W ostatnim okresie starałem się nie odnosić szerzej do polityki wewnętrznej i różne kwestie pojawiały się raczej na marginesie szerszych obserwacji. Ale ostatnie dni zmuszają do próby spojrzenia na to, co się dzieje. Zakładając, że wybory odbędą się w konstytucyjnym terminie, najbliższa możliwa data przypada na 17 października 2027 roku. Oznacza to, iż Tuskowi pozostało — w najlepszym wariancie — jakieś 520 dni kierowania rządem, a przy decyzji Prezydenta maksymalnie około 10 dni dodatkowo do pierwszego posiedzenia Sejmu i wyznaczenia nowego premiera.
Tusk te rachunki doskonale zna, bo przecież kiedy wyjeżdżał z Polski w 2014 roku, miał to bardzo dokładnie skalkulowane. Wystarczy spojrzeć w stare notatki. Widać więc wyraźnie, że wszedł on w fazę podobną jak wtedy, a więc fazę myślenia o swojej przyszłości. Nie tej politycznej — osobistej. Wtedy tym „zabezpieczeniem na wszelki wypadek” były akcje pt. Amber Gold + PKP Energetyka. Pisałem o tym w swoim czasie, więc nie będę już do tego wracał. Co jest jednak istotne — te „zabezpieczone na wszelki wypadek” prowizje ulokowano (o czym też pisałem) w pewnej watykańskiej instytucji finansowej, a zajmował się tym najbardziej nietykalny współpracownik Tuska, czyli — jak się wydaje — wkrótce ponownie Roman G. O tym również już pisałem, więc nie będę odgrzewał tych tematów.
Pisałem też o operacji „Amber Gold II”, którą Tusk miał prowadzić z determinacją niespotykaną od lat, wobec rynku kryptowalut. I przyznam szczerze, że wyraźnie go przeceniłem. Zakładałem, iż — podobnie jak w przypadku Amber Gold I — „odbiorcą końcowym” są jego niemieccy partnerzy. Jednak po wydarzeniach z weekendu wokół Zondacrypto nie mam już takiej pewności. Wygląda na to, że PDT i jego środowisko po prostu robią franszyzę tamtego pomysłu. Dlaczego tak sądzę?
Szał legislacyjny wokół kryptowalut wskazywał wyraźnie, że ten skok był planowany na rzecz „odbiorcy końcowego”, bo chodziło przecież o cały rynek — a więc obecnie jakieś 50–60 mld zł. Skok na Zondę to jakieś 350–400 mln zł. Dla „odbiorcy końcowego” taki ruch nie ma większego sensu. Dla naszych „gierojów” — już jak najbardziej. Warto się nad tym pochylić, bo na emeryturę będzie jak znalazł.
Do tego dochodzi moment. Teraz Merz ma poważniejsze sprawy na głowie niż jakieś „drobniaki” z Polski. Niemiecki przemysł — z jego kluczowymi sektorami: motoryzacyjnym, maszynowym i chemicznym — przeżywa poważne problemy. Lufthansa, wobec ograniczeń paliwowych, zawiesiła już część lotów, a sytuacja może się pogorszyć. Notowania kanclerza spadają, a CDU/CSU przegrywa w sondażach z AfD. A to tylko część problemów. PDT wiedział, że to dobry moment na przeprowadzenie operacji, która niekoniecznie leży w interesie „odbiorcy końcowego”.
Co ciekawe — dziś, dzięki informacjom przekazanym przez S. Jadczaka w wp.pl — wiemy już, że scenariusz tych działań i ich wykonawcy w „polskich służbach” są modelowo zbieżni z tym, co miało miejsce w przypadku Amber Gold I. Te same problemy w prokuraturze, podobne działania wokół dokumentacji w firmie przez cały weekend, policja oczekująca na decyzje prokuratorów, którzy są niedostępni lub wyłązeni z działania itd.
Powiedzieć, że to rympał, to byłoby obrazą dla tych, którzy działają „na rympał”. W tym wszystkim dochodzi jeszcze klasyczna operacja przykrywkowa pt. „odrzucenie veta”. No bo — rzecz jasna — winnym całej sytuacji ma być Karol Nawrocki, co PDT ogłosił na swoim koncie w serwisie X.
Komisja śledcza, która zapewne wkrótce zajmie się tą sprawą, może ponownie napotkać problemy z dostępem do dokumentacji. Do tego — bazując na doświadczeniach z Amber Gold I — pewne mechanizmy działania mogły zostać ulepszone. To może oznaczać, że zanim sprawa zostanie dokładnie zbadana, część kluczowych osób zniknie z pola widzenia. Jednak nawet doświadczeni gracze popełniają błędy — i to daje pewną nadzieję na wyjaśnienie sprawy.
Najważniejsze jest jednak co innego — weekendowe działania pokazują, że PDT funkcjonuje już w logice „operacji ostatnie brania”. Czy będzie temu towarzyszyć również „akcja ewakuacja”, czy działania będą kontynuowane do samego końca — trudno przesądzić. Jedno wydaje się pewne: Donald Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że jego czas w Polsce może być ograniczony do około 520 dni. I wie, że to niewiele, jeśli chodzi o zabezpieczenie przyszłości — swojej i swojej rodziny. To właśnie ta świadomość może dziś determinować jego działania.
* tytuły pochodzą od redakcji M24






