika Mieczysława Niedzińskiego (ps. „Ren”). To są ludzie, którzy do ostatniej chwili swego życia z bronią w ręku broni niepodległości i wolności kraju, którzy zginęli i których pamięć po dzień dzisiejszy jest szargana. Na tym tle — ja jestem po prostu zwykłym człowiekiem — powiedział podczas uroczystości Poczobut.
Widać wyraźnie, że p. Poczobut bohaterem naszych – będących pod pręgierzem oszalałego lewactwa – czasów być nie może! Nie przetrawił etapu dziejów, z którego to procesu powinno wynikać, że bohaterami są nie ci, którzy dochowali wierności przysiędze złożonej II RP, a ci, którzy przyjechali na sowieckich tankach. Andrzej Poczobut w swojej przemowie demoluje misternie tkaną przez lata lewicową opowieść, w której kat staje się „ofiarą systemu”, a ofiara – „kontrowersyjną postacią”. Bo jak tu pogodzić „Łupaszkę” czy „Ponurego” z narracją, że prawdziwy postęp wsparł się o sowieckie bagnety? Jak tu sprzedać młodemu pokoleniu opowieść o „wyzwoleniu”, skoro ktoś taki jak Andrzej Poczobut przypomina, że było ono po prostu zmianą okupanta?
Lewica ma z tym zasadniczy problem: nie cierpi ludzi, którzy nie chcą się wpasować w jej narrację. Bohater ma być „bezpieczny”, najlepiej martwy od dawna i odpowiednio zredagowany. Ma nie kłuć w oczy, nie przypominać, że były czasy, gdy wybór był prosty: zdrada albo wierność. Poczobut, mówiąc, że nie jest bohaterem, a bohaterami są tamci, odbiera im ulubioną zabawkę – monopol na definiowanie narodowej pamięci.
I dlatego właśnie nie może być bohaterem „naszych czasów”. Bo nasze czasy – w wydaniu lewicowym – nie znoszą hierarchii wartości. Wszystko musi być względne, płynne i negocjowalne. A on przychodzi z czymś staroświeckim… z przekonaniem, że są rzeczy, których się nie negocjuje. Wierność, honor, państwo. To przemówienie w obecności głowy państwa będzie lewicę uwierało, jak drzazga wbijana pod paznokcie. Bo jeśli uznamy rację Poczobuta, to cały ten intelektualny wysiłek, by usprawiedliwić zdradę jako „konieczność dziejową”, rozsypuje się jak domek z kart. I zostaje tylko nieprzyjemna cisza – taka, w której słychać, kto naprawdę stał po której stronie.
Dlatego też po chwilowej euforii, że udało nam się (akurat nie nam, tylko Amerykanom) wydobyć pana Poczobuta z ciemnicy Łukaszenki – nastąpi próba „wyciszenia Poczobuta”, bo nie co ukrywać, że pan Poczobut – chcąc nie chcąc – wpisał się w ostry spór polityczny pomiędzy III pokoleniem Żołnierzy Wyklętych, a III pokoleniem śledczych z UB, tych od drzazgi pod paznokciem.
Nagle okazało się, że człowiek, który miał być wygodnym symbolem walki o wolność słowa, walki z białoruskim reżimem, zaczyna mówić rzeczy niewygodne. A to już jest problem. Symbol powinien być jak manekin – ładnie ubrany, nieruchomy i przede wszystkim milczący. Tymczasem Andrzej Poczobut przypomina, że historia to nie jest plastelina do modelowania według aktualnych potrzeb ideologicznych, tylko twardy zapis wyborów – często tragicznych, ale jednoznacznych. A to burzy spokój tych, którzy od lat próbują rozmyć granice między katem a ofiarą, między wiernością a zdradą.
I tu właśnie dochodzimy do sedna sporu, którego tak bardzo boi się dzisiejsza lewica. To nie jest spór o historię – to jest spór o miarę człowieczeństwa. Poczobut – chcąc nie chcąc – staje po stronie tych, dla których istnieją rzeczy nienegocjowalne. A po drugiej stronie stoją ci, którzy od pokoleń próbują udowodnić, że wszystko da się uzasadnić, jeśli tylko znajdzie się odpowiednio elastyczny język: że „należy rozumieć kontekst”, że „historia jest skomplikowana”, że „nie wolno dzielić”.
Słowa Andrzeja Poczobuta poruszają. Bo one nie są o przeszłości. One są o tym, czy jeszcze umiemy być wierni czemukolwiek poza własną wygodą. Czy potrafimy nazwać dobro dobrem, a zdradę zdradą – nawet jeśli to dziś niemodne, nieopłacalne, a czasem wręcz niebezpieczne. Nie wiem, czy dzisiejszy świat jest gotowy na taką prostotę. Ale wiem, że bez niej wszystko inne zaczyna się rozsypywać – państwo, wspólnota, pamięć.
Dlatego gdziekolwiek pan pójdzie, Panie Andrzeju – czy będzie to znów samotność, czy będzie żył pan jak ptak – niech Pan pamięta, że są jeszcze ludzie, dla których to, co Pan powiedział, nie było tylko przemówieniem. Było przypomnieniem. Że mimo wszystko jeszcze nie wszystko stracone. Gdziekolwiek zaprowadzi pana przeznaczenie, Bóg z panem – Panie Andrzeju!






