Philippe Pétain – cień Verdun i ciężar klęski!

Date:

Są w dziejach państw chwile, w których historia przestaje być szeregiem dat i nazwisk, a staje się sądem nad ludzkimi decyzjami. Nie ma wtedy wyborów łatwych, nie istnieją rozwiązania czyste jak kartka papieru. Zostają tylko ludzie, okoliczności i konsekwencje. Los Philippe’a Pétaina należy właśnie do tej kategorii dramatów, w których jedno nazwisko musi pomieścić dwa przeciwstawne wspomnienia: chwałę zwycięzcy spod Verdun i gorzką pamięć człowieka, który w godzinie największej klęski Francji stanął na czele państwa kolaborującego z III Rzeszą.

Historia Francji znała wielu marszałków, ale niewielu zostało poddanych tak surowej próbie jak Pétain. W roku 1916 był dla narodu symbolem oporu i wytrwałości. Verdun stało się nie tylko miejscem bitwy, lecz niemal mitem narodowym, gdzie Francja udowodniła, iż potrafi przetrwać nawet najstraszliwszą, jakże krwawą próbę. Człowiek, który stał wówczas na czele Francuzów, zapisał swoje nazwisko złotymi literami w pamięci pokolenia wychowanego na doświadczeniu Wielkiej Wojny.

Ale historia nie zatrzymuje się na pomnikach i nazwach ulic. Czasem przychodzi dzień, gdy dawny bohater musi odpowiedzieć za czyny popełnione w zupełnie innych okolicznościach. Rok 1940 przyniósł Francji katastrofę, której rozmiar trudno było ogarnąć współczesnym. Armia, która ćwierć wieku wcześniej przetrzymała niemiecką ofensywę nad Marną i pod Verdun, tym razem rozpadła się w ciągu kilku tygodni. Państwo, które jeszcze niedawno należało do zwycięzców Europy, znalazło się u stóp III Rzeszy.

W tej godzinie upadku nazwisko Pétaina stało się dla wielu Francuzów symbolem nadziei. Stary marszałek miał być człowiekiem, który ocali kraj przed całkowitym zniszczeniem. W jego przekonaniu wojna była już przegrana, a dalsza walka mogła przynieść jedynie ruinę. Wybrał więc drogę zawieszenia broni i budowy państwa, które miało zachować choć resztki francuskiej suwerenności.

Lecz historia polityczna nie zna próżni. Państwo stworzone przez marszałka Pétaina narodziło się w cieniu niemieckiej potęgi. Każdy jego krok był naznaczony obecnością okupanta. Program odnowy moralnej, oparty na hasłach „Praca, Rodzina, Ojczyzna”, miał być odpowiedzią na kryzys republiki i liberalnego porządku, który wielu Francuzów obwiniało za słabość państwa. Jednak w praktyce system Vichy szybko znalazł się w świecie kompromisów, ustępstw i kolaboracji z Niemcami.

Wielkość i tragedia Pétaina polegały na tym, że nie był człowiekiem jednej chwili. Nie był wyłącznie bohaterem ani wyłącznie zdrajcą. Był żołnierzem starej szkoły, wychowanym w przekonaniu, że pierwszym obowiązkiem przywódcy jest zachowanie siły żywej narodu. Ale był także politykiem, który znalazł się w sytuacji, gdzie każde wyjście miało swoją cenę.

Po wyzwoleniu Francji nadszedł czas rozliczenia. W kwietniu 1945 roku Pétain dobrowolnie powrócił do kraju ze Szwajcarii. Ten gest miał w sobie coś z dawnej wojskowej mentalności: człowiek odpowiada za swoje decyzje i staje przed sądem własnego narodu. Mógł pozostać poza Francją, lecz wybrał powrót.

Proces rozpoczął się 23 lipca 1945 roku przed paryskim Sądem Najwyższym. Była to rozprawa niezwykła, ponieważ sądzono nie tylko osobę marszałka, ale także całą epokę klęski. Wśród tych, którzy mieli wydać wyrok, znajdowali się ludzie należący do świata politycznego, który sam powierzył Pétainowi władzę w 1940 roku. W pewnym sensie Francja sądziła wówczas własną słabość.

Oskarżenie nie pozostawiało wątpliwości. Zarzucano marszałkowi zdradę narodową, przekroczenie uprawnień i współpracę z III Rzeszą. Prokurator żądał kary śmierci, argumentując, że nawet największe zasługi z przeszłości nie mogą usprawiedliwić czynów popełnionych później.

Marszałek Pétain przyjął proces z godnością człowieka starego, który uważa, że jego życie przemawia samo za siebie. Na salę sądową przyszedł w mundurze pozbawionym oznak marszałkowskich. Nie chciał przypominać zwycięskiego wodza z czasów Verdun. Pozostał żołnierzem oczekującym wyroku.

Służyłem Francji”

Gdy przemówił, uczynił to krótko: „Stałem na czele państwa okupowanego, ale czyniłem wiele, aby uchronić moich rodaków przed najgorszym. Jestem pewien, że dla wielu moich rodaków stanowiłem kontynuację suwerennej Francji. Jestem niewinny. Tak naprawdę osądzi mnie Bóg i historia”. Nie próbował wybielać całej działalności rządu Vichy. Odwołał się natomiast do własnego rozumienia obowiązku. Twierdził, że był tarczą Francji, podczas gdy generał de Gaulle był jej mieczem. Jeden miał chronić naród przed całkowitą katastrofą, drugi walczyć o jego honor poza granicami. „Nie złożę już więcej oświadczeń, nie odpowiem na żadne pytania. Spędziłem moje życie w służbie dla Francji. Dzisiaj, w wieku prawie 90 lat wtrącony do więzienia, pragnę jej nadal służyć, zwracając się do niej raz jeszcze” – powiedział marszałek.

To zdanie zawiera w sobie cały dramat Francji tamtych lat. Dwie wizje patriotyzmu stanęły naprzeciw siebie. Jedna mówiła: naród musi walczyć nawet wtedy, gdy wydaje się to beznadziejne. Druga odpowiadała: naród musi przede wszystkim przetrwać. Historia po wojnie wyniosła de Gaulle’a, ponieważ zwycięstwo potrzebowało symbolu oporu. Ale pamięć historyczna jest bardziej skomplikowana niż polityczne wyroki.

15 sierpnia 1945 roku zapadł wyrok śmierci. Marszałek Pétain miał zostać rozstrzelany. Jednak generał de Gaulle, pamiętając o jego dawnych zasługach wojskowych i wieku skazanego, zamienił karę na dożywotnie więzienie. Była w tym decyzja polityczna, ale również pewien rodzaj szacunku dla historii. De Gaulle wiedział, że można potępić człowieka, nie niszcząc całkowicie pamięci o jego wcześniejszym życiu.

Ostatnie lata marszałka były smutnym epilogiem wielkiej kariery. Na wyspie Ile d’Yeu człowiek, który kiedyś dowodził armiami, żył jako więzień. Z dala od dawnych triumfów pozostała mu jedynie świadomość, że przyszłe pokolenia będą patrzeć na niego przez pryzmat najbardziej kontrowersyjnego okresu jego życia.

Zmarł 23 lipca 1951 roku w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat. Spoczął w Port-Joinville, choć jego ostatnią wolą było miejsce bardziej symboliczne – cmentarz żołnierzy poległych pod Verdun. Tam, gdzie narodziła się jego legenda, chciał znaleźć ostateczny spoczynek. Francuskie władze nigdy jednak nie zgodziły się na przeniesienie szczątków. Można odnieść wrażenie, że Republika, która po wojnie budowała własną opowieść o zwycięstwie i moralnym odrodzeniu, nie potrafiła zdobyć się na gest pojednania wobec człowieka, którego najpierw wyniosła na szczyty chwały, a później strąciła w otchłań potępienia.

         petain.1

Verdun pozostało dla marszałka zamknięte nie decyzją historii, lecz decyzją polityczną wszystkich obozów rządzących po 1945 roku. Jakby Francja liberalno-lewicowa (nie wyłączając tzw. prawicy), nie mogąc dosięgnąć go już wyrokiem sądu ani więzienną celą, postanowiła pozostawić go na wieczność z dala od żołnierzy, których niegdyś prowadził do zwycięstw. Czas bywa bowiem bardziej miłosierny niż państwa, a pamięć narodów – bardziej trwała od doraźnych wyroków politycznych. Nad mogiłą w Port-Joinville unosi się więc nie tylko cisza starego cmentarza, lecz także pytanie, czy naród ma prawo na zawsze odmówić swojemu dawnemu bohaterowi miejsca pośród tych, z którymi dzielił największą godzinę swojej chwały.

Tak zakończyło się życie człowieka, który przeszedł drogę od narodowego bohatera do więźnia własnej historii. Marszałek Pétain przypomina, że dzieje narodów nie składają się wyłącznie z triumfów i klęsk. Składają się także z dramatycznych wyborów ludzi postawionych wobec sytuacji, których sami nie stworzyli.

Dla jednych pozostanie symbolem zdrady. Dla innych – symbolem tragicznego patriotyzmu człowieka, któremu historia powierzyła w złym czasie podejmować decyzję. Publicysta powinien pamiętać o obu tych wymiarach. Zadaniem człowieka niezbyt zgrabnie posługującego się piórem nie jest  ani wznoszenie pomników, ani bezrefleksyjne wysadzanie ich w powietrze. Jego zadaniem jest próba zrozumienia.

A los Philippe’a Pétaina jest jednym z tych losów, które pokazują, że człowiek może przez całe życie budować legendę, a potem jednym okresem swojej działalności sprawić, że potomni będą musieli tę legendę na nowo odczytać.

Okiem historyka

Jerzy Krzysztof Eisler dyrektor warszawskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

„Ludzie muszą odpowiadać za swoje czyny niezależnie od wieku. Nie przeciwstawił się nigdy w sposób stanowczy antysemickiej polityce rządu Vichy. Przymykał oczy na pewne rzeczy i akceptował np. układanie się premiera Pierre’a Lavala z Niemcami. Philippe Pétain wiedział dobrze, czyją rękę ściska, kiedy spotykał się z Hitlerem w Montoire-sur-le-Loir w październiku 1940 roku. To na pewno nie był dla niego pan „Nikt” … To był pokazowy proces polityczny. Miał zdjąć, jak sądzę, odpowiedzialność z francuskich elit. Przecież prawda jest taka, że we Francji nie przeprowadzono poważnego, głębokiego rozrachunku z polityką kolaboracji: militarnej, gospodarczej i kulturalnej. Można by długo te pola współpracy francusko-niemieckiej wymieniać. Nieszczęściem tego człowieka w pewnym sensie był jego wiek. To, że tak długo dane mu było żyć. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że gdyby Pétain umarł przed wybuchem II wojny światowej, dziś w każdym francuskim mieście byłaby ulica czy plac noszący jego imię. Byłby bohaterem narodowym, wszędzie stałyby jego pomniki”

M24 odkrywa tajemnice!

Noc, kiedy ukradziono marszałka. 

Francja obudziła się w szoku. Z grobu zniknęła trumna człowieka, który przez dekady dzielił naród. Rozpoczęło się polowanie na jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic kraju. Była noc z 18 na 19 lutego 1973 roku. Na wyspie d’Yeu panowała cisza. Cmentarz w Port-Joinville pogrążony był w ciemności. Nikt nie spodziewał się, że za kilka godzin miejsce spoczynku Philippe’a Petaina stanie się centrum największego politycznego skandalu we Francji.

22 lata po śmierci marszałek „powrócił”.

Nie dzięki decyzji władz. Nie dzięki uroczystościom państwowym. Dzięki grupie zwolenników marszałka, którzy postanowili wyrwać jego szczątki z grobu i przewieźć je do Verdun. Tam, gdzie – ich zdaniem – Petain powinien spoczywać od początku. Plan był prosty. Sześciu ludzi miało otworzyć grobowiec, wyjąć trumnę i przetransportować ją na kontynent. Za kulisami działał Jean-Louis Tixier-Vignancour – prawnik, radykalny polityk i niedoszły kandydat na prezydenta. W terenie operacją kierował Hubert Massol. Wszystko miało przebiec szybko. I…niemal się udało.

Mężczyźni bez większych problemów dostali się do grobowca. Otworzyli płytę. Wyciągnęli trumnę. Załadowali ją do furgonetki. Ale popełnili błąd. Zostawili ślady. Uszkodzony róg kamiennej płyty i nieudolna próba naprawy zwróciły uwagę strażnika cmentarnego. Rankiem było już jasne: ktoś włamał się do grobu marszałka Francji. Kilka godzin później agencja AFP wysłała pilną depeszę.

Tombe de Philippe Petain a lIle dYeu

„Nieznani sprawcy otworzyli grobowiec marszałka Petaina”. Francja ruszyła na poszukiwania. Cały kraj szuka jednej trumny Rozpoczęła się bezprecedensowa obława.

Policja tropiła furgonetkę Renault, która kilka dni wcześniej pojawiła się na wyspie. Sprawdzano drogi, porty i kryjówki. Władze wiedziały, że nie chodzi tylko o kradzież grobu.

Chodziło o pamięć.  Dla jednych – bohater Verdun, zwycięzca z czasów I wojny światowej. Dla innych – człowiek odpowiedzialny za reżim Vichy i współpracę z nazistowskimi Niemcami.

Porywacze chcieli zmienić historię. Ich plan zakładał przewiezienie trumny do Verdun i wymuszenie ponownego pochówku obok żołnierzy poległych w wielkiej bitwie. Ale droga do celu szybko zamieniła się w ucieczkę.

Plan rozpada się w ostatniej chwili. Porywacze mieli przygotowaną kryjówkę. Jeden z sympatyków Petaina obiecał udostępnić im swój zamek. Kiedy jednak przyjechali z trumną, drzwi pozostały zamknięte. Zostali sami. Wiedzieli już, że policja jest blisko. Verdun stało się nierealne. Zmienili kierunek. Ruszyli do Paryża. Tam, na przedmieściach Saint-Ouen, ukryli trumnę w zamkniętym garażu. Liczyli, że przeczekają pościg. Przeliczyli się.

Pierwszą zatrzymaną osobą była Solange Boche – kobieta, która przyjechała furgonetką na wyspę. Sieć zaczęła się zaciskać. Wtedy Massol zdecydował się na desperacki ruch. Zwołał konferencję prasową. Oświadczył, że ujawni miejsce przechowywania szczątków Petaina, jeśli prezydent Georges Pompidou zgodzi się na pochówek marszałka w Verdun. Odpowiedź władz była natychmiastowa. Massol został aresztowany. Podczas przesłuchania wskazał miejsce ukrycia trumny.

Policja odnalazła szczątki marszałka. Cała Francja czekała na finał. Prezydent Pompidou nie zamierzał spełnić żądań porywaczy. Wydał rozkaz. Trumna miała natychmiast wrócić na wyspę d’Yeu. I tak się stało. Marszałek Petain ponownie spoczął w tym samym miejscu. Z dala od Verdun. Z dala od żołnierzy, przy których chciał zostać pochowany. Co zaskakujące, sprawcy uniknęli procesu. Władze obawiały się, że rozprawa sądowa zamieni się w wielką polityczną demonstrację i ponownie rozpali spór o marszałka.

Kradzież trumny Petaina była czymś więcej niż sensacyjną historią kryminalną. Była dowodem, że przeszłość Francji wciąż była żywa. Że wojenne podziały nie zniknęły. Że nazwisko Petain nadal potrafiło wywołać gniew, spory i emocje. Ponad 20 lat po śmierci marszałek znów znalazł się na pierwszych stronach gazet. Tym razem nie jako bohater bitwy. Nie jako przywódca Vichy. Ale jako człowiek, którego porwano po śmierci.

Redakcja

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Grunwald. Śmierć Wielkiego Mistrza i tajemnice, które przetrwały sześć stuleci

Są w dziejach Polski daty, które nie potrzebują komentarza....

Francuski mit założycielski! O zdobyciu Bastylii bez legendy.

Narody, podobnie jak dawne rody rycerskie, lubią opowiadać o...

Bolesław Wieniawa-Długoszowski – pierwszy ułan Rzeczypospolitej, który skoczył w wieczność!

Generał, poeta, pierwszy ułan RP i oddany cień Piłsudskiego. Wieniawa żył z szablą i kielichem w dłoni, pełen ułańskiej fantazji. Tę barwną legendę przerwał tragiczny, tajemniczy skok w Nowym Jorku.

Bitwa pod Hattin (1187). Dlaczego Saladyn kazał zabić wszystkich templariuszy i joannitów?

Bitwa pod Hattin (1187) na zawsze zmieniła losy krucjat. Odkryj, jak decydujące zwycięstwo Saladyna i brutalna egzekucja pojmanych templariuszy oraz joannitów doprowadziły do upadku Jerozolimy.