Sławomir Cenckiewicz złożył na ręce Karola Nawrockiego rezygnację ze stanowiska szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego — ogłosił rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz. Pałac Prezydencki zarzuca rządzącym paraliż BBN. Po stronie obozu rządowego szalona euforia, jakby bracia Matx zasiedli do fortepianu. Oto kilka cytatów: „Cenckiewicz poza BBN. To nie rezygnacja. To kapitulacja” — oceniła marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska. „Cenckiewicz nigdy nie powinien być szefem BBN! Dobrze, że w końcu to zrozumiał. Nie zmienia to faktu, że prawdziwe problemy dopiero przed nim” — przekazał europoseł KO Dariusz Joński. „Cenckiewicz out! I tak za długo był szefem BBN, jak na kogoś, kto ma zarzuty za pomoc przy ujawnieniu tajnych dokumentów wojskowych w dobie wojny za wschodnią granicą” — stwierdziła Kamila Gasiuk-Pihowicz, eurodeputowana z Koalicji Obywatelskiej. „Cenckiewicz odszedł, bo grunt usuwał mu się spod nóg w sprawie dostępu do informacji niejawnych. Wygląda na to, że wolał uciec przed możliwą kompromitacją, niż się z nią zmierzyć” — przekazał za pośrednictwem mediów społecznościowych poseł KO Adrian Witczak. „Skracając ten przydługi wywód: nie mam dostępu do informacji niejawnych, muszę odejść. Reszta to nic nieznaczący bełkot” — stwierdziła Magdalena Feliks z KO. Widać karpie cieszące się na wieść o zbliżającej się wieczerzy wigilijnej.
Sławomir Cenckiewicz jest człowiekiem o ogromnej wiedzy, wiedzy, która poprzez piastowaną przez niego funkcję (szefa BBN) była w zamrożeniu. Trudno było sobie wyobrazić, by szef BBN z rana udzielał wywiadu atakującego rządzących, a wieczorami zasiadał z atakowanymi przy jednym stole, by omówić sprawy dla Polski ważne. I dlatego był wielką polityczną niemową. Dla rządzących zajmował wręcz postawę idealną — niemowy, którego można bezkarnie okładać nahajką. Teraz to się zmieni. Cenckiewicz również będzie mógł sięgnąć po kij — prezydent Nawrocki właśnie szykuje się do odtajnienia aneksu do raportu z likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych. Obie informacje zostały podane jednocześnie, lecz nie wymagajmy od polityków KO niemożliwego — by łączyli kropki. Nawet jeżeli są tak blisko siebie. Kropki zdaje się połączył gen. Dukaczewski, były szef WSI, który widocznie poczuł przesuwający się kamień w nerkach: „Publikowanie dokumentów niejawnych wyłącznie dla potrzeb politycznych godzi w interesy bezpieczeństwa państwa” — skomentował gen. Dukaczewski, który wyraźnie nie podziela radości kolegów z KO.
Teraz Sławomir Cenckiewicz będzie mówił, bo wraz z odejściem z urzędu kończy się milczenie wymuszone logiką instytucji. Będziemy więc świadkami powrotu głosu tam, gdzie wcześniej obowiązywała cisza. Reakcje drugiej strony sporu są przewidywalne — szybkie, ostre, jednoznaczne. W polskiej polityce rzadko kiedy istnieje czas na refleksję, częściej na natychmiastowy komentarz. W tym sensie spór o dokumenty i decyzje personalne staje się kolejną odsłoną tego samego mechanizmu: walki o interpretację przeszłości poprzez język teraźniejszości. Sławomir Cenckiewicz jest państwowcem i doskonale rozumie, że państwo nie jest własnością obecnej większości parlamentarnej ani bieżącej opozycji. Jest strukturą ciągłą, która wymaga zarówno jawności, jak i powściągliwości — i której nie służy ani milczenie narzucone politycznie, ani krzyk zastępujący argumenty. I w taki sposób zachowywał się na stanowisku szefa BBN.
Dlatego też spór wokół osób takich jak Sławomir Cenckiewicz nie daje się sprowadzić do prostych ocen politycznych. Dotyczy on bowiem czegoś głębszego: granic między wiedzą a jej użyciem, między obowiązkiem milczenia a potrzebą mówienia, między lojalnością wobec urzędu a lojalnością wobec własnego rozeznania spraw publicznych. Historia polska zna dobrze podobne napięcia. Zawsze wracają one w momentach, gdy państwo próbuje uporządkować własną pamięć i jednocześnie żyć bieżącym konfliktem. Wówczas każda decyzja personalna, każdy dokument, każde milczenie lub wypowiedź nabiera znaczenia większego, niż by wynikało z samego zdarzenia. I dlatego właśnie sprawa ta nie kończy się wraz z rezygnacją. Ona dopiero teraz zaczyna swój właściwy ciąg dalszy — już nie w ramach urzędu, lecz w przestrzeni publicznej, gdzie słowa nie są ograniczone regulaminem instytucji, a ich ciężar mierzy się wyłącznie siłą sporu, jaki wywołują.






