Państwo połowy kompetencji
Afera w Szpitalu Południowym z salonikiem VIP i „szybką ścieżką” leczenia za publiczne pieniądze obnażyła nie tylko brak zasad etycznych u głównych bohaterów tej afery. Pokazała również coś znacznie poważniejszego – ułomny mechanizm doboru kadr zarządzających w instytucjach publicznych.
Rzecz w tym, że problem ten, to nie jest problem tylko szpitali. W jeszcze większym stopniu dotyczy spółek Skarbu Państwa, czyli przedsiębiorstw mających kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa państwa i rozwoju polskiej gospodarki.
Od ponad trzydziestu lat Polska jest gospodarką rynkową, ale dobór kadr w tym, jednym z najważniejszych segmentów gospodarki, nadal pozostaje zakładnikiem logiki politycznej odziedziczonej po PRL.
Starsi czytelnicy pamiętają jeszcze słowo „nomenklatura”. Młodszym wyjaśnię – oznaczało ono zasadę, że o obsadzie najważniejszych stanowisk decydowała przynależność partyjna, a nie kompetencje.
Żeby zostać dyrektorem fabryki, trzeba było należeć do partii.
Minęło ponad trzydzieści lat od upadku PRL. Zmienił się ustrój, zmienił się system gospodarczy, ale czy naprawdę zmienił się sposób doboru kadr w tej części gospodarki, która nadal pozostaje własnością państwa?
Dominująca obecnie pozycja spółek Skarbu Państwa jest w dużej mierze historycznym skutkiem 45 lat gospodarki socjalistycznej. W przeciwieństwie do państw Europy Zachodniej, Polska po 1989 roku nie dysponowała kapitałem prywatnym na skalę potrzebną do transformacji ustrojowej. Toteż państwo zachowało znaczną część majątku gospodarczego i do dziś pozostaje jednym z najważniejszych uczestników życia gospodarczego.
Można oczywiście dyskutować, czy jest to model optymalny. Niemniej faktem jest, że energetyka, paliwa, infrastruktura, sektor finansowy i część przemysłu strategicznego pozostają pod bezpośrednim lub pośrednim wpływem państwa.
I nie tyle sama obecność państwa w gospodarce – ale podporządkowanie zarządzania spółkami SP logice politycznej a nie merytorycznej – jest dziś największym problemem. To powoduje, że sposób zarządzania tym majątkiem stał się problemem ustrojowym, a nie wyłącznie gospodarczym.
W praktyce III RP spółki Skarbu Państwa stały się elementem politycznego łupu. Po każdych wyborach powtarza się ten sam scenariusz. Zmienia się rządząca opcja polityczna – zmieniają się rady nadzorcze, zarządy i prezesi spółek SP.
Co charakterystyczne, dzieje się to niezależnie od deklaracji składanych w czasie kampanii wyborczej. Każda nowa ekipa zapowiada „odpolitycznienie”, „profesjonalizację”, „transparentne konkursy” i „merytoryczne kryteria”. Po objęciu władzy okazuje się jednak, że najważniejszym kryterium pozostaje polityczna przynależność lub – co najmniej – polityczna lojalność i akceptowalność.
Nie jest to już nawet przejaw politycznej hipokryzji. To jest trwały mechanizm funkcjonowania naszego państwa. I za ten mechanizm płacimy wszyscy.
W praktyce można wskazać wiele przypadków prezesów spółek Skarbu Państwa, którzy osiągali bardzo dobre wyniki ekonomiczne, rozwijali przedsiębiorstwa i zwiększali ich wartość, a mimo to po zmianie układu politycznego nie uzyskiwali ponownego powołania.
O ich przyszłości bowiem nie decydowała ocena kompetencji ani efektów zarządzania – o ich przyszłości decyduje zmiana politycznego układu. Jedyna różnica w stosunku do minionej epoki jest taka, że w PRL-u była jedna nomenklatura, dzisiaj mamy co najmniej dwie, każda opcja polityczna ma swoją nomenklaturę.
I właśnie w tym ujawnia się największa słabość całego systemu. Wyobraźmy sobie, że zasób kompetentnych i merytorycznych menedżerów w Polsce wynosi sto procent.
Dla uproszczenia przyjmijmy, że połowa z nich sympatyzuje z jedną stroną sceny politycznej, a druga połowa z przeciwną. Ale przecież merytoryczne kompetencje menedżerskie nie mają barw partyjnych. Dobry menedżer pozostaje dobrym menedżerem niezależnie od tego, na kogo głosuje.
Tymczasem każda kolejna ekipa rządząca, kierując się przede wszystkim kryterium politycznym, dobrowolnie rezygnuje z wykorzystania znacznej części dostępnych kompetencji. Każda opcja polityczna, która obejmie władzę – przy obsadzaniu zarządów spółek SP – korzysta tylko z „własnych” ludzi.
Efekt jest oczywisty. Państwo działa tak, jakby świadomie amputowało sobie część własnego potencjału kadrowego.
To jest właśnie państwo połowy kompetencji.
Ale przecież państwo nie jest własnością jednej partii politycznej. Państwo tworzą obywatele o różnych poglądach, sympatiach i przekonaniach politycznych.
W związku z tym, w interesie nas wszystkich, obywateli tego państwa leży to, aby przedsiębiorstwami o strategicznym znaczeniu dla gospodarki państwa a także innymi spółkami i instytucjami państwa, zarządzali ludzie merytoryczni, najlepiej przygotowani do tej roli, a nie ludzie o poglądach politycznych zgodnych i spolegliwych wobec aktualnie rządzącej opcji politycznej.
Nasza historia pokazuje, że mechanizm wyłączenia części społeczeństwa z udziału w zarządzaniu państwem nie jest niczym nowym. Można powiedzieć – nihil novi sub sole.
W I Rzeczypospolitej dostęp do najwyższych urzędów państwowych był zastrzeżony przede wszystkim dla stanu szlacheckiego, stanowiącego około dziesięciu procent społeczeństwa. Oznaczało to, że państwo świadomie rezygnowało z talentów, wiedzy i umiejętności pozostałych dziewięćdziesięciu procent obywateli.
Nie oznacza to oczywiście, że wśród mieszczan i chłopów brakowało ludzi wybitnych, przedsiębiorczych czy obdarzonych talentami organizacyjnymi. Przeciwnie. Problem polegał na tym, że obowiązujący model ustrojowy nie pozwalał wykorzystać ich potencjału dla dobra państwa. Jak to się skończyło wszyscy wiemy.
Czy współczesne państwo, kierując się przede wszystkim kryterium politycznej przynależności przy obsadzaniu stanowisk w spółkach SP, nie popełnia błędu podobnego rodzaju? Skala jest oczywiście nieporównywalna. Mechanizm pozostaje jednak podobny.
Państwo samo ogranicza krąg ludzi, spośród których wybiera osoby odpowiedzialne za zarządzanie dużą częścią gospodarki.
I dlatego problemu nie rozwiążą kolejne kampanijne zapowiedzi „odpartyjnienia spółek”. Słyszymy je od blisko trzydziestu lat. Po każdych wyborach okazuje się jednak, że deklaracje przegrywają z polityczną praktyką.
Jeżeli mechanizm patologii ma charakter trwały, odpowiedź również musi być trwała. Pytanie brzmi następująco: jak przerwać ten mechanizm?
A uczciwa i racjonalna odpowiedź jest następująca: potrzebne jest rozwiązanie instytucjonalne, a nie kolejne deklaracje składane przed wyborami!
W ramach tej racjonalnej odpowiedzi można wyobrazić sobie powoływane przez Sejm Kolegium d/s Organów Strategicznych Spółek Skarbu Państwa, które przejęłoby od właściwych ministrów kompetencje do powoływania rad nadzorczych strategicznych spółek SP.
Nie chodzi o odebranie państwu uprawnień właścicielskich, lecz o oddzielenie procesu doboru kadr zarządzających przedsiębiorstwami mającymi kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa gospodarczego państwa od bieżącej polityki.




