Wielopoziomowa gra prezesa czy polityczny slam? Strategia na krawędzi chaosu

Date:

Dzieje się w PiS-ie, oj, dzieje. A może – funkcjonuje i taka teoria – jesteśmy świadkami wielopoziomowej, wyrafinowanej rozgrywki prezesa Kaczyńskiego, który w końcu zrozumiał, iż nie jest w stanie przebić się do wyborców centrum sceny politycznej i w tym celu wykreował nowy byt, którego stery powierzył Mateuszowi Morawieckiemu.

Wszyscy zastanawiają się, co tu wymyśli Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (dla niepoznaki ochrzczone na PSL), by dostać się do parlamentu, a tu nagle „wyskakuje” Morawiecki, który – co warto zauważyć – jest niezwykle koncyliacyjny wobec Kosiniaka-Kamysza.

Co zyskuje (może zyskać) PiS na tym ruchu? Otóż może pozyskać do przyszłej koalicji ZSL, które jest niezwykle łatwe w obsłudze (wystarczy: wicepremierostwo, resort rolnictwa i Elewarr z biznesowym kuzynostwem). Tym samym PiS nie będzie musiało zabiegać o poparcie Konfederacji Korony Polskiej, którą to czołówka PiS-u brzydzi się okrutnie.

Czy zatem cała operacja ma na celu rozbrojenie napięcia politycznego i stworzenie iluzji „nowego otwarcia”, które w istocie byłoby jedynie rekonstrukcją starego układu (Przemysław Czarnek: „Gdybym nie należał do PiS-u, wstąpiłbym do PSL„) w bardziej strawnej dla umiarkowanego wyborcy formie? Morawiecki – jako polityk o wizerunku technokraty i względnej przewidywalności – idealnie wpisuje się w tę rolę. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że taki manewr pozwalałby PiS-owi grać na kilku fortepianach jednocześnie: z jednej strony utrzymywać twardy elektorat poprzez dotychczasową retorykę prezentowaną przez byłego ministra edukacji, z drugiej zaś – wysyłać sygnały uspokajające do centrum, a nawet części wyborców rozczarowanych obecną władzą.

Czy jednak jest to plan realny? Historia polskiej polityki uczy, że konstrukcje zbyt wyrafinowane często przegrywają z brutalną prostotą nastrojów społecznych. Wyborcy, nawet jeśli nie zawsze śledzą kulisy, mają zadziwiającą zdolność wyczuwania politycznej kalkulacji. A gdy zaczynają ją dostrzegać, reagują nieufnością.

Pozostaje więc pytanie, czy mamy do czynienia z mistrzowską partią szachów, czy raczej z próbą ratowania pozycji pomiędzy rozpychającymi się konfederacjami a centrum sceny politycznej, które nieufnie spogląda na PiS. Jedno jest pewne – najbliższe miesiące pokażą, czy była to strategia, czy tylko polityczna improwizacja ubrana w pozory planu.

Gdyby taki plan istniał – siłą rzeczy – musiałby być poufny. O jego założeniach wiedziałoby zaledwie kilka osób. Ale co z resztą działaczy, którzy są święcie przekonani, że krok Morawieckiego jest „na poważnie”? Już widać napięcie pomiędzy środowiskiem Solidarnej Polski a dworem Morawieckiego. A im dalej w las, tym drewna będzie więcej.

Polityka nie znosi próżni – jeśli część obozu zaczyna wierzyć w realność projektu, który dla innych jest jedynie narzędziem taktycznym, to wcześniej czy później musi dojść do zderzenia. Jedni będą budować, drudzy podkopywać, jeszcze inni – zabezpieczać własne pozycje. W takich warunkach lojalność przestaje być oczywista, a zaczyna mieć charakter warunkowy. Każdy kolejny gest, wypowiedź czy przeciek może być interpretowany jako sygnał zmiany kursu. A to prosta droga do narastającej nieufności, która w polityce bywa groźniejsza niż otwarty konflikt.

Jeśli bowiem część działaczy uzna, że została wciągnięta w grę, której zasad nie zna, może zacząć grać na własny rachunek. I wtedy nawet najbardziej wyrafinowany plan – o ile rzeczywiście istnieje – zaczyna się rozmywać w chaosie indywidualnych ambicji. Pozostaje więc pytanie, czy kierownictwo partii jest w stanie utrzymać dyscyplinę i jednolity przekaz w sytuacji, gdy różne frakcje zaczynają żyć własnym życiem. Bo jeśli nie – to cała konstrukcja, zamiast przynieść strategiczną przewagę, może stać się źródłem wewnętrznego kryzysu, który trudno będzie opanować.

Ja tu rozpisuję się o wielce subtelnej, wielopoziomowej grze, a być może mamy do czynienia ze zwykłym politycznym slamem – tańcem bez ładu i składu, którego głównym założeniem jest poobijać siebie i innych tańczących, w nadziei, że inni poobijają się bardziej.

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z rozłamem kontrolowanym, czy też nie – wyszło słabo, bardzo słabo. Bo polityka wymaga pewnej elementarnej powagi. Jeśli zaczyna przypominać chaotyczne widowisko, w którym nikt nie panuje nad scenariuszem, widzowie prędzej czy później przestają wierzyć, że za kurtyną kryje się jakikolwiek sensowny plan. A wtedy zamiast głębokiego namysłu widzą zamęt, zamiast strategii – improwizację, zamiast siły – bezradność.

I być może właśnie to jest dziś najgroźniejsze: nie to, że ktoś kogoś ograł, lecz to, że coraz trudniej powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi – oprócz zranionej ambicji i indywidualnej walki o pozycję na politycznym bazarze.

Źle się panowie bawicie…

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Reinkarnacja Kaliguli?

Mógł Kaligula mianować swojego ulubionego konia senatorem, może Tusk...

„Demokracja walcząca”, a może „demokracja rozbójnicza”?

Pojęcie „demokracji rozbójniczej” (czy też „demokracji bandyckiej”) to termin...

Islandia zatrzasnęła brukselskim biurokratom drzwi przed nosem!

Bruksela dostała właśnie lekcję, której najbardziej nie lubi. Krótka....

Zaproszenie na progu płonącego domu. Hiszpańska polityka migracyjna wystawia rachunek

Kiedy granica staje się tylko teorią, hiszpańska polityka migracyjna przynosi zapaść w Ceucie. To nie histeria sąsiadów, lecz rachunek za wysyłanie w świat niebezpiecznych sygnałów bez pokrycia.