Są w Polsce stanowiska, których utrata nie oznacza końca kariery. Były prezydent zostaje komentatorem. Były minister zostaje ekspertem. Były poseł zostaje publicystą. A były premier zostaje człowiekiem, który — niezależnie od tego, co mówi — zawsze zostanie przedstawiony jako były premier. To bardzo praktyczna pozycja. Nie trzeba już niczego robić. Wystarczy pamiętać, że kiedyś coś się tam robiło.
Kazimierz Marcinkiewicz, przez lud znad Wisły zwany Maxi-Kaz, jest tego rozwiązania żywym dowodem. Ostatnio w tzw. mediach publicznych zabrał głos w sprawie prezydenta Nawrockiego. I nie, nie chodziło o program polityczny, gospodarkę, bezpieczeństwo państwa ani o konstytucyjne kompetencje prezydenta.
Były premier postanowił zająć się chemią. Znaczy się specjalista.
Marcinkiewicz opowiedział o czasach studenckich, narkomanach i tym, że wie, jak wygląda człowiek po przedawkowaniu. To bardzo ważna informacja. Bo do tej pory wydawało się, że do rozpoznania czyjegoś uzależnienia potrzebne są dowody, badania albo przynajmniej wiarygodna wiedza. A tu proszę. Akademik. „Sto czterdzieści lat” doświadczenia. I diagnoza gotowa. Medycyna może się pakować i przejść na zasłużoną emeryturę.
Telewizja – za przeproszeniem – publiczna znalazła wybitnego specjalistę. Tylko dlaczego właściwie go znalazła? To jest pytanie ciekawsze niż wszystko, co Marcinkiewicz powiedział. Po co sprowadza się do studia polityka świeżości już nieco historycznej, jeśli jego głównym atutem jest to, że kiedyś był premierem?
No po co?
Żeby porozmawiać o państwie? Nie. Żeby porozmawiać o przyszłości Polski? Nie przesadzajmy. Żeby porozmawiać o sukcesach rządów KO? To już byłaby złośliwość wobec widza. Najlepiej zapytać o przeciwnika. I najlepiej tak, żeby można było wyciągnąć z odpowiedzi to jedno zdanie. Jedno mocne zdanie, ale jakże obrzydliwe. To jedno zdanie, które da się powtórzyć tysiąc razy, bo – jak mawiał kulawy klasyk – zdanie (a właściwie kłamstwo) wypowiedziane tysiąc razy staje się prawdą. Nie trzeba mieć racji. Trzeba mieć cytat!
Resztę zrobią media społecznościowe. To jest zresztą nowy model politycznej debaty. Dawniej polityk musiał mieć poglądy. Potem musiał mieć jakiś program. Później wystarczyło mieć przekaz do narodu. Dzisiaj najlepiej mieć fragment przekazu. Jedno zdanie. I gotowe. I niech się biją. Niech odpowiadają. Niech przepraszają. Niech żądają przeprosin. Niech ich rzecznicy wydają oświadczenia. A może jutro TVKO zaprosimy następnego ex-polityka. Może będzie domyślał się czegoś jeszcze. Albo przynajmniej powie coś jeszcze głupszego. To się nazywa dziś debatą publiczną.
Marcinkiewicz jest zresztą przypadkiem szczególnie interesującym.
Bo to człowiek, którego Jarosław Kaczyński kiedyś wybrał na Prezesa Rady Ministrów. I właśnie dlatego warto przypominać jego historię. Kaczyński nie zawsze miał dobrą rękę do premierów, zwłaszcza tych, którzy dobrze rokowali, ale źle finiszowali. Czasami miał rękę wręcz katastrofalną. To przypadek pana Marcinkiewicza.
Marcinkiewicz miał być twarzą łagodniejszego PiS-u. Człowiekiem, który uśmiechem miał poszerzyć polityczne wpływy. I rzeczywiście poszerzał. Uśmiechał się do elektoratu ujmująco, jak trzeba było tańczyć – tańczył. Partia coraz częściej patrzyła z niepokojem na wybijającą niepodległość premiera. A potem wszystko się skończyło.
W polityce bywają kariery długie. Bywają krótkie. Bywają też takie, które po zakończeniu zaczynają żyć własnym życiem w telewizji. Marcinkiewicz znalazł właśnie tę trzecią drogę. Kiedy Marcinkiewicz obraził się na PiS – pociągnęło go w stronę przeciwną, do stajni Donalda. Taka już dola politycznych neofitów, że muszą namiętnie pluć na swój rodzimy „kościół”. Barwy partyjne nie mają tu znaczenia – jeżeli przechodzisz do obozu wroga – pluć musisz, bo inaczej zakręcą finansowy tlen.
Marcinkiewicz nie musi już być premierem. Wystarczy, że jest byłym premierem i byłym mężem Isabell, której to mierzył białe kozaczki na wizji. Zdawałoby się, że poważny polityk, ale w jakże niepoważnej scenie. Dziś nie musi już niczego mierzyć — wystarczy, że mierzy cudzą reputację. I jak dawniej z kozaczkami, tak teraz z politycznymi oskarżeniami: najważniejsze, żeby rozmiar się zgadzał, choć nikt nie sprawdza miary.
W tym miejscu przypominają się niezwykle celne słowa Janusza Zemke z SLD, który przed laty podsumował polityczną karierę Marcinkiewicza bez zbędnych ceregieli: „Marcinkiewicz to Doda polityki. Co Marcinkiewicz zrobił w polityce?! On jest znany z tego, że jest znany”. Nie wiem czy towarzysz minister zdążył już Dodę przeprosić?
Trudno o bardziej trafne podsumowanie fenomenu człowieka, który z politycznej przeszłości uczynił trwały zawód, a z samej rozpoznawalności — polityczny kapitał.
A zatem cała ta historia nie wymaga od Marcinkiewicza żadnego dowodu. Wystarczy sugestia. Bo sugestia jest najlepszym wynalazkiem politycznego marketingu. Oskarżenie można zweryfikować. Sugestii nie. Sugestia działa jak brud. Nie wiadomo, skąd się wzięła. Nie wiadomo, kto ją przyniósł. Ale jeśli odpowiednio mocno potrzeć, może zostać ślad. A o to przecież chodzi. Nie o prawdę. O ślad. Nie o informację. O podejrzenie. Nie o argument. O emocję. Wystarczy rzucić łajnem. A nuż coś się przyklei.
I tutaj dochodzimy do sedna.
Problemem nie jest wyłącznie Marcinkiewicz. Problemem jest system, który nagradza takie występy. Gdyby po podobnej wypowiedzi następowało spokojne pytanie: Panie premierze, proszę podać dowody. A potem: Nie ma pan dowodów? Nie? To, dlaczego pan to mówi? Bo tak uważam. Panu już dziękujemy. Koniec. Byłoby zdrowiej. Ale zdrowie jest nudne.
Awantura jest atrakcyjna.
Awantura ma oglądalność.
Awantura ma zasięgi.
Awantura ma komentarze.
A więc zapraszamy człowieka, który może rzucić coś mocnego, i liczymy, że druga strona się zagotuje.
Marcinkiewicz jest dziś najlepszym dowodem na to, że polityka potrafi człowieka przeprowadzić przez wszystkie etapy recyklingu. Najpierw polityk. Potem premier. Potem były premier. Potem były mąż Isabell. Potem komentator od wszystkiego i od niczego.
Po co więc sprowadzać do studia byłego premiera?
Odpowiedź jest prosta. Nie po to, żeby czegoś się od niego dowiedzieć. Po to, żeby coś po nim zostało. Najlepiej coś brudnego.
Bo w dzisiejszej tzw. telewizji publicznej prawda może nie przeżyć. Ale dobrze rzucone łajno ma jakieś szanse.




