Pierwsze efekty zaostrzenia polityki już widać. Wystarczyła świadomość, że jeśli jako uchodźca lub imigrant złamiesz szwedzkie prawo, trafisz z powrotem tam, skąd przyszedłeś – bez odwołania – a statystyki nagle zaczęły się wyraźnie zmieniać.
Najnowszą odsłoną tego szwedzkiego Wielkiego Sprzątania jest oficjalne uznanie, że pojęcie „islamofobii” to koncept problematyczny i stanowiący zagrożenie dla wolności słowa. Jako taki nie może i nie będzie już używany w oficjalnych dokumentach szwedzkiej administracji.
Obecnie Szwecja lobbuje na forum UE i ONZ, aby na analogiczny krok zdecydowały się nie tylko te organizacje, ale i poszczególne kraje.
Dlaczego?
Szwecja uznała, że „islamofobia” – termin spopularyzowany przez kręgi Bractwa Muzułmańskiego – jest dokładnie tym, czym był w zamyśle swoich popularyzatorów: dyskursywnym i politycznym narzędziem, które przez całe lata służyło do zamykania niewygodnych dyskusji.
Pochodzenie samego terminu udokumentował francuski badacz ruchów muzułmańskich na świecie – Gilles Kepel. Zamysł był prosty: nazwij „fobią” każdy akt sprzeciwu wobec własnej ideologii, a okaże się, że osoba podnosząca zastrzeżenia przestaje mieć znaczenie. Staje się cierpiącym na zaburzenie psychiczne wariatem. I to jest koniec rozmowy.
I to zadziałało!
Jak wiemy, nie tylko w przypadku islamofobii, ale i wszelkich innych, kuriozalnych „fobii”, którymi nagle zapełnił się świat. „Fatphobia”, „transphobia” stały się wygodnymi etykietami dla osób, z którymi się nie zgadzamy i z którymi nie warto nawet gadać.
To zresztą widać było w Rotherham, gdzie oficjalne śledztwo dotyczące zaniedbań organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości w kwestii tzw. „rape gangs” wykazało właśnie to: policjanci, urzędnicy i pracownicy sądów tak bardzo bali się oskarżeń o rasizm, że zaniechali jakichkolwiek działań.
Poseł szwedzkiego parlamentu Richard Jomshof powiedział, że politycy i dziennikarze „łyknęli islamistyczną zanętę”.
Szwedzki europoseł z tej samej partii uznał, że „islamiści posługują się terminem islamofobii, aby realizować własne interesy i otrzymywać fundusze UE.”
No, to grube oskarżenia – ale wygląda na to, że Szwecja etykietki „islamofobii” przestała się bać.
Ciekawe, czy uda jej się przekonać innych, żeby zrobili to samo.
Bo jedno jest pewne: wiatr politycznej poprawności przestał wiać. I ta cisza zaczyna obejmować coraz większe przestrzenie.
To dobrze, ale pozostaje pilnować, żebyśmy jednak nie wylali dziecka z kąpielą. Zawsze przecież znajdą się tacy, co zamiast prowadzić swobodną, rzeczową dyskusję o potrzebie reakcji proporcjonalnej do zdarzeń – będą cynicznie podsycać i wykorzystywać emocje społeczne do własnych, nie tak szczytnych celów.




