Polska właśnie przekazała Ukrainie 50 milionów euro. Prawie ćwierć miliarda złotych. Pieniądze pójdą między innymi na środki obrony powietrznej. Tak postanowiono w grupie Ramstein, czyli w miejscu, w którym pieniądze podatników różnych państw spotykają się z bardzo poważnymi minami ministrów obrony.
Polska ma więc dać. Ukraina ma dostać. I na tym właściwie kończy się komunikat. Pozostaje tylko drobne pytanie, które w dyplomacji jest najwyraźniej odpowiednikiem pytania przy stole: „A kto płaci rachunek?”. A co w zamian? Nie chodzi oczywiście o to, żeby Ukraińcy przysłali nam fakturę za rakiety z adnotacją „zapłacono z góry”. Bo kto sprawdzi, czy kupiono rakiety, czy jacht pełnomorski dla styranego życiem ukraińskiego generała? Nie chodzi też o handel wymienny: pięć Patriotów za trzy ekshumacje i jeszcze dwie tablice pamiątkowe gratis. Chodzi o coś znacznie prostszego. O politykę.
Państwa normalnie pomagają sobie wtedy, kiedy mają w tym interes. Czasem jest to interes bezpośredni, czasem strategiczny, bardzo rzadko moralny, a czasem wszystkie trzy naraz. Ale nawet w najbardziej szlachetnych przedsięwzięciach istnieje coś takiego jak interes własnego państwa. Polska ma interes w tym, żeby Ukraina nie została podbita przez Rosję. To jest oczywiste. Polska ma też interes w tym, żeby Ukraina była państwem, z którym można normalnie rozmawiać o Rzezi Wołyńskiej. To również powinno być oczywiste. Tymczasem mamy sytuację osobliwą. Polska wysyła pieniądze na obronę Ukrainy, a kiedy ktoś pyta o obronę polskiej pamięci historycznej, robi się nagle jakoś niezręcznie.
Tu rakiety – proszę bardzo. Tu 50 milionów euro – nie ma problemu. Ale kiedy pada słowo „Wołyń”, następuje charakterystyczna zmiana temperatury w pomieszczeniu. Nagle wszyscy przypominają sobie, że stosunki międzynarodowe są delikatne. Owszem. Są delikatne. Zwłaszcza wtedy, kiedy ktoś od Polski oczekuje pieniędzy. Można przecież zrozumieć, że Ukraina prowadzi własną politykę historyczną. Można nawet przyjąć do wiadomości, że narody mają różne pamięci, różne mity założycielskie i różnych bohaterów. Ale jest pewna granica.
Jeżeli bohaterem dla jednej strony jest człowiek lub organizacja, których działalność dla drugiej strony oznacza masowe mordy na ludności cywilnej, to nie jest już wyłącznie kwestia gustu historycznego. To jest problem polityczny, o czym pisaliśmy już wielokrotnie.
I właśnie dlatego pytanie o gloryfikację UPA nie jest żadnym „antyukraińskim resentymentem”. Jest pytaniem o to, czy państwo polskie posiada jeszcze politykę zagraniczną, czy tylko politykę przelewów. Bo jeśli posiada, to bardzo chciałbym ją zobaczyć.
Najlepiej w formie prostego oświadczenia. „Polska pomaga Ukrainie, ponieważ leży to w naszym interesie bezpieczeństwa. Jednocześnie Polska oczekuje od Ukrainy poszanowania polskich ofiar, zgody na ekshumacje oraz uczciwego stosunku do historii. Nie do zaakceptowania jest sytuacja, w której Kijów chowa z honorami zbirów. A jeżeli tak dalej będziecie robić – nie dostaniecie złamanego szeląga”. Czy naprawdę jest ta myśl tak trudna do wypowiedzenia?
Czy może jest ona niebezpieczna? Jeżeli tak, to pozostaje zapytać: dla kogo? Dla polskiego podatnika chyba nie. On bowiem jest wyjątkowo dziwną istotą. Państwo przypomina sobie o jego istnieniu zazwyczaj wtedy, kiedy trzeba pobrać podatek. Potem podatnik staje się niewidzialny, a jego pieniądze zaczynają żyć własnym życiem. Tym razem 50 milionów euro.
Ile problemów udało się przy okazji rozwiązać? Ile ekshumacji? Ile miejsc pochówku? Ile pomników? Ile jednoznacznych deklaracji potępiających zbrodnie na Polakach? I wreszcie: ile razy ukraiński polityk powiedział publicznie, że mordowanie polskich cywilów nie było żadnym „epizodem walki narodowowyzwoleńczej”, lecz zbrodnią?
Jeżeli mamy być sojusznikiem, bądźmy sojusznikiem poważnym. A poważny sojusznik nie jest bankomatem. Nie jest też petentem, który boi się powiedzieć partnerowi, czego od niego oczekuje. Polska nie musi przepraszać za to, że pamięta własnych zamordowanych obywateli. Nie musi wybierać między pomocą Ukrainie a pamięcią o Wołyniu. Nie musi również udawać, że problem nie istnieje tylko dlatego, że w Kijowie może się to komuś nie spodobać. Można być przeciwko Putinowi i jednocześnie przeciwko gloryfikacji Bandery. Można pomagać Ukrainie i jednocześnie domagać się ekshumacji. Można życzyć Ukrainie zwycięstwa i jednocześnie oczekiwać od jej władz szacunku dla polskich ofiar. To nie jest sprzeczność.
Sprzecznością jest coś innego: żądać od polskiego podatnika solidarności, a od polskiej dyplomacji oczekiwać amnezji. 50 milionów euro można przelać w kilka minut. Z pamięcią jest trudniej. Ale może właśnie dlatego państwo polskie powinno wreszcie zacząć ją traktować jak element polityki zagranicznej, a nie jak kłopotliwy załącznik do działań dyplomatycznych. Bo jeżeli za każdym razem, gdy Polska daje pieniądze, odpowiedzią ma być tylko „dziękujemy wszystkim partnerom”, to rzeczywiście pozostaje jedno pytanie. A co w zamian?
I oby nie okazało się, że w zamian mamy dostać kolejną lekcję, że o UPA lepiej nie rozmawiać. A jak już rozmawiać, to w jak najlepszym świetle!




