Polska przekazała rakiety Patriot, a wraz z nimi pojawiło się pytanie, czy polska polityka zagraniczna potrafi skutecznie zamieniać pomoc wojskową w realne korzyści dla państwa. Historia pocisków PAC-3 do systemów Patriot stała się kolejnym przykładem tego, jak w geopolityce liczą się nie tylko gesty solidarności, ale również twarde negocjacje i wzajemność.
Jest coś ujmującego w polskiej polityce zagranicznej. Naprawdę. Od lat konsekwentnie udowadniamy światu, że potrafimy rozdawać własne atuty z entuzjazmem, którego nie powstydziłby się święty Mikołaja. A potem jeszcze szczerze dziwimy się, że prezenty nie budują trwałej wdzięczności.
Historia z pociskami PAC-3 do systemów Patriot* jest tutaj podręcznikowym przykładem. Warszawa przekazuje rakiety. Kijów je przyjmuje. A podziękowania płyną do Berlina. Ta dam! Kurtyna.
Nie ma sensu obrażać się na Ukraińców. Zrobili dokładnie to, co robi każde państwo walczące o własne przetrwanie. Biorą wszystko, co mogą dostać. Negocjują do ostatniej chwili. Wyciskają partnerów jak dojrzałą cytrynę. A kiedy cytryna przestaje puszczać sok, sięgają po następną. I po następną…
Tak wygląda realna polityka. Nie romantyzm. Nie poezja. Nie konkurs wdzięczności.
Problem polega na tym, że jedni grają w geopolityczne szachy, a drudzy najwyraźniej wciąż wierzą, że siedzą przy babcinym stole, gdzie wnusiowi serwowane są czekoladowe ciasteczka. Od pierwszego dnia wojny Kijów prowadzi politykę chłodnej kalkulacji. Każdy pocisk ma wartość. Każdy czołg ma cenę. Każdy podpis pod umową jest elementem większej układanki. I trudno mieć o to pretensje. Pretensje można mieć do Warszawy. Bo polska dyplomacja przypomina zawodnika pokera, który już przy rozdaniu odwraca swoje karty do gracza przeciwnej drużyny, po czym z uśmiechem informuje, że blefować nie zamierza. Honor i tradycja nie pozwala!
Co jeszcze oddamy? Co jeszcze przekażemy? I przede wszystkim – kiedy wreszcie zapytamy, co otrzymamy w zamian? To pytanie w Polsce najwyraźniej uchodzi za niestosowne. Słowo „wzajemność” zniknęło ze słownika polskich elit. Zastąpiły je modne hasła o bezwarunkowej solidarności i wdzięczności. Problem w tym, że bezwarunkowa solidarność w polityce międzynarodowej istnieje mniej więcej tak samo jak darmowe obiady. Każdy rachunek kiedyś trafia na stół.
Amerykanie negocjują wszystko.
Niemcy negocjują wszystko.
Francuzi negocjują wszystko.
Turcy potrafią miesiącami blokować decyzje całego NATO, dopóki nie uzyskają ustępstw.
A Polska? Polska bardzo często negocjuje… z samą sobą. I zazwyczaj kończy te negocjacje pełnym sukcesem – rezygnując z własnych argumentów jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy. Przez lata słyszeliśmy, że jesteśmy strategicznym partnerem Ukrainy. Świetnie! To, dlaczego strategiczny partner od lat nie potrafi doprowadzić do rozwiązania tak elementarnej sprawy, jak ekshumacja ofiar Rzezi Wołyńskiej? Niemcy żołnierzy Wermachtu mogli wykopać, my swoich kobiet i dzieci – nie. Dlaczego kolejne ustępstwa mają charakter jednostronny? I dlaczego za każdym razem słyszymy, że „to nie jest odpowiedni moment”?
Jeżeli nie teraz, to kiedy? Po wojnie? Po odbudowie? Po wejściu Ukrainy do Unii Europejskiej? A może wtedy usłyszymy, że właśnie rozpoczął się nowy etap partnerstwa i również „nie należy wracać do trudnych tematów”?
Historia uczy jednego. Kto rozdaje wszystkie karty przed rozpoczęciem gry, ten nie prowadzi negocjacji. On liczy na wdzięczność przeciwnika. A wdzięczność w polityce jest walutą wyjątkowo niestabilną. Najbardziej zadziwia jednak coś jeszcze. W Polsce coraz częściej próbuje się przedstawiać interes narodowy jako coś podejrzanego. Jakby domaganie się wzajemności było przejawem egoizmu. Jakby państwo miało obowiązek być szlachetne nawet wtedy, gdy inni kierują się wyłącznie własnym rachunkiem korzyści.
To nie jest szlachetność. To jest polityczna nieporadność. Pomagać Ukrainie można. A nawet trzeba – jeżeli służy to bezpieczeństwu Polski. Ale pomoc nie jest religią. Nie jest aktem wiary. Nie zwalnia z myślenia. Nie zwalnia z negocjowania. Nie zwalnia z obrony własnych interesów.
Bo państwo, które nie potrafi powiedzieć partnerowi: „pomagamy, ale oczekujemy wzajemności”, bardzo szybko przestaje być traktowane jak partner. Staje się magazynem. Bankomatem. Zapleczem logistycznym. A później dziwimy się, że inni zapisują nasze zasługi na własne konto. W geopolityce nie wygrywa ten, kto najwięcej poświęca. Wygrywa ten, kto potrafi zamienić własne poświęcenie w trwały zysk dla własnego państwa. I właśnie tej lekcji polska klasa polityczna zdaje się nie odrabiać, nieustająco repetuje ten sam rocznik.
Niestety, wciąż – jak widać – bez większych postępów. Buksujemy, a kto w polityce stoi w miejscu – cofa się.
Nasi politycy mówią, że mamy w zanadrzu – i to nas ma chyba jakoś pocieszać – „broń atomową”, bo możemy zblokować wejście Ukrainy do UE. Broń może okazać się jednak iluzoryczna. Nie dalej jak wczoraj, na naszych łamach mieliśmy zaszczyt opublikować materiał prof. Poleszczuka, w którym czytamy: „Przyjęcie Ukrainy do struktur UE i NATO nie wchodzi w grę. Czy Ukrainie, a zwłaszcza ukraińskim oligarchom, rzeczywiście na tym zależy? Pozostawanie państwem buforowym między Europą a Federacją Rosyjską może być dla ukraińskiego oligarchiatu wygodną pozycją. Nikt nie będzie mówił, jak zarządzać państwem ani jak wykorzystywać strumienie pieniędzy pochodzących z pomocy zagranicznej czy wyprzedaży ukraińskich aktywów zachodnim korporacjom, głównie z Niemiec i USA – i dalej pan profesor pisze – „Panteon bohaterów”, w którym znajdą się również kolaboranci Hitlera i sprawcy czystek ludobójczych, może stanowić wygodne alibi dla niewchodzenia do UE i NATO, a jednocześnie służyć utrzymywaniu wewnętrznej mobilizacji poprzez odwoływanie się do patriotycznych emocji i historycznej ignorancji. Polsce przypadnie rola „winnego” pozostawania Ukrainy w rozkroku między Zachodem a Wschodem. Nie wykluczam, że prof. Poleszczuk ma rację, a wówczas możemy naciskać na spust (atomowy) ile chcemy, ile dusza zapragnie. Będzie to huk z kapiszona…
Szacunkowy koszt jednego pocisku przechwytującego PAC-3 MSE (Patriot Advanced Capability-3 Missile Segment Enhancement) wynosi obecnie około: 3,9–4,2 mln dolarów amerykańskich za sztukę przy zakupach realizowanych przez armię USA. Przy kursie ok. 4 zł za 1 USD oznacza to orientacyjnie: 15,5–17 mln zł za jeden pocisk.





