Są w dziejach Polski daty, które nie potrzebują komentarza. Przemawiają same. Piętnasty lipca należy właśnie do nich. Grunwald nie był tylko wielkim zwycięstwem militarnym Korony i Pogoni. Był chwilą, w której zachwiała się potęga państwa zakonnego, od pokoleń budowanego z żelaza, dyscypliny i przekonania o własnej niezwyciężoności. Był też dniem, w którym na polu bitwy zakończyło się życie jednego z najwybitniejszych wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego – Ulricha von Jungingena. A wraz z jego śmiercią rozpoczęła się historia pełna pytań, legend i hipotez.
Patrząc na Grunwald z perspektywy sześciuset lat, łatwo ulec pokusie widzenia wszystkiego jako wielkiego obrazu: chorągwie, rycerze, kurz, słońce i triumf. Tymczasem każda bitwa rozpada się na tysiące pojedynczych dramatów. Zwycięstwo rodzi się z chaosu. Właśnie w tym chaosie zginął człowiek, który jeszcze kilka godzin wcześniej wydawał rozkazy tysiącom rycerzy.
Źródła są zgodne jedynie co do jednego – Ulrich von Jungingen poległ podczas desperackiego ataku na centrum wojsk polsko-litewskich. Wielki Mistrz nie należał do dowódców, którzy obserwują walkę z bezpiecznego wzgórza. Gdy los bitwy zaczął przechylać się na stronę wojsk Jagiełły, Ulrich von Jungingen postawił wszystko na jedną kartę. Zebrał szesnaście chorągwi odwodowych, ostatnią rezerwę Zakonu, i sam poprowadził je do szarży. Był to gest rycerza przekonanego, że wodzowi nie wolno chować się za plecami swoich ludzi. W średniowiecznej Europie niewielu dowódców najwyższej rangi decydowało się na tak desperacki krok. Szarża nie odmieniła losów bitwy. Stała się natomiast ostatnim aktem życia Wielkiego Mistrza.
Kto zadał śmiertelny cios?
Na to pytanie nie ma odpowiedzi, choć przez stulecia próbowano ją odnaleźć. Już Jan Długosz pisał, że Wielki Mistrz poległ od ciosów wielu ludzi. Nie wskazał jednego zabójcy. W tradycji pojawiały się różne nazwiska. Czasem wskazywano rycerza Mszczuja ze Skrzynna, innym razem litewskich wojowników, którzy mieli otoczyć Jungingena. Bywały nawet opowieści przypisujące śmierć anonimowemu piechurowi lub chłopu.
Współcześni historycy są zgodni jedynie co do tego, że nie doszło do romantycznego pojedynku dwóch wodzów. Wszystko wskazuje na to, że Wielki Mistrz zginął w wirze walki, otoczony przez licznych przeciwników. Jego zbroja, choć znakomita, nie mogła ochronić człowieka osaczonego z wielu stron. Otrzymał zapewne kilka ran zadanych różną bronią. Być może śmiertelny był cios włócznią, być może toporem lub mieczem. Tego już nigdy nie ustalimy.
Jeszcze większą zagadką jest to, co wydarzyło się w ostatnich minutach życia Ulricha von Jungingena. Wśród historyków od dawna powraca pytanie, dlaczego szarża Wielkiego Mistrza zakończyła się tak katastrofalnie. Czy była jedynie rozpaczliwą próbą odwrócenia losów bitwy, czy też ktoś wcześniej zdradził jego zamiary?
Nie istnieją źródła potwierdzające taki scenariusz, ale jest to jedna z najbardziej intrygujących hipotez związanych z Grunwaldem. Wielki Mistrz otoczony był niewielkim gronem najbardziej zaufanych przybocznych. Gdy ruszył do ataku, osłona rozpadła się niemal natychmiast. Czy był to tylko efekt bitewnego chaosu? A może ktoś z jego najbliższego otoczenia od dawna przekazywał informacje stronie polsko-litewskiej? Dowodów na to nie ma, dlatego felietonista musi pozostać ostrożny. Jednak taka możliwość od lat rozpala wyobraźnię autorów książek i miłośników średniowiecznych tajemnic. Historia nie zna nazwiska domniemanego szpiega, ale pozostawia uchylone drzwi dla pytań, na które zapewne nigdy nie poznamy odpowiedzi.
Po zakończeniu walk rozpoczęły się poszukiwania ciał poległych dostojników Zakonu. Według przekazu Jana Długosza zwłoki Wielkiego Mistrza odnalazł królewski podkanclerzy, późniejszy arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba. Rozpoznał je po bogatej zbroi i oznakach godności. Jagiełło nakazał potraktować pokonanego przeciwnika z rycerskim szacunkiem. Ciało nie zostało zbezczeszczone. Odesłano je do Malborka, aby mogło zostać pochowane zgodnie z należnym ceremoniałem.
Był to gest nie tylko wielkoduszny, ale także polityczny. Jagiełło rozumiał, że zwycięzca okazujący szacunek pokonanemu zyskuje więcej niż ten, który szuka zemsty.
Grunwald od stuleci żyje nie tylko w kronikach, ale również w sztuce. Najbardziej znanym świadectwem tej pamięci pozostaje monumentalna „Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki. Nie jest to obraz reporterski ani próba wiernego odtworzenia przebiegu walk. Matejko stworzył narodową epopeję, w której fakty historyczne splatają się z symboliką.
W samym centrum kompozycji umieścił śmierć Ulricha von Jungingena. Wielki Mistrz nie ginie z ręki jednego bohatera. Otaczają go wojownicy z różnych stron, co odpowiada przekazowi Jana Długosza, że poległ od ciosów wielu napastników. Obok rycerzy pojawia się postać uzbrojona we włócznię, interpretowana jako litewski wojownik lub chłop. To symbol upadku pychy – przypomnienie, że nawet najpotężniejszy władca może zginąć z rąk człowieka, którego nigdy nie uznałby za godnego przeciwnika.
Jagiełło został ukazany z dala od największego zamieszania, spokojny i opanowany. Zupełnie inaczej przedstawiony jest Witold – dynamiczny, pełen energii, niemal fruwający się nad polem bitwy. Matejko nie odtwarza wydarzeń minuta po minucie. Buduje opowieść o chwili, w której runęło przekonanie o niezwyciężoności państwa zakonnego. Dlatego jego obraz stał się czymś więcej niż dziełem malarskim. Dla kolejnych pokoleń Polaków był niemal malowaną kroniką narodowej pamięci.
Ulrich von Jungingen został pochowany w zamku malborskim, w kościele Najświętszej Marii Panny. Przez stulecia dokładne miejsce jego spoczynku pozostawało zagadką. Wojny, przebudowy i zniszczenia sprawiły, że pamięć o średniowiecznych pochówkach wielkich mistrzów niemal zanikła.
Dopiero współczesne badania archeologiczne prowadzone w latach 2015–2016 pozwoliły potwierdzić lokalizację Krypty Wielkich Mistrzów pod prezbiterium kościoła zamkowego. Odkryto relikty pochówków najwyższych dostojników Zakonu. Badania potwierdziły miejsce, w którym przez stulecia spoczywali wielcy mistrzowie, w tym również Ulrich von Jungingen, choć przypisanie konkretnych szczątków poszczególnym osobom nadal pozostaje przedmiotem badań naukowych.
Schodząc do Krypty Wielkich Mistrzów, trudno oprzeć się wrażeniu, że historia nie kończy się na kamiennym grobowcu. Wzrok przyciąga monumentalny fresk, którego wymowa jest niezwykle poruszająca. Przedstawia poległych pod Grunwaldem rycerzy-mnichów Zakonu Krzyżackiego, którzy stają przed tronem Chrystusa. Nie ma tu triumfu zwycięzców ani upokorzenia pokonanych. Jest sąd sumienia. Rycerze, którzy przez całe życie walczyli pod znakiem czarnego krzyża, stają przed najwyższym Sędzią, wobec którego nie mają znaczenia urzędy, godności ani militarna sława. Fresk przypomina, że ostateczny wyrok nie zapadł na polach Grunwaldu, lecz – zgodnie ze średniowiecznym wyobrażeniem świata – przed tronem Boga. To jedna z najbardziej przejmujących kompozycji w całym zamku malborskim, skłaniająca bardziej do zadumy niż do historycznych sporów.
Może właśnie dlatego Grunwald nie przestaje fascynować. Nie tylko dlatego, że była to jedna z największych bitew średniowiecznej Europy. Także dlatego, że pozostawiła po sobie więcej pytań niż odpowiedzi. Nie wiemy, kto zadał śmiertelny cios Wielkiemu Mistrzowi. Nie wiemy, jakie były jego ostatnie słowa ani czy zdążył zrozumieć, że bitwa została przegrana. Nie wiemy również, czy w jego najbliższym otoczeniu rzeczywiście znajdował się człowiek pracujący dla Korony, czy też jest to jedynie jedna z fascynujących legend, które narosły wokół Grunwaldu.
Historia bardzo rzadko bywa zamkniętą księgą. Najczęściej pozostawia uchylone drzwi. Za nimi czekają domysły, hipotezy i wyobraźnia kolejnych pokoleń.
Jedno natomiast pozostaje pewne. Śmierć Ulricha von Jungingena nie zakończyła wojny, ale stała się symbolem końca epoki. Po Grunwaldzie zakon krzyżacki nigdy już nie odzyskał dawnej siły. A postać Wielkiego Mistrza, choć należał do pokonanych, na zawsze weszła do historii jako rycerz, który nie uciekł z pola bitwy. W tym paradoksie kryje się cała wielkość średniowiecza – epoki, w której odwaga i klęska mogły iść ramię w ramię, a pamięć o zwycięzcach nie byłaby pełna bez pamięci o godnych przeciwnikach.




