Trup wypadł z szafy. Niespodzianka? Dla niektórych – jak najbardziej. Chodzi o relacje polsko-ukraińskie, a dokładnie o nadanie jednej z ukraińskich jednostek miana „Bohaterów UPA”.
Wiele lat temu (może 15) pomorska poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk wystawała do ukraińskich intelektualistów apel o zmierzenie się z upiorami z przeszłości, bo (tak mniej więcej brzmiała teza tego apelu) jeżeli my tego nie zrobimy – zrobią to za nas inni (czytaj Rosjanie). Rosjanie nawet palcem w bucie nie kiwnęli – wszystko za nich, całą brudną robotę – „odwalił” prezydent Ukrainy. Chociaż nie można wykluczyć, że Kreml gdzieś tam za sznurki pociągał… Pociągał, nie pociągał – decyzję odjęli Ukraińcy. Na rzeczony apel poseł Arciszewskiej-Mielewczyk pies z kulawą nogą nie odpowiedział. Kamień w wodę. Bo za wcześnie, to nie czas, a tak w ogóle, komu potrzebne jest rozdrapywanie ran?
Warto zauważyć, że podobne argumenty słyszy się od dziesięcioleci wszędzie tam, gdzie historia pozostawiła po sobie rachunki nieuregulowane do końca. Każde pokolenie znajduje własne uzasadnienie dla odkładania spraw niewygodnych. Najpierw odbudowa państwa. Potem reformy. Później wojna. Zawsze istnieje jakaś przyczyna, dla której prawda historyczna powinna jeszcze trochę poczekać. Tyle że historia ma osobliwą właściwość. Nie starzeje się. Nie przedawnia. Nie traci aktualności dlatego, że politycy lub publicyści uznali ją za temat niewygodny. Przeciwnie – im dłużej pozostaje przemilczana, tym większą siłą wraca.
Przez wiele lat polsko-ukraińskie pojednanie budowano na założeniu, że kwestie sporne uda się odsunąć na bok. Liczyła się przyszłość, wspólne interesy, zagrożenie ze strony Rosji, europejskie aspiracje Kijowa. Wszystko to były sprawy ważne i rzeczywiste. Problem polegał jednak na tym, że fundament pozostawał nieukończony. Nie sposób bowiem budować trwałego porozumienia pomiędzy narodami wyłącznie na wspólnych interesach. Interesy zmieniają się wraz z epoką. Dzisiaj są wspólne, jutro mogą okazać się rozbieżne. Znacznie trwalsza jest uczciwa pamięć historyczna, nawet jeśli bywa bolesna.
Polacy mają pełne prawo oczekiwać, że zbrodnie wołyńskie będą nazywane po imieniu. Ukraińcy mają prawo pielęgnować pamięć o walce o własną niepodległość. Kłopot zaczyna się wówczas, gdy te dwa porządki zostają ze sobą utożsamione bez żadnych zastrzeżeń. Historia Europy zna wiele postaci i organizacji, które walczyły o słuszne cele, posługując się przy tym metodami trudnymi do obrony. Dojrzałość narodów polega właśnie na umiejętności oddzielenia jednego od drugiego.
Nie jest to zresztą problem wyłącznie ukraiński. Każdy naród posiada własną szafę, a w niej mniej lub bardziej starannie ukryte szkielety. Różnica polega jedynie na tym, czy decyduje się otworzyć drzwi samodzielnie, czy też czeka, aż zrobi to za niego przypadek. Dzisiaj wielu komentatorów pyta, kto na całej sprawie skorzysta. Odpowiedź wydaje się oczywista. Każdy konflikt między Warszawą a Kijowem jest prezentem dla Moskwy. Ale stwierdzenie tego faktu nie rozwiązuje problemu. Przeciwnie – może stać się wygodnym pretekstem do jego dalszego ignorowania.
Bo jeśli za każdym razem będziemy bali się mówić o trudnej przeszłości z obawy przed reakcją Kremla, to w istocie oddamy Kremlowi prawo do decydowania o granicach naszej debaty publicznej. Trudno wyobrazić sobie większy paradoks. Być może więc obecna sytuacja jest po prostu spóźnioną konsekwencją zaniechań sprzed kilkunastu lat. Ostrzegano, że temat wróci. Ostrzegano, że przemilczenie nie jest rozwiązaniem. Ostrzegano, że historię można odłożyć, ale nie można jej unieważnić.
Wówczas niewielu chciało słuchać. A teraz trup wypadł z szafy. Jak zwykle w takich przypadkach narobił hałasu, wywołał zgorszenie i zdumienie tych, którzy zdążyli uwierzyć, że go tam nie ma.
Patrząc na problem nieco przewrotnie (chociaż materia temu nie sprzyja), to nikt tak wiele nie uczynił dla przypomnienia światu o Rzezi Wołyńskiej, co… prezydent Zełeński. Dziękować mu za to jednak nie będę. Politycy rzadko bywają historykami. Jeszcze rzadziej archeologami narodowej pamięci. Ich zadaniem jest odpowiadać na oczekiwania własnego społeczeństwa, a nie społeczeństw sąsiednich. Znacznie bardziej dziwię się tym wszystkim, którzy przez lata przekonywali, że problem rozwiąże się sam, jeśli tylko przestaniemy o nim mówić.
Nie rozwiązał się. Jak nie rozwiązał się żaden poważny spór historyczny przemilczeniem. Historia jest cierpliwa. Potrafi czekać latami, czasem całymi pokoleniami. Ale w końcu zawsze upomina się o swoje.
I wtedy okazuje się, że rachunek, którego nie chciano zapłacić wczoraj, dziś jest już znacznie wyższy, jutro może okazać się trudny do spłacenia… Należało „czerwone linie” nakreślić dużo wcześniej, ale tego nie uczyniono, czym zachęcono Ukraińców do działań śmiałych, bezczelnych. Dzisiaj oburzenie jest zrozumiałe, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że jest także nieco spóźnione. Bo sygnały ostrzegawcze pojawiały się od dawna. Nie chciano ich dostrzec, uznając, że bieżące interesy są ważniejsze od sporów o przeszłość. Historia po raz kolejny przypomniała, że można ją odłożyć na później, ale nie można jej unieważnić.
Niepotrzebnie premier Donald Tusk stroi się w piórka rozjemcy pomiędzy oboma prezydentami, bo to nie jest spór osobisty. Należało reagować wcześniej i to jest uwaga do wszystkich rządów, które ukonstytuowały się po 24 sierpnia 1991 r., to jest od dnia proklamowania niepodległości Ukrainy i zawierzenia jej losów brunatnym patronom z widłami w zębach. Co teraz? Pozostaje remont pasa w Jesionece, ale i czy i na to nie jest już za późno…




