Reagan, Zełeński i Jachira są – byli – z wykształcenia i zawodu aktorami. Czy o czymś to świadczy? Być może o tym, że współczesna polityka to teatr i największe oklaski zbiera w nim ten, kto okazuje się mieć najlepszą umiejętność bycia naczyniem, który publiczność napełnia własną treścią.
Ale tylko w jednym z tych przypadków to naczynie okazało się być puste. Tak całkowicie puste, aż do samego, wyskrobanego z resztek czegokolwiek dna.
Reagana historia ocenia dość niejednoznacznie. Tak, poprowadził USA do zwycięstwa w Zimnej Wojnie wymuszając na ZSSR wyścig zbrojeń, który przyczynił się do jego upadku. I jednocześnie tak: „reaganomika” przyniosła wzrost gospodarczy i ekonomiczne odbicie, ale i przyniosła patologie, oligarchizację, początek rozkładu amerykańskiej klasy średniej, jaki widzimy dzisiaj i nie, nie nierówności społeczne, ale całe ich kaniony. Ale Reagan potrafił grać nastrojami społecznymi – ciężko wyobrazić sobie kogoś innego, kto po Watergate, wojnie w Wietnamie, czy katastrofie Challengera potrafiłby sprawić, że tak ogromne rzesze ludzi dźwignęły to emocjonalnie na swoich barkach.
Zełeńskiego historia dopiero oceni. To, co widać dzisiaj, to człowieka, któremu do władzy pomógł dojść jeden z najbardziej przebiegłych oligarchów systemu Ukrainy a ten potrafił mu się urwać ze smyczy i wyemancypować w kogoś, kto stoi na własnych nogach. Kogoś, kto – gdy kolbami do drzwi zaczęła walić Historia – potrafił stanąć na wysokości zadania i wziąć na siebie ciężar, i odpowiedzialność, jaka się z tym wiąże.
Korupcja? Mój Boże, nie mam co do tego złudzeń, ale nie mam też złudzeń co do tego, na jakim etapie rozwoju politycznego była Ukraina wchodząc w czas wojny. Czy należy Zełeńskiego i jego otoczenie rozliczyć z tej korupcji i błędów dowództwa? Oczywiście. Tym jednak niech zajmą się już sami Ukraińcy w wolnej Ukrainie – dojrzalsi jako naród i wspólnota o doświadczenie wojny, mądrzejsi o to, czego nie mogli wiedzieć jeszcze w 2022. Teraz pewne jest jedno: gdyby nie Zełeński i jego otoczenie – tej umęczonej, wykrwawionej Ukrainy już dawno by nie było.
I tutaj dochodzimy do pani Klaudii.
Miałam jej odpuścić, ale nie mogę. Nie stać mnie, nie jestem aż tak wielkoduszna, choć i tak z pewnością jestem bardziej od niej, która nie wahała się ani chwili przed zniszczeniem życia panu Waszczukowi – policjantowi, który w szczycie ataków na graniczny płot podjął decyzję o uniemożliwieniu jej działalności w „oddziale zamiejscowym” jej biura poselskiego w – a jakże – Białowieży.
Ta sama osoba, która handryczyła się o dostęp do tego biura w wywiadzie jednocześnie twierdzi, że granicę z Rosją należy całkowicie zaminować. I ja nie mam wątpliwości: twierdzi tak, bo widzi jak bardzo zmieniły się w tym względzie nie tylko nastroje społeczne, ale i polityka jej formacji.
Formacji, która w kampanii wyborczej wypuszczała Franków Sterczewskich z siatami w las, tylko po to, by po dojściu do władzy się ocknąć i prowadzić na granicy politykę jeszcze twardszej ręki niż jej poprzednicy.
Klaudii nie przeszkadza, że jest nielogiczna i niespójna w tym przekazie, bo nie o logikę i nie o spójność tutaj chodzi. Tu nie chodzi o zagrożenie – tu chodzi o przedstawienie.
Niestety, scenariusz tego przedstawienia powstaje trochę ad hoc, drogą wolnych skojarzeń pani Klaudii z ogólnymi wytycznymi swojej partii. Pani Klaudia improwizuje.
I w tej improwizacji jest niechęć do wszystkich Rosjan jako grupy – niechęć, której ja w sobie nigdy nie byłam i nie jestem w stanie znaleźć, pomimo głębokiej świadomości, jaką politykę prowadzi ich kraj. I jednocześnie jest bezkrytyczna miłość do grup, które jak jeden organizm mogą być tylko jednoznacznie dobre i nieść ze sobą jedynie dobro wcielone.
Mogłabym tak długo, ale … nie chce mi się. Nie warto.
Nie warto. Ale nie warto jej jednocześnie odpuszczać i kiwać z politowaniem głową nad jej emocjonalnym i intelektualnym infantylizmem.
Dlaczego? Nie tylko dlatego, że wyborem ludzi, których nie znam zasiadła w ławach poselskich, ale też dlatego, że jest dla mnie uosobieniem wszystkiego, co jest nie tak z wizerunkiem współczesnej kobiety należącej i wywodzącej się z grupy tych przysłowiowych, wykształconych, z dużych miast:
To kobieta, która nie dojrzewa. Nie dorasta. Nie zdobywa się na samodzielną refleksję. Nie przechodzi procesu, który Carl Jung nazywał indywiduacją. Nie integruje swoich mrocznych cech ani bardzo złych skutków własnych działań. Powtarza tylko okrągłe, obowiązujące w jej kręgach towarzyskich slogany i fajnizmy. Nie nabywa wiedzy, doświadczenia i powagi.
To kobieta, która tylko siwieje. Tylko się starzeje. A emocjonalnie i intelektualnie pozostaje wieczną nastolatką.




