Mnie osobiście nie dziwi ani nie oburza to, że ludzie władzy, osoby pełniące funkcje polityczne, mają preferencyjny dostęp do niektórych usług czy dóbr rzadkich (deficytowych). Sporo takich przywilejów można wyjaśnić i uzasadnić funkcjonalnie. Byłoby czymś absurdalnym, gdyby premier lub inny dygnitarz marnował czas, oczekując godzinami w kolejkach, jeździł pociągami i narażał się na ataki świrów, których nigdy i nigdzie nie brakuje.
To, co jest bulwersujące i moralnie obrzydliwe, to pazerność. I nie chodzi mi o korupcję „na miliony”, lecz o zwykłą pazerność na drobne korzyści. Politycy nie należą przecież do kategorii osób ubogich, które ledwo wiążą koniec z końcem. A jednak nie widzą nic zdrożnego w tym, by połaszczyć się na drobne przywileje i coś zaoszczędzić. W końcu stać ich na korzystanie z usług prywatnych firm świadczących badania medyczne. Oferta rynkowa jest bogata, świadczenia szybkie, a kolejki krótkie. Można po prostu umówić się na konkretny termin.
Oczywiście zdarzają się sytuacje kryzysowe, gdy pomoc potrzebna jest natychmiast. Ratunek powinien być udzielony bezzwłocznie – niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z urazem powypadkowym, czy zatruciem alkoholowym. Właśnie po to istnieje SOR – szpitalny oddział ratunkowy.
Ale tutaj z reguły jest kolejka, chyba że mamy do czynienia z sytuacją krytyczną, zagrażającą życiu. Kilka razy miałem okazję spędzić na SOR-ze po kilka godzin. Nikt nigdy nie miał pretensji, gdy ledwie żywy albo ciężko pokiereszowany człowiek uzyskiwał pomoc natychmiast, z pominięciem kolejki. Przeciwnie – każdy z ulgą oddychał, że to nie jemu przydarzyło się takie nieszczęście i że może poczekać.
Nieszczęście i ratunek to nie przywilej.
Ale gdy pojawia się VIP i uzyskuje uprzywilejowany dostęp – nie ma zmiłuj. To już jest czysta manifestacja pogardy. Nic – żadna cecha, żadna funkcja, żaden status – nie wyjaśnia i nie uzasadnia innej zasady dostępu do pomocy niż nieszczęście. W nieszczęściu wszyscy jesteśmy równi.
A jeśli już mamy zrobić dla kogoś wyjątek, to musi on wynikać z naszej dobrej woli i naszej zgody. Gdy na SOR-ze pojawia się ktoś powszechnie znany, szanowany czy podziwiany, możemy ustąpić mu miejsca. My – możemy. Ale jeśli jest to ktoś, kto naprawdę ma dla nas szacunek, to stanie pokornie w kolejce, poczeka i zniesie niedogodność choćby złamanego paznokcia. Gdy tego nie robi, okazuje nam pogardę, a my nie musimy wierzyć, że jest godny przywileju.
Kiedyś, w 1981 roku, wracałem z Moskwy. Na lotnisku Szeremietiewo były dwie kolejki: jedna dla inostranców (obcokrajowców) – krótka, i druga – długa – dla tubylców. Nie wiem, co we mnie wstąpiło (może nie byłem jeszcze w pełni sił po „pożegnaniu” z Rosjanami), ale zacząłem głośno krytykować stojących w kolejce: „Jak możecie godzić się na taką dyskryminację?”.
Popatrzyli na mnie z zaciekawieniem i niepokojem. Nie chce korzystać z przywileju? Nie cieszy się? Może to prowokator i zaraz zjawi się milicja, żeby wszystkich aresztować?
Wtedy podszedł do mnie staruszek – może miał 80 lat, a może 40, tylko był wykończony „szczęściem Kraju Rad” – i piękną polszczyzną powiedział:
„Niech się Pan uspokoi i nie ma do nich pretensji. Oni nie czują upokorzenia. Przeciwnie – Pana przywilej jest dla nich wyrazem szacunku i wstydu. Nie chcą, by przeżył Pan to upodlenie, którego sami doświadczają przez całe życie.”
Tak, ludzie biedni często wstydzą się swojej biedy. Nie chcą się do niej przyznać i o nią walczyć. Cierpią w milczeniu. Ale ten onieśmielający wstyd, gdy zostanie przełamany, przeobraża się w niszczącą wściekłość.
Tego właśnie boją się ludzie władzy korzystający z przywilejów, które nie mają społecznej legitymizacji. Być może kiedyś „ośmiorniczki” wywoływały oburzenie – choć ilu ludzi znało ich smak? Jednak VIP-owski „salonik” na SOR-ze wzbudzi znacznie większe emocje, ponieważ każdy wie, czym jest zagrożenie zdrowia lub życia oraz oczekiwanie na pomoc.
To już nie jest tylko manifestacja przynależności do „kasty wybranych”. To jawna manifestacja pogardy wobec tych, którzy do tej kasty nie należą.




