Któż nie pamięta tego oburzenia, tej fali ogarniającej cały postępowy świat, tego zmożenia, które przetoczyło się przez media lewicowo-liberalne? A było na co się oburzać. Oto w Kanadzie, przy kościołach i ośrodkach prowadzonych przez misjonarzy, odkryto masowe groby rdzennych mieszkańców Kanady. Co gorsza – były to mogiły wypełnione ciałami dzieci. Rozległ się tedy lament donośny, pełen wzniosłych tonów i moralnego uniesienia, jakiego nie powstydziłby się niejeden kaznodzieja dawnych epok. W jednej chwili przeszłość została osądzona, wyrok surowy wydano, a egzekucje – nie tak znowu symboliczne – rozpoczęto bez zbędnej zwłoki: zapłonęły kościoły, runęły pomniki, katolicy zostali odsądzeni od czci i wiary. Słowa potępienia sypały się gęsto, a historia – jak to już nieraz bywało – została uproszczona do rozmiarów wygodnej diatryby. A teraz trzeba tę żabę zjeść… Ale czy trzeba?
Zaczęło się tak. „O kanadyjskich szkołach prowadzonych przez środowiska katolickie i protestanckie zaczęło być głośno w maju 2021 r., kiedy na terenie dawnej szkoły dla rdzennych mieszkańców w Kamloops w Kolumbii Brytyjskiej znaleziono zbiorowy grób, w którym znajdowały się szczątki 215 dzieci – pisał jeden z portali horyzontalnych. – Przez całe dekady kanadyjskie dzieci rdzennych mieszkańców siłą odbierano rodzicom, umieszczano w szkołach z internatem, prowadzonych przez chrześcijańskich misjonarzy, gdzie były ofiarami przemocy, molestowania seksualnego oraz zaniedbań i nie mogły nawet rozmawiać we własnym języku, bo za to też były surowo karane”. Sami państwo przyznacie, że ciarki przechodzą po plecach. Nic więc dziwnego, że Kościół katolicki w całej Kanadzie spotykał się z falą ataków.
Zdewastowano katedrę w Saskatoon, na której odciśnięto ślady dłoni. Czerwoną farbą namalowano „we were children” (byliśmy dziećmi). W rezerwatach Indian Penticton i Osoyoos w Kolumbii Brytyjskiej spłonęły dwa kościoły katolickie. Czerwoną farbą oblano pomnik Jana Pawła II. Łącznie spłonęło, zostało zdewastowanych lub sprofanowano około 100 kościołów.
Papież Franciszek udał się w podróż do Kanady, gdzie przeprosił za „zło” w szkołach rezydencjalnych dla dzieci rdzennych mieszkańców i „pokornie błaga o przebaczenie” za ten „katastrofalny błąd” chrześcijan. „Jestem tu, ponieważ pierwszym krokiem tej pokutnej pielgrzymki pośród was jest ponowna prośba o przebaczenie i powiedzenie wam z serca, że głęboko ubolewam: błagam o przebaczenie za to, w jaki sposób wielu chrześcijan wspierało, niestety, kolonizacyjną mentalność mocarstw, uciskających rdzenne narody. Ubolewam. Błagam o przebaczenie, w szczególności za sposób, w jaki wielu członków Kościoła i wspólnot zakonnych współpracowało, także poprzez obojętność, w tych projektach niszczenia kultury i przymusowej asymilacji, realizowanych przez ówczesne rządy, których kulminacją był system szkół rezydencjalnych – przyznał papież. Jak się później okaże, papież nie za bardzo wiedział, za co przeprasza, ale to mu się zdarzyło nie jeden raz.
I teraz będzie najciekawsze. Kanadyjska działaczka Dallas Brodie wezwała indiańskich przywódców do przeprosin i oddania rządowych pieniędzy w związku z kłamstwami, które przyczyniły się do powstania antykatolickiej histerii w Kanadzie! Zdaniem pani Brodie szefowa plemienia Tk’emlúps, Rosanne Casimir, powinna „zwrócić 12,1 miliona dolarów (plus odsetki), których zażądała dla swojego plemienia za wykopaliska w miejscu, gdzie według niej znajdowały się ciała 215 dzieci. Następnie powinna przeprosić Kanadyjczyków, a potem podać się do dymisji”. Aha, warto przypomnieć, że mimo upływu lat, na miejscu „masowej mogiły” nie dokonano ekshumacji, które wyjaśniłyby sprawę.
Cóż to są fakty i po co komu są potrzebne? Dowody? Niepotrzebne, skoro jest narracja. Wystarczyło na początku jedno hasło – „215 dzieci” – by uruchomić lawinę, której nikt nie próbował zatrzymać, bo przecież kto zatrzymuje lawinę, gdy można się na niej przejechać i zdobyć kilka politycznych punktów? A potem przyszła rzeczywistość. Cicha, niewygodna, pozbawiona dramaturgii. Okazało się, że mówimy nie o ekshumowanych ciałach, lecz o anomaliach georadarowych. O miejscach, które mogą być grobami – ale równie dobrze mogą nimi nie być. Minęły lata, a ekshumacji brak. Pewność zastąpiła hipoteza, krzyk – półszept, a moralna furia – niezręczne milczenie.
I teraz nagle okazuje się, że ktoś powinien przeprosić. Że może warto byłoby oddać pieniądze przyznane na podstawie niezweryfikowanych twierdzeń. Że może należałoby odkręcić choć część tej histerii. Tylko kto ma to zrobić? Ci sami, którzy z zapałem podpalali – dosłownie i metaforycznie – nie bardzo kwapią się dziś do gaszenia. Kościoły spłonęły naprawdę. Pomniki zniszczono naprawdę. Ludzi napiętnowano naprawdę. A „masowe groby”? Te, jak się okazuje, istnieją głównie w przestrzeni medialnych narracji i politycznych interesów.
I oto stoimy dziś przed klasycznym pytaniem: czy ktoś za to odpowie? Czy ktoś powie „przepraszam”? Czy ktoś rozliczy tę łatwość ferowania wyroków, tę beztroskę w niszczeniu reputacji, tę zadziwiającą gotowość do zamiany podejrzeń w pewniki? A może – jak to zwykle bywa – nikt niczego nie odkręci. Bo przecież w świecie współczesnych mediów prawda nie jest od tego, by obowiązywać. Ona jest od tego, by się pojawić… a potem zniknąć bez śladu, gdy przestaje pasować do jakiegoś opisu. Ciekawe, kto kreśli ten opis?
I tylko popiół po spalonych kościołach jakoś nie chce zniknąć. I to moje poruszenie, które… niewielu obchodzi.




