Jego ojcem było marzenie. Matką – nauka. Rodziło się pomału, etapami. Dlatego ma nie jedną, nie dwie, lecz trzy daty urodzin. Stała za nim z początku grupa osób postrzeganych jako szaleńcy. A dziś miliony ludzi nie wyobrażają sobie bez niego życia…
Jego głos jest tak intymny, tak bliski – jak szept tajemnicy czy wyznanie czynione bez świadków. Równocześnie towarzyszył i nadal towarzyszy, w chwilach dobrych i złych – całemu Narodowi.
Nie można go dotknąć. Ani zobaczyć. Jest dźwiękiem, który istnieje dzięki temu, że inni chcą słuchać.
Drodzy Państwo, 2026 to zgodnie z decyzją Sejmu: Rok Polskiego Radia.
Jego historia mogłaby się zaczynać tak: był sobie niegdyś pan doktor, niejaki Zygmunt Chamiec, który wrócił z zagranicy i zafascynowany tym co tam zobaczył, a raczej usłyszał – przybył do dyrektora koncernu Siła i Światło, aby przekonać go do swojego pomysłu. To zaowocowało powstaniem spółki o nazwie Polskie Radio. Działo się to Roku Pańskiego 1924, 5 II. Miały dni i tygodnie – aż 18 sierpnia roku kolejnego spółka otrzymała wymaganą koncesję na nadawanie.
Lecz równie dobrze historia Polskiego Radia mogłaby rozpoczynać się inaczej: ponad 100 lat temu, w 1923 roku, grupa zapaleńców utworzyła Polskie Towarzystwo Radiotechniczne. To ono stało za wyemitowaniem pierwszego programu – o godz. 18, 1 II 1925 roku. Wtedy to w eter poszły pamiętne słowa Romana Rudniewskiego: „tu próbna stacja radionadawcza PTR w Warszawie, fala 385 m”.
Ale jeśli ktoś chce jako początek uznać nadanie pierwszej stałej audycji – to musi paść data 18 IV 1926 roku, gdy odbiorcy mogli usłyszeć piękny, kobiecy głos pierwszej polskiej spikerki, Janiny Sztomkówny. Bo Polskie Radio od początku było bardzo kobiece…
To wszystko prawda. Tak było. I było też tak, że początki rysowały się niezwykle skromnie. Pierwsze radiowe studio, które było zwykłym pokoikiem, obklejonym zielonym suknem. Mikrofon, siejący strach, wielki, kilku kilogramowy, dyndający na filcowym hamaku. I artyści słowa, którzy opanować musieli zdziwienie a nawet lęk przed gadaniem do przedmiotu, który ich głos miał ponieść dalej, w świat…
A równocześnie – było coś arcypolskiego, heroicznego, uduchowionego w tych pierwocinach zmagań naszych przodków. I tu musimy wrócić do lat 1918 – 1920. W czasie wojny polsko – bolszewickiej polscy radiowcy łamią szyfr nieprzyjaciela. Przechwytują rozkazy. A w czasie Bitwy Warszawskiej zagłuszają rozkazy Tuchaczewskiego, nadając przez 36 godzin Pismo Święte. Nie wiemy, jak potoczyłyby się losy bitwy i wojny, gdyby nie specjaliści, którzy talentami nadrabiali niedobory sprzętu.
Narodziny Polskiego Radia i odrodzenie Ojczyzny były bliskie sobie, nie tylko czasowo. Janusz Osterwa recytujący „Testament mój” Słowackiego. Pierwsza powieść czytana na antenie, czyli „Wierna rzeka” Żeromskiego. Jeremi Przybora, który żartuje, że jest półkoniem, czyli urzędnikiem, i półczłowiekiem, czyli spikerem, a więc – centaurem. „Gadaninki” Janusza Korczaka, wyprzedzające epokę. Jan Kiepura, stały współpracownik, który w Radiu zostawia kawałek serca. Jerzy Szaniawski, genialny dramaturg, który daje się namówić Witoldowi Hulewiczowi i pisze dla radiowego teatru nieprzemijające arcydzieła. Kolejne siedziby, rosnąca rzesza wielbicieli, ba – wręcz fanatyków radia. Lokalne rozgłośnie, hojnie rozrzucone po mapie II RP i ich olśniewające sukcesy. Bo czymże jak nie sukcesem było wyludnianie przez Szczepka i Tońka ulic przedwojennego Lwowa, którego mieszkańcy porzucali wszystkie zajęcia i rozrywki, byle na czas zasiąść przed odbiornikiem, i pokładać się ze śmiechu przy bezlitosnych wygłupach „Wesołej Lwowskiej Fali”!
Na nagranie dał się 11 XI 1926 roku namówić sam Marszałek, ale ciężko mu to przyszło, bo musiał mówić do „jakiejś dziwacznej trąby”. Natomiast pomnikowy Jerzy Waldorff wspominał po latach, że w czasach jego młodości słuchanie było rytuałem, w którym uczestniczyła babka, a ponieważ poglądy miała antysanackie, to zarzucała otoczeniu, że w słuchawkach wcale nie brzmi Chopin (Polskie Radio od początku, od 1927 roku, współtworzyło Konkursy Chopinowskie) – tylko te szmery i trzaski to Piłsudski, który znowu strzela!
Oj, działo się, działo!
A potem… potem była wojna. Padają pamiętne słowa Prezydenta Stefana Starzyńskiego: „A więc wojna (…) walka aż do zwycięstwa”. Kilka miesięcy później zostanie zamordowany w nieznanych okolicznościach.
Radio milknie. 30 IX 1939 nadaje: „Halo, halo, czy nas słyszycie? To nasz ostatni komunikat”. Ale ocalał polski duch: bohaterski, gdy trzeba, brawurowy, gdy można. To on każe wskrzeszać ideę polskich słuchowisk i programów przy boku aliantów. I to dzięki niemu z walczącej, powstańczej Warszawy, od 8 VIII do 4 X szły na cały świat słowa radiostacji „Błyskawica” – fenomenu bez porównania z czymkolwiek innym.
Dlatego Polskie Radio ma prawo mówić o nieprzerwanej, stuletniej historii. A my – jako mniej lub bardziej zagorzali słuchacze – możemy mieć pewność, że choćby zdarzyła się największa katastrofa, ono jest i pozostanie z nami. Nie tylko następne 100 lat – ale do końca świata i jeden dzień dłużej!
Tekst ukazał się w kwietniowym numerze miesięcznika „Nasze Słowo”.






