Profesor Bogusław Wolniewicz próbował opisywać politykę nie językiem emocji, lecz mechanizmów. Nie interesowało go, kto jest „dobry”, a kto „zły”. Interesowało go raczej pytanie: jakie siły wzajemnie się wzmacniają i dlaczego demokracja coraz częściej staje się tylko dekoracją. W jego logice można to uprościć do pewnego trójkąta.
Pierwszy wierzchołek to biurokracja. Czyli aparat urzędniczy, który naturalnie dąży do zwiększania własnej kontroli, kompetencji i wpływu. Każdy urząd chce mieć więcej przepisów, więcej regulacji i większy obszar decydowania o życiu ludzi.
Drugi wierzchołek to plutokracja. Wielki kapitał, międzynarodowe korporacje i grupy finansowe. One również nie lubią prawdziwej demokracji, bo demokracja jest nieprzewidywalna. Narody potrafią głosować „źle”. Kapitał woli stabilność, przewidywalność i system zarządzany przez ekspertów zamiast obywateli.
Trzeci wierzchołek to ideologia. Nowoczesne ruchy polityczno-kulturowe, które często przedstawiają się jako moralnie wyższe i postępowe. Według Wolniewicza pełnią one rolę legitymizacji całego systemu. Dają mu moralny język. Kto się sprzeciwia, zostaje nazwany zacofanym, niebezpiecznym albo nienowoczesnym.
I teraz najważniejsza rzecz. Profesor uważał, że te trzy siły nie muszą się lubić. Ale mają wspólny interes.
-
Biurokracja potrzebuje ideologii, żeby uzasadniać nowe regulacje.
-
Ideologia potrzebuje biurokracji, żeby narzucać swoje normy.
-
Kapitał potrzebuje obu, bo w uporządkowanym i kontrolowanym systemie łatwiej prowadzi się wielkie interesy.
To właśnie nazwał sprzężeniem zwrotnym. Im większa władza urzędów, tym większe przywileje dla wielkich grup wpływu. Im większe wpływy kapitału, tym większa możliwość oddziaływania na politykę i media. Im silniejsza ideologia, tym łatwiej uzasadnić kolejne ograniczenia wolności pod hasłem „bezpieczeństwa”, „walki z nienawiścią” albo „postępu”. Każdy wzmacnia każdego.
W centrum tego trójkąta znajduje się zwykły obywatel, który coraz częściej ma poczucie, że może głosować, ale nie może realnie zmieniać kierunku państwa. I właśnie dlatego prof. Wolniewicz mówił, że największym problemem współczesności nie jest pojedyncza partia czy pojedynczy polityk, lecz system wzajemnych zależności, który staje się odporny na demokratyczną kontrolę.
Można się z nim zgadzać albo nie. Ale trudno odmówić mu jednego. Próbował patrzeć na politykę jak filozof analizujący mechanizm, a nie jak uczestnik politycznej wojny plemiennej.




