Stosunki polsko-ukraińskie są napięte do granic możliwości. A jednak z ogłaszaniem dna warto się wstrzymać. Historia aż nazbyt często pokazuje, że gdy wydaje się, iż niżej już spaść nie można, zawsze znajdzie się ktoś, kto chwyci za łopatę. Lwowska Rada Obwodowa zaproponowała właśnie, by 2027 rok ogłosić na Lwowszczyźnie rokiem dowódcy UPA Romana Szuchewycza i działacza OUN Ołeha Olżycza. I jak tu się nie wzruszyć…
Używanie mają Rosjanie. Nic dziwnego, wszak prezydent Zełeński sam (chyba nikt go do tego nie przymuszał) wystawił temat jak na patelni. Śmiało można dzisiaj powiedzieć, że największą „rosyjską onucą” jest – paradoksalnie – rezydent stolca w Kijowie.
Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Marija Zacharowa stwierdziła, że Rosja wielokrotnie ostrzegała Polskę przed konsekwencjami wspierania Ukrainy. Według niej Warszawa zignorowała te sygnały i obecnie ponosi skutki swojej polityki. „O wszystkim ich ostrzegaliśmy. I niech nikt nie mówi, że tak nie było. Było. Mówiliśmy o tym otwarcie” – powiedziała rzeczniczka rosyjskiego MSZ.
Rozprawmy się zatem z panią Zacharową. Otóż Rosja nie musiała Polski przed niczym ostrzegać. Zakładam, że polskie elity polityczne doskonale widziały narastający kult banderyzmu na Ukrainie. Mając jednak do wyboru pomiędzy cholerą a dżumą – wybraliśmy jedną z dwóch możliwych opcji.
Rozumiem, że z punktu widzenia p. Zacharowej wybraliśmy tę niewłaściwą. Cóż, ona ma prawo do swojej oceny, my również.
Przypomnijmy zatem pewien fakt z przeszłości. Jeszcze przed pełnoskalową inwazją z 24 lutego 2022 roku rosyjskie MSZ domagało się m.in. ograniczenia obecności wojsk NATO w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce. Przekładając to na prosty język oznaczało to: może i jesteście państwem suwerennym, ale o waszym bezpieczeństwie współdecydować będzie Kreml.
Byłaby to sytuacja wymarzona dla pani Zacharowej, ale nie dla Polski.
Teraz pani Zacharowa próbuje ubrać nas w szaty popleczników ukraińskiego nazizmu. To stary rosyjski chwyt propagandowy: skoro nie da się zmienić faktów, należy zmienić ich interpretację. Kreml od lat przekonuje świat, że każda krytyka Rosji jest faszyzmem, każdy przeciwnik Moskwy – nazistą, a każda rosyjska agresja – aktem wyzwolenia.
Problem polega na tym, że nawet najbardziej bezczelne kłamstwo nie przestaje być kłamstwem tylko dlatego, że powtarza się je codziennie.
To właśnie Rosja przez dziesięciolecia budowała imperium oparte na przemocy wobec sąsiadów. To ona rozbierała Polskę, mordowała polskich oficerów w Katyniu, deportowała setki tysięcy obywateli II Rzeczypospolitej na Syberię i przez pół wieku utrzymywała nas w swojej strefie dominacji.
Dzisiaj ci sami spadkobiercy tej polityki pouczają Polaków o moralności. Trudno o większy paradoks.
Największym prezentem dla rosyjskiej propagandy nie są polskie pytania o Wołyń czy protesty wobec gloryfikacji UPA. Największym prezentem są decyzje podejmowane przez samych ukraińskich polityków i samorządowców.
Każda kolejna ulica Bandery, każdy pomnik Szuchewycza, każda uchwała podobna do tej przyjętej przez Lwowską Radę Obwodową pozwala Zacharowej i jej kolegom powiedzieć: „A nie mówiliśmy?” I choć ich intencje są cyniczne, materiał propagandowy dostają za darmo.
To właśnie dlatego w interesie Ukrainy powinno leżeć zakończenie polityki historycznych prowokacji. Nie dlatego, że domaga się tego Polska, ale dlatego, że każda taka decyzja osłabia zaufanie najwierniejszego sojusznika i wzmacnia narrację państwa prowadzącego przeciwko Ukrainie pełnoskalową wojnę.
Polska nie potrzebuje pouczeń z Moskwy. Zwłaszcza od przedstawicieli państwa, które od wieków uznaje suwerenność swoich sąsiadów wyłącznie wtedy, gdy ci są wystarczająco słabi, by nie móc się sprzeciwić.
Ale równie mało potrzebuje lekcji historii z Kijowa, jeśli ich treścią ma być rehabilitacja ludzi odpowiedzialnych za zbrodnie na polskiej ludności cywilnej.
Między rosyjskim imperializmem a ukraińskim kultem OUN-UPA nie ma znaku równości. Są to dwa różne zjawiska. Jest natomiast coś, co je niebezpiecznie łączy – przekonanie, że politykę można budować na mitach zamiast na prawdzie.
A na takich fundamentach nie da się zbudować trwałego partnerstwa. Zwłaszcza między narodami, które mają za sobą tak trudną historię jak Polacy i Ukraińcy. Przyszłość stosunków polsko-ukraińskich zależy nie tylko od wspólnego bezpieczeństwa, ale również od tego, czy oba narody będą potrafiły uczciwie rozmawiać o trudnej historii.
Maria Zacharowa (ur. 24 grudnia 1975 w Moskwie) – rosyjska dyplomatka, od 2015 roku rzeczniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej i dyrektor Departamentu Informacji i Prasy MSZ. Jest jedną z głównych twarzy rosyjskiej polityki informacyjnej i odpowiada za publiczne prezentowanie stanowiska Kremla w sprawach międzynarodowych.
Polska należy do najczęstszych adresatów jej krytyki. Zacharowa regularnie oskarża Warszawę o prowadzenie „rusofobicznej” polityki, zarzuca polskim władzom „fałszowanie historii” oraz twierdzi, że Polska działa „wbrew logice, wbrew geopolityce i wbrew własnym interesom”, wspierając Ukrainę i wzmacniając współpracę z NATO. Krytykowała również usuwanie pomników Armii Czerwonej, twierdząc, że Polska „nie chroni pamięci ani o ofiarach, ani o wyzwolicielach”. W 2025 roku wywołała kontrowersje, stwierdzając, że „Lenin jest pod wieloma względami architektem niepodległego państwa polskiego”, co spotkało się z ostrą krytyką polskich historyków i polityków jako wypowiedź sprzeczna z ustaleniami współczesnej historiografii.





