Decyzja Karola Nawrockiego o odebraniu Orderu Orła Białego Zełenskiemu nie spodobała się ukraińskim politykom. Szef ukraińskiego MSZ Andrij Sybiha zrzekł się przyznanego mu w 2022 r. Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Jego śladem poszli inni przedstawiciele Ukrainy. Szef Biura Zełenskiego Kyryło Budanow poinformował, że zrzeka się Złotego Krzyża Oficerskiego Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, przyznanego mu w zeszłym roku. Wcześniej również ambasador Ukrainy w Polsce Wasyl Bodnar oznajmił, że zwróci przyznany mu Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Również trzech byłych prezydentów Ukrainy: Leonid Kuczma, Wiktor Juszczenko i Petro Poroszenko ogłosili decyzję o oddaniu Orderów Orła Białego.
Leszek Miller pyta przekornie, czy Ukraińcy oddadzą również czołgi i samoloty, które podarowaliśmy Ukraińcom. Były premier niepotrzebnie pyta, bo (oczywiście) nie oddadzą. Należało się zastanawiać, gdy sprzęt przekazywaliśmy za free. W ten sposób podtrzymaliśmy wielowiekową tradycję i jakże żywy nurt w naszej myśli politycznej, że wdzięczność jest naszą najcenniejszą walutą, którą inni mają głęboko… tam, gdzie ją mają. W programie red. Rymanowskiego padła kwota pomocy udzielonej przez Polskę Ukrainie – 100 mld PLN!!!
Historia Polski przypomina niekiedy kronikę szlachetnego kupca, który przez całe życie rozdawał towar za darmo, a następnie dziwił się, że klienci nie chcą płacić rachunków. Co więcej, obrażał się na nich nie za to, że nie płacili, lecz za to, że nie byli dostatecznie wzruszeni jego hojnością. Jest w tym coś ujmującego, ale i coś niebezpiecznego. Od stuleci lubimy bowiem wierzyć, że polityka jest przedłużeniem katechizmu innymi środkami. Że narody, podobnie jak dobrze wychowane dzieci, powinny pamiętać, kto podał im pomocną dłoń. Tymczasem doświadczenie dziejowe uczy czegoś wręcz przeciwnego. Narody pamiętają przede wszystkim własne interesy i własne krzywdy. Wdzięczność zaś zajmuje w ich pamięci miejsce bardzo skromne, gdzieś pomiędzy sentymentem a pocałujcie nas w szlachetne miejsce.
Rzeczypospolita miała już okazję przekonać się o tym wielokrotnie. W XVIII wieku ratowaliśmy cudze dynastie, wspieraliśmy cudze wojny, broniliśmy cudzych tronów. Potem przyszły rozbiory i okazało się, że wdzięczność europejskich dworów jest walutą równie trwałą jak śnieg w kwietniu. W wieku XIX Polacy przelewali krew „za wolność waszą i naszą”, niekiedy na krańcach kontynentu, a even poza nim. Efektem były piękne karty podręczników, liczne pomniki oraz obraz Piotra Michałowskiego „Somosierra”. Nie da się jednak ukryć, że obrazy mają tę wadę, iż nie przesuwają granic i nie gwarantują bezpieczeństwa.
Podobnie jest dziś. Pomoc udzielona Ukrainie po rosyjskiej agresji była uzasadniona przede wszystkim polskim interesem. Im dalej rosyjska armia od Warszawy, tym spokojniejszy sen mieszkańców kraju nad Wisłą. To był argument wystarczający. Jeśli jednak ktoś uwierzył, że za każdą przekazaną haubicę otrzyma w przyszłości kilogram wdzięczności, ten pomylił politykę z literaturą romantyczną dla młodych panienek. W Kijowie nie zastanawiają się nad polską wrażliwością bardziej niż Warszawa zastanawiała się nad wrażliwością sąsiadów, gdy wymagał tego nasz własny interes – trzymać Rosję jak najdalej od nas. Tak działa świat. Nie jest to świat szczególnie sympatyczny, ale za to przewidywalny.
Najciekawsze jest jednak co innego. Oto po raz kolejny obrażamy się na rzeczywistość za to, że nie chce podporządkować się naszym wyobrażeniom. Jakbyśmy ciągle oczekiwali od polityki międzynarodowej zasad obowiązujących podczas rodzinnego obiadu. Tymczasem między państwami nie istnieją uczucia trwałe. Istnieją jedynie interesy trwałe i interesy chwilowe. Reszta jest dekoracją. Pozostanie pytanie, którego w Polsce zadajemy sobie zadziwiająco rzadko: czy nasze działania były korzystne dla państwa niezależnie od tego, czy ktoś nam za nie podziękował?
Historia jest bowiem surowym nauczycielem. Uczy przede wszystkim, że rachunki polityczne należy prowadzić w kategoriach zysków i strat, a nie pochwał i podziękowań. Wdzięczność między narodami bywa miłym dodatkiem. Nigdy jednak nie była trwałym fundamentem polityki. Kto buduje na niej swoje oczekiwania, ten wcześniej czy później zostaje z naręczem orderów i zaskoczeniem człowieka znad Wisły, który właśnie odkrył, że świat nie przeczytał „Pana Tadeusza” i nie zamierza stosować się do jego zasad.
Gdy w programie redaktora Rymanowskiego padła kwota stu miliardów złotych polskiej pomocy dla Ukrainy, trudno było oprzeć się historycznemu skojarzeniu. Rzeczypospolita od wieków miała bowiem szczególny talent do inwestowania ogromnych środków w dobre samopoczucie moralne. Problem polegał na tym, że sąsiedzi zazwyczaj inwestowali w armię, wpływy i własne interesy. Sto miliardów złotych to suma, za którą można oczekiwać przynajmniej poważnej dyskusji o korzyściach dla państwa polskiego. Tymczasem u nas sama sugestia takiej rozmowy bywa traktowana niemal jak objaw braku serca.
I tę debatę musimy odbyć, bo widać wyraźnie, że coś nas notorycznie w polityce międzynarodowej zaskakuje, a przecież sygnałów, że Ukraina zmierza w kierunku banderyzmu mieliśmy w brud… Widzieliśmy pomniki, nazwy ulic, państwowe uroczystości i oficjalne wypowiedzi. Widzieliśmy niechęć do jednoznacznego potępienia niektórych postaci odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach. Widzieliśmy również, że kwestia Wołynia pozostaje dla kolejnych ukraińskich elit problemem politycznym, a nie wyłącznie historycznym. Wszystko to było jawne, publiczne i dostępne dla każdego, kto chciał patrzeć.
Tyle że w Polsce od dawna istnieje osobliwa skłonność do zastępowania analizy życzeniem. Wolimy zakładać, że rzeczywistość będzie taka, jakiej potrzebujemy, niż taka, jaka jest naprawdę. Gdy fakty nie pasują do przyjętej narracji, tym gorzej dla faktów. Potem zaś przychodzi zdziwienie, że partner polityczny kieruje się własną pamięcią historyczną, a nie naszymi oczekiwaniami.
Nie oznacza to oczywiście, że Polska miała odwrócić się od Ukrainy w chwili rosyjskiej agresji. Oznacza jedynie, że pomagając, należało zachować trzeźwość osądu. Państwo poważne potrafi jednocześnie wspierać sąsiada i bronić własnej pamięci historycznej. Potrafi przekazywać broń, a zarazem stanowczo domagać się ekshumacji ofiar. Potrafi okazywać solidarność, nie rezygnując z prawa do prawdy. Najgorsze, co możemy dziś zrobić, to ponownie uciec od rozmowy o własnych błędach. Dzieje Rzeczypospolitej uczą nas, że narody szanują tych, którzy szanują samych siebie, a nie tych, którzy bez końca liczą na wdzięczność – najlepszą moralnie, ale jakże ulotną walutę polską.




