Nie mamy zwyczaju wchodzić w polemikę z lewicowymi komentatorami, ale od reguły należy czasami zrobić wyjątek. Oto na łamach Krytyki Politycznej (KP)„odpalił” się red. Jakub Majmurek, jedno z czołowych piór strony lewicowo-liberalnej (można przeczytać tutaj: https://krytykapolityczna.pl/kraj/rocznica-nawrockiego-o-stosunku-prezydenta-do-strony-liberalno-lewicowej/) Pogląd p. Majmurka – ujęty we wskazanym materialne – można streścić następująco: Polityka Karola Nawrockiego oparta jest na wywoływaniu silnych emocji i irytacji u przeciwników politycznych. Autor uważa, że dla części jego zwolenników fakt, iż prezydent „denerwuje” liberalną część społeczeństwa, jest ważniejszym źródłem satysfakcji niż realizacja konkretnych obietnic. Jest to diagnoza równie trafna jak stwierdzenie, że kibic cieszy się z bramki, ponieważ przeciwna drużyna straciła gola.
Pan Majmurek odkrywa przed czytelnikiem KP (a i przed nami również) Amerykę: polaryzacja istnieje. Wyborcy lubią, kiedy „ich” polityk dokucza „tamtym”. Doprawdy, trudno się nie zgodzić. Trudniej natomiast zrozumieć, dlaczego zjawisko to ma być szczególną właściwością prawicy?
Przez ostatnie trzy lata obserwujemy dokładnie ten sam mechanizm po lewej stronie. Gdy koalicja 5,19 PLN/PB przejmowała instytucje, druga wyła. Gdy druga odpowiadała protestem, pierwsza szydziła. Gdy zmieniano władze mediów publicznych, jedni mówili o przywracaniu demokracji i praworządności, drudzy o zamachu stanu. Jedni śmiali się z przegranych, drudzy śmiali się z wygranych. Gdy premier mówił o „demokracji walczącej” (pojęcie użyte w RFN w celu denazyfikacji Niemiec) „strona demokratyczna” pękała z dumy, prawica załamywała ręce i wieszczyła koniec demokracji.
Według teorii red. Majmurka, Nawrocki jest dla swoich wyborców szczególnie cenny dlatego, że boli drugą stronę. Nie dlatego, że reprezentuje określony program. Nie dlatego, że ma określone poglądy. Nie dlatego, że jego wyborcy oczekują od niego konkretnych działań. Boli i tyle. A skoro boli, to bardzo dobrze. To bardzo interesująca koncepcja demokracji. W jej świetle można by właściwie zrezygnować z wyborów i urządzić plebiscyt na najbardziej irytującą osobę w kraju. Zwycięzca obejmuje urząd. Przegrani wyrażają oburzenie. Zwycięzca dostaje dodatkowe punkty za każde tysiąc wpisów „nie mój prezydent, nie uznaję”. Budżet państwa oszczędza. Komentatorzy mają pełne ręce roboty, w tym niżej podpisany.
Problem polega na tym, że Rzeczpospolita nie jest platformą społecznościową. Prezydentura nie jest funkcją w algorytmie. Jest w tekście pana Majmurka coś jeszcze bardziej charakterystycznego. Otóż Autor zauważa, że Nawrocki wygrał mimo tego, że pojawiały się informacje, które – jego zdaniem – jeszcze dekadę wcześniej mogłyby zatopić każdą kandydaturę. Nie zatopiły – taka sprawa. I tutaj zamiast postawić najprostsze pytanie: „Dlaczego?”, dostajemy opowieść o manipulacji, micie antysystemowości i przyjemności z tego, że liberalna Polska cierpi. Tymczasem odpowiedź może być znacznie mniej wyrafinowana. Część wyborców po prostu uznała, że bardziej nie ufa tzw. siłom demokratycznym, cokolwiek to znaczy. To nie musi być dobre wytłumaczenie – szczególnie dla p. Majmurka. Nie musi być nawet mądre. Ale jest demokratyczne, poparte liczbami, chociaż Koń i Mędrzec Europy uważają inaczej.
I warto wreszcie przyjąć do wiadomości rzecz dla części lewicowych komentatorów najwyraźniej traumatyczną: wyborca nie ma obowiązku głosować tak, jak radzi mu lewoskrętny publicysta. Nie musi zachwycać się jego hierarchią wartości. Nie musi czytać tych samych gazet i portali. Nie musi uważać, że jego poglądy są „nowoczesne”. Może nawet uważać je za kompletnie oderwane od rzeczywistości. A potem może wrzucić kartę do urny. I jego głos waży tyle samo do głos p. Majmurka.
Najciekawszy jest jednak finał całej tej historii. Majmurek radzi stronie liberalnej, by nie dawała się prowokować. Słusznie. Bo jeśli ktoś prowokuje po to, żeby przeciwnik się zagotował, to zagotowany przeciwnik wykonuje za niego połowę pracy. Tylko dlaczego trzeba było dojść do tego dopiero po wyborach? Czy naprawdę trzeba było najpierw nazwać miliony wyborców Karola Nawrockiego najróżniejszymi epitetami, a dopiero później odkryć, że pogarda nie jest najlepszym narzędziem mobilizacji? Czy naprawdę trzeba było przez lata opowiadać ludziom, że są zaściankowi, zmanipulowani, niewykształceni, prowincjonalni, fanatyczni albo „nieeuropejscy”, żeby następnie dziwić się, że ci ludzie zaczęli głosować przeciwko tym, którzy tak o nich mówili?
Polityka jest czasami zadziwiająco prosta. Jeżeli przez lata mówisz człowiekowi, że jest idiotą, nie zdziw się, gdy pewnego dnia zagłosuje przeciwko tobie. Nie życzę nikomu politycznego wycia. Ani jednej, ani drugiej stronie. Nie dlatego, że jestem przeciwnikiem emocji. Przeciwnie. Demokracja bez emocji byłaby martwa, jak pieczona ryba na moim talerzu. Jednak państwo, w którym największą satysfakcję daje obywatelowi cierpienie jego politycznego przeciwnika, jest państwem, które zaczyna zapominać, po co w ogóle istnieje. Można mieć innego prezydenta. Można mieć inne poglądy. Można uważać Nawrockiego za najlepszego albo najgorszego prezydenta III RP. Można go krytykować od rana do wieczora. Ale warto pamiętać o pewnej – jakże jednak ważnej – drobnostce. On został wybrany. Przez obywateli.
Nie przez redakcję Krytyki Politycznej ani Merkuriusza24.pl.
Nie przez warszawskie salony.
I nie przez tych, którzy dziś z satysfakcją analizują poziom „wycia” po drugiej stronie.
Można ten wybór uznawać za błąd.
Można go uważać za katastrofę.
Można go nawet uważać za najgorszą rzecz, jaka spotkała Polskę.
Ale prezydent Nawrocki został wybrany na 5-letnią kadencję. I to jest fakt. Chociaż Jaś Fasola (L.W.) polskiej polityki uważa inaczej. Ale kto wie, gdzie błądzą wybitne umysły europejskich mędrców?
A demokracja ma tę nieznośną właściwość, że czasem wygrywają w niej ludzie, których bardzo nie chcielibyśmy widzieć na podium.
Wtedy pozostaje nam jedno.
Nie wyć.
Przekonywać nieprzekonanych.
Bo jeśli jedynym argumentem przeciwko Nawrockiemu jest to, że jego zwycięstwo sprawia, iż ktoś po drugiej stronie wyje, to trzeba uczciwie powiedzieć: to nie jest argument przeciwko Nawrockiemu. To jest argument przeciwko jakości własnej polityki.
PS. Między Bugiem a prawdą wielką radość sprawa mi oglądanie scen euforii, które miały miejsce w komitetach wyborczych Rafała Trzaskowskiego, szczególnie w momencie, gdy ogłoszono wstępne wyniki głosowania i Rafał Trzaskowski został prezydentem na bite dwie godziny. Pani, która stworzyła jakiś spontaniczny układ taneczny, kręcąc się chaotycznie w kółko, zarzucając bujnym siwym włosiem i bijąc dłoniami się po udach. Cymes! Można oglądać bez końca (można zobaczyć tutaj: https://www.youtube.com/shorts/JdzFWtJKL5s). Także cieszę się radością (jakby nie patrząc dziecięcą) swoich czcigodnych adwersarzy sprzed roku. Śmiechem a nie wyciem!




