Kryzys migracyjny w Hiszpanii stał się jednym z najważniejszych testów dla europejskiej polityki granicznej i migracyjnej. Tymczasem premier Hiszpanii marzy o innym, lepszym świecie. „Wybrzeża Hiszpanii – a co za tym idzie Europy – dzieli czternaście kilometrów od wybrzeży Afryki Północnej, ale pod względem rozwoju istnieje nieskończenie większa odległość. Zmniejszenie głębokości tej otchłani nierówności musi być jednym z głównych zadań Unii Europejskiej” – powiedział premier Pedro Sánchez.
Brzmi pięknie. Niemal jak fragment przemówienia człowieka przekonanego, że świat można naprawić wyłącznie dobrymi intencjami. Problem polega na tym, że państwa nie mogą kierować się sercem, bo jak mówi stare porzekadło: jeżeli masz miękkie serce, to musisz mnie twardą inną część ciała, tę poniżej pasa. Państwa muszą kierować się rozumem. Obowiązkiem państw jest ochrona granic, bezpieczeństwa obywateli i zasad, na których opiera się dana wspólnota. Kiedy empatię zastępuje się brakiem kontroli, skutki ponoszą nie politycy wygłaszający wzniosłe hasła, lecz zwykli ludzie.
Polityka migracyjna wysyła sygnały (taka niespodzianka). Każda decyzja państwa jest uważnie obserwowana przez tych, którzy zastanawiają się, czy podjąć ryzyko podróży do Europy. Jeśli komunikat brzmi mniej więcej tak: „najpierw przyjedź, później znajdziemy jakieś rozwiązanie”, to trudno dziwić się, że coraz więcej osób uznaje to za oczywiste zaproszenie. Właśnie dlatego pytanie nie brzmi, czy pomagać potrzebującym. Pytanie brzmi, czy można pomagać, nie tracąc kontroli nad własnym terytorium.
Hiszpania jest dziś najlepszym przykładem tego dylematu. Jeszcze przed obecnym kryzysem migracyjnym w Ceucie hiszpański wywiad ostrzegał rząd o możliwości masowego napływu migrantów z terytorium Maroka. Według informacji „El Mundo” służby informowały o wzmożonej aktywności po marokańskiej stronie granicy i ryzyku wykorzystania presji migracyjnej jako narzędzia politycznego. Mimo tych ostrzeżeń nie zdecydowano się odpowiednio wcześnie wzmocnić ochrony granicy.
To pokazuje problem znacznie poważniejszy niż spór ideologiczny. Wywiad istnieje po to, by dostrzegać zagrożenia wcześniej niż społeczeństwo, a rząd po to, by na te ostrzeżenia reagować w porę. Jeżeli państwo dysponuje informacjami o nadchodzącym kryzysie i mimo to nie podejmuje działań, trudno później przekonywać obywateli, że wydarzenia były nieprzewidywalne.
Skala kryzysu okazała się ogromna. W ciągu zaledwie dwóch dni do Ceuty przedostało się ponad 60 tysięcy migrantów. Dla miasta liczącego niespełna 83 tysiące mieszkańców oznaczało to sytuację bez precedensu. Żadne państwo nie jest w stanie z dnia na dzień zapewnić takiej liczbie ludzi schronienia, opieki medycznej, bezpieczeństwa i jednocześnie utrzymać normalnego funkcjonowania własnych struktur.
Najbardziej dramatycznym wymiarem tych wydarzeń nie są jednak liczby, lecz ofiary. Według przedstawiciela hiszpańskiego rządu w Ceucie życie straciły dziesiątki ludzi (ok. 70). To przypomnienie, że nielegalna migracja nie jest romantyczną podróżą ku lepszemu życiu. Jest przedsięwzięciem, na którym zarabiają przemytnicy ludzi, a najwyższą cenę płacą sami migranci.
Paradoks polega na tym, że polityka przedstawiana jako najbardziej humanitarna może prowadzić do skutków odwrotnych od zamierzonych. Jeżeli potencjalni migranci uwierzą, że granicę można sforsować, a później liczyć na pozostanie w Europie, motywacja do podejmowania śmiertelnie niebezpiecznej podróży będzie rosła. Humanitaryzm nie polega wyłącznie na ratowaniu ludzi po przekroczeniu granicy. Polega również na prowadzeniu takiej polityki, która nie zachęca kolejnych tysięcy osób do ryzykowania własnego życia.
Hiszpański kryzys jest także ważną lekcją dla Polski. W czasie kryzysu na granicy polsko-białoruskiej część polityków ówczesnej opozycji (KO) przekonywała, że migrantów należy najpierw (niemal hurtowo) wpuścić do kraju, a dopiero później sprawdzać ich tożsamość i rozstrzygać, kto rzeczywiście ma prawo do ochrony międzynarodowej. Brzmi to przekonująco na partyjnym wiecu, lecz rzeczywistość wygląda zgoła inaczej. Państwo nie kontroluje granicy wtedy, gdy ustala, kto ją przekroczył. Państwo kontroluje granicę wtedy, gdy samo decyduje, kto może ją przekroczyć. W przeciwnym razie decyzję podejmują nie funkcjonariusze państwa, lecz organizatorzy przemytu ludzi.
Margaret Thatcher: „Państwo istnieje przede wszystkim po to, aby zapewnić bezpieczeństwo swoim obywatelom.”
Europa może prowadzić dyskusje o solidarności i odpowiedzialności, ale nie zmieni to jednego faktu: granice są fundamentem istnienia UE. Ich ochrona nie jest przeciwieństwem humanitaryzmu, lecz jednym z jego warunków. Tylko państwa, które skutecznie kontrolują swoje słupy graniczne, są w stanie pomagać naprawdę potrzebującym, ograniczać działalność przemytników ludzi i zachować zaufanie własnych obywateli.
Pedro Sánchez chce zasypywać „otchłań nierówności”. Cel brzmi szlachetnie. Problem polega na tym, że wielkie idee nie zastąpią odpowiedzialnej polityki. Historia Europy wielokrotnie pokazywała, że rachunek za polityczne eksperymenty wystawiany jest nie autorom pięknych przemówień, lecz zwykłym obywatelom. A rzeczywistość – w przeciwieństwie do politycznych haseł – nie zna pojęcia poprawności politycznej. Hiszpanie muszą teraz „zbić” 70 trumien, a te zgony bezspornie obciążają rząd w Madrycie.




