„Krzyk, którego nie udało się zagłuszyć”. Gdynia oddała głos ofiarom Wołynia!

Date:

Marsz Wołyński w Gdyni zgromadził 11 lipca mieszkańców Trójmiasta, którzy wspólnie oddali hołd ofiarom zbrodni wołyńskiej.

Gdynia na chwilę zatrzymała się przy historii, która dla wielu rodzin nigdy się nie skończyła. 11 lipca – w rocznicę Krwawej Niedzieli, jednego z najbardziej tragicznych momentów zbrodni wołyńskiej – ulicami miasta przeszedł pierwszy Trójmiejski Marsz Wołyński. Nie był to jedynie pochód z flagami i hasłami. Było to spotkanie ludzi, którzy przyszli z osobistą pamięcią, rodzinnymi historiami i pytaniami, które od dziesięcioleci pozostają bez odpowiedzi. Organizację marszu wzięli na swoje barki liderzy Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. 

Uczestnicy zgromadzili się przy pomniku poświęconym zesłańcom Sybiru. Wskazywali, że w Gdyni wciąż brakuje miejsca, które w sposób trwały upamiętniałoby ofiary ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

– Nie możemy zapominać o tych, którzy wciąż czekają na godny pochówek – podkreślali organizatorzy. Dla wielu uczestników marszu była to nie tylko lekcja historii, ale przede wszystkim moralny obowiązek wobec tych, którzy zginęli.

„Zostawili dom, ziemię i całe swoje życie”

Największe emocje wzbudziły świadectwa potomków ofiar. To właśnie ich głosy sprawiły, że odległa historia stała się nagle bardzo bliska – miała twarze, imiona i rodzinne wspomnienia.

Małgorzata Deresz opowiedziała historię swoich dziadków, którzy mieszkali na Wołyniu od pokoleń. Ich rodzina związana była z tą ziemią jeszcze od czasów dawnej Rzeczypospolitej. Mieli dom, gospodarstwo, sąsiadów, swoje codzienne życie. Wszystko zmieniło się w jednej chwili.

Gdy do ich miejscowości zaczęły docierać informacje o napadach i mordach, ludzie długo nie chcieli wierzyć, że zagrożenie dotknie również ich. Przez pokolenia żyli przecież obok innych mieszkańców tych ziem. Trudno było uwierzyć, że sąsiedzkie relacje mogą zamienić się w śmiertelne zagrożenie.

Pewnej nocy banderowcy pojawili się pod ich domem. Krzyki, uderzenia w drzwi i okna wywołały przerażenie. W domu była babcia, dziadek i dwie małe dziewczynki. W chwili największego strachu kobieta miała modlić się przed obrazem Matki Boskiej, który do dziś pozostaje rodzinną pamiątką.

Rodzinie udało się uciec. Wzięli tylko dwa worki – jeden z jedzeniem, drugi z najpotrzebniejszymi rzeczami dla dzieci. Zostawili wszystko: dom, gospodarstwo, dorobek całych pokoleń.

Nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Z najbliższej rodziny zginęły 22 osoby. Jak mówiła uczestniczka marszu, za każdą z tych osób mogły przyjść kolejne pokolenia – dzieci i wnuki, których nigdy nie było dane poznać.

Pamięć zapisana w rodzinnych ranach

Podczas uroczystości wielokrotnie powtarzało się jedno słowo: pamięć.

Dla wielu uczestników Wołyń nie jest tylko wydarzeniem historycznym opisanym w książkach. To wspomnienie przekazywane przy rodzinnym stole, opowieści dziadków, fotografie i przedmioty, które ocalały z dawnych domów.

Katarzyna Lubocka przywołała historię swojej prababci Anny Jaworskiej, jednej z osób, którym udało się przeżyć. Jak mówiła, kobieta przez całe życie nosiła w sobie obrazy płonących domów, zniszczonych gospodarstw i tragedii niewinnych ludzi.

– To nie jest dla nas odległa przeszłość. To wciąż żywa rana – podkreślano podczas wystąpień.

Uczestnicy marszu zwracali uwagę, że pamięć o ofiarach nie może być podporządkowana bieżącej polityce. Ich zdaniem podstawowym obowiązkiem jest odnalezienie miejsc pochówku zamordowanych i zapewnienie im chrześcijańskiego pogrzebu.

„Nie chcemy zemsty. Chcemy grobów, krzyży i prawdy”

Jednym z najważniejszych postulatów pojawiających się podczas wydarzenia była kwestia ekshumacji ofiar. Dla rodzin, które przez dziesięciolecia nie wiedzą, gdzie spoczywają ich bliscy, jest to sprawa o wymiarze nie tylko historycznym, ale przede wszystkim ludzkim.

– Człowiek ma prawo pochować swoich bliskich – podkreślali mówcy.

Wśród propozycji upamiętnienia ofiar pojawił się także pomysł organizowania specjalnych nabożeństw nawiązujących do tragicznych wydarzeń z 1943 roku. Jacek Oberland mówił o tzw. „dokończeniu Mszy Wołyńskich” – symbolicznej modlitwie za tych, którzy zginęli podczas przerwanych liturgii.

Historia, która nadal domaga się wysłuchania

Pierwszy Trójmiejski Marsz Wołyński pokazał, że temat Kresów i zbrodni wołyńskiej nadal budzi ogromne emocje. Dla jednych jest częścią historii narodowej, dla innych – osobistą tragedią rodzinną.

Poseł Krzysztof Szymański z Konfederacji podkreślał, że coraz więcej osób chce poznawać tę część historii i mówić o niej otwarcie. Według uczestników marszu najważniejsze jest jednak to, aby pamięć nie zamieniła się w nienawiść, lecz stała się wezwaniem do prawdy i szacunku dla ofiar.

Gdy uczestnicy opuszczali miejsce uroczystości, pozostawało jedno przesłanie: za każdą liczbą kryje się człowiek. Za każdą ofiarą kryje się rodzina. Za każdą mogiłą – czy znaną, czy wciąż poszukiwaną – kryje się historia, która zasługuje na naszą pamięć.

Bo – jak mówili organizatorzy – Wołyń wciąż woła. I na koniec warto przywołać jeszcze dwa nazwiska organizatorów, którzy wzięli na swoje barki organizację marszu, to panowie: Konrad Niżnik i Adam Lotkowski z Konfederacji Korony Polskiej. Dali radę.

Foto: Bartosz „Bata” Piec/M24

 

Konrad Dziecielski
Konrad Dziecielski
k.dziecielski@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Reinkarnacja Kaliguli?

Mógł Kaligula mianować swojego ulubionego konia senatorem, może Tusk...

„Demokracja walcząca”, a może „demokracja rozbójnicza”?

Pojęcie „demokracji rozbójniczej” (czy też „demokracji bandyckiej”) to termin...

Islandia zatrzasnęła brukselskim biurokratom drzwi przed nosem!

Bruksela dostała właśnie lekcję, której najbardziej nie lubi. Krótka....

Zaproszenie na progu płonącego domu. Hiszpańska polityka migracyjna wystawia rachunek

Kiedy granica staje się tylko teorią, hiszpańska polityka migracyjna przynosi zapaść w Ceucie. To nie histeria sąsiadów, lecz rachunek za wysyłanie w świat niebezpiecznych sygnałów bez pokrycia.