Rachunek wystawiony po latach!

Date:

Państwo ma to do siebie, że bardzo lubi wydawać polecenia, a to za pomocą ustaw, rozporządzeń, a jak to nie pomoże – w odwodzie stoi policyjna pałka i surowość sądu, ale wcale nie ostatecznego. Obywatel ma płacić podatki, przestrzegać przepisów, szanować konstytucyjne organy państwa, nie zadawać zbyt wielu irytujących pytań i najlepiej jeszcze wierzyć, że wszystko odbywa się dla jego dobrze pojmowanego… dobra.

A potem przychodzi wojna.

I nagle to samo państwo staje przed obywatelem z wyciągniętą ręką.

Nie po podatek.

Po życie.

Na Ukrainie trwa mobilizacja. W mediach od dawna pojawiają się nagrania przedstawiające sceny, które jeszcze kilka lat temu wydawałyby się nieprawdopodobne. Mężczyźni uciekają przed patrolami. Żandarmi zatrzymują ludzi na ulicach. W języku ukraińskim powstało nawet nowe słowo – „busifikacja”. Nie trzeba go tłumaczyć. Każdy rozumie, o co chodzi. Mikrobus, kilku rosłych wojskowych i człowiek, który jeszcze przed chwilą spokojnie wracał z pracy albo wyszedł kupić papierosy.

BBC opisuje zjawisko z obu stron. Z jednej – rośnie liczba ataków na wojskowych prowadzących mobilizację. Weteran Wasyl Krupycz, odznaczony za odwagę, po ranach odniesionych na froncie został skierowany do centrum rekrutacyjnego. Podczas pościgu za dwoma mężczyznami dostał łomem po żebrach. Trafił do szpitala i gdy tylko oprzytomniał, wykrztusił: „O co walczyliśmy?”. Pytanie dramatyczne.

Ale obok pojawia się drugie pytanie.

Mam znajomą Ukrainkę. Pracowaliśmy kiedyś razem. Wojny jeszcze nie było. Rosyjskie czołgi stały po swojej stronie granicy. Ale ona już wtedy mówiła o kraju z takim zmęczeniem, jakby wojna trwała od wielu lat. Opowiadała o korupcji, o wszechobecnych układach, o oligarchach, którzy zawsze wygrywali, niezależnie od tego, kto akurat rządził. Mówiła, że młodzi uciekają. Nie dlatego, że nie kochają ojczyzny. Dlatego, że ojczyzna nie bardzo interesuje się nimi. Jej marzeniem było ścignięcie dwóch dorosłych już córek, posiadających już własne rodziny, do Polski.

To nie była opowieść o wojnie.

To była opowieść o państwie, które nie funkcjonuje.

I tu dochodzimy do rzeczy najciekawszej. Politycy bardzo często mylą państwo z administracją. Wydaje im się, że skoro mają policję, prokuraturę, urzędy i środki masowego przekazu, to mają również autorytet. Nie mają! Autorytet nie rodzi się z pieczątki. Rodzi się z uczciwości.

Jeżeli przez trzydzieści lat obywatel widzi, że jedni są równi wobec prawa, a inni równiejsi, że bogaci zawsze znajdą szptalne wyjście dla VIP-ów, a biednym zostają wielomiesięczne kolejki, to trudno oczekiwać, że w chwili próby ten sam obywatel rzuci wszystko i z entuzjazmem odpowie na wezwanie tegoż państwa.

Patriotyzm nie wyrasta na urzędowym blankiecie.

Można człowieka zmusić do wielu rzeczy. Można go zatrzymać na ulicy. Można wsadzić do autobusu. Można wysłać na szkolenie i na front. Nie można go zmusić do zaufania. To buduje się latami. Albo traci.

Oczywiście, Ukraina walczy o przetrwanie. Rosja jest agresorem i nikt rozsądny nie będzie tego kwestionował. Ale wojna nie unieważnia rachunków wystawionych wcześniej. Ona tylko przynosi termin płatności.

To jest lekcja również dla Polski.

Każda władza żyje w przekonaniu, że obywatel zawsze będzie posłuszny. Że wystarczy ogłosić mobilizację, stan wyjątkowy, nowy podatek albo kolejne poświęcenie w imię dobra wspólnego. Otóż nie wystarczy. Bo obywatel ma pamięć. Pamięta, jak go traktowano w urzędzie, w szpitalu, w sądzie. Pamięta, czy państwo było sprawiedliwe. Pamięta, czy prawo było dla wszystkich, czy tylko dla tych, których nie było stać na dobrego prawnika.

Państwo jest trochę jak studnia.

Nie można przez lata tylko z niej czerpać.

Trzeba jeszcze dolewać wody.

Inaczej przyjdzie dzień, kiedy człowiek zajrzy do środka i zobaczy tylko suche kamienie.

A wtedy nawet najpiękniejsze przemówienia o obowiązku wobec ojczyzny będą odbijały się od dna głuchym echem. Co teraz obserwujemy na ulicach Kijowa, Lwowa, Charkowa.

Czerwony alarm dla Polski!

Z badania IBRiS przeprowadzonego w ubiegłym roku wynika, że 49,1 proc. respondentów nie stawiłoby się do obrony Polski w razie zagrożenia wojną, a 44,8 proc. deklaruje gotowość do walki. Co trzecia kobieta przyznała, że byłaby skłonna chwycić za broń. Najwięcej sceptycyzmu wobec obrony kraju widać wśród młodych. 69 proc. osób w wieku 18–29 lat nie zgłosiłoby się do walki (64 proc. — „raczej nie”, 5 proc. — „zdecydowanie nie”). Kolejne 13 proc. wskazało „raczej tak”, a 18 proc. nie ma zdania.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Oddaliśmy pociski. Co dostaliśmy w zamian?

Polskie pociski Patriot przekazane Ukrainie stały się przedmiotem szerokiej...

Od zdrowego rozsądku do kulturowego slalomu

Kryzys wartości nie zaczyna się od jednej decyzji ani...

Premiera z metryki czy dekoracja dla mas? Nowa lekcja historii pisze się dziś na Downing Street. Czy sumienie wygra z wizerunkiem?

Czy religijna tożsamość lidera to autentyczny drogowskaz, czy tylko wygodny rekwizyt w walce o władzę? Odkrywamy, jak politycy bezlitośnie żonglują wiernością zasadom dla poklasku tłumów.

Zamiast elektrowni dostaniemy punkty za wynoszenie śmieci. Jak gigantyczna dziura budżetowa tonie w politycznym hałasie

Kiedy gospodarka hamuje, a inwestycje leżą, władza rzuca nam polityczny ochłap. Zamiast o miliardowej dziurze i elektrowniach, dyskutujemy o mopach. Tak w praktyce działa idealny temat zastępczy.