Lekcja. Uczeń podnosi rękę i pyta: „A co to takiego ten Pan Tadeusz?” Ale zajęcia nie dotyczyły wcale naszego wieszcza, zatem pytam – czemu pyta. „Bo mój tata zawsze, kiedy coś źle zrobię, grozi, że będę musiał Pana Tadeusza przeczytać.”
Śmiać się? Płakać? Machnąć ręką? Czy stanąć do walki o dobre imię Mickiewicza, naszej narodowej literatury i dorobku kulturalnego Polaków? Jak walczyć? I z kim? Mam szansę przekonać młode pokolenie, że arcydzieła to nie pasja filologów i szkolny wymóg, ale coś więcej? Bo na walkę z niektórymi dorosłymi chyba za późno… chociaż…? Kto wie?
Ci z nas, którzy uczęszczali do szkół w Polsce, mieli to szczęście, że obowiązywał ich kanon lektur. Nie zawsze przekładało się to na szczęście właściwego poznawania literackich skarbów – i nie zawsze przynosiło właściwy owoc w postaci wyrobienia estetycznego smaku, przekonania się o własnych preferencjach czy umiejętności dojrzałego myślenia i rozmawiania o literaturze i problemach, które porusza. Ale pierwszy krok był zrobiony: dzieci czytały i młodzież czytała.
Jeśli tylko nauczyciele nie traktowali swoich pedagogicznych obowiązków byle jak – młody człowiek czytać musiał i był z tego rozliczany. To oczywiście lepsze, niż proponować dziatwie szkolnej jedną lekturę na rok. Albo pół. Czy – o zgrozo – ćwierć. Godny uznania i pochwały był też wybór tekstów – nie to, co się komu podoba. Nie książki, które w najlepszym wypadku są łatwe, proste i przyjemne – a w najgorszym infantylne, szkodliwe i niebezpieczne. Ale takie, które przez wieki budowały tożsamość.
Które tłumaczyły Polakom polskość, chrześcijanom moralne zasady a młodym ludziom – czym jest dorosłość. Które podtrzymywały wiarę, budziły szlachetne porywy i skłaniały do zastanowienia. Które dawały dużo więcej, niż tylko umiejętność składania sylab, rozumienia terminów i sprawnego posługiwania się językiem.
Co zatem zawiodło? Dlaczego część osób z niechęcią wraca do swoich czytelniczych wspomnień z książkami Mickiewicza? Oczywiście, najbardziej prawdopodobna hipoteza jest taka, że zawiódł nauczyciel. Bo nie porwał. I niestety często jest to prawdą.
Czy zatem pedagog musi być porywający, mieć moc hipnotyzera albo siłę celebryty? Na szczęście nie. Wystarczy, że będzie autentyczny – i prawdziwie będzie kochał książki.
Winę za czytelnicze niepowodzenie ponosi też sam uczeń: bo łykał streszczenia zamiast karmić się prawdziwą lekturą, ślizgał po temacie, odpisywał zadania, kombinował przy wypracowaniach, a przed maturą modlił o ratunek umieszczając równocześnie ściągi w takich miejscach, których nie powstydziłaby się najlepsza konspiracja.
I wreszcie trzeci winowajca: brak kontekstu. Niezrozumienie tamtego czasu, tamtych ludzi, tamtej epoki. Brak umiejętności i możliwości wyobrażenia sobie, że ktoś myślał, czuł, odbierał świat – inaczej, niż my. Na to recepta jest prosta, choć wcale niełatwa do realizacji: więcej historii – a mniej tego, co zabija wyobraźnię i ciekawość świata.
A co nie zawiodło? Co nie ponosi winy za niezrozumienie czy niedocenienie dzieł poety z Nowogródka? Jego twórczość! Adam Mickiewicz nie był jako człowiek ideałem. Romanse, nieślubne dziecko, kontrowersyjna postawa w czasie powstania listopadowego, wreszcie znajomość z Andrzejem Towiańskim i poglądy obce chrześcijanom – to wszystko ubarwia życiorys wieszcza, ale nie nadaje się, by stawiać za wzór młodemu pokoleniu.
Ale… temu niedoskonałemu człowiekowi zawdzięczamy dzieła, obok których nie da się przejść obojętnie – jeśli tylko dorośniemy, by je przeczytać, i jeśli zostaną nam dane, gdy będziemy na to gotowi. Bo Mickiewicz nie tylko pięknie opisał polską duszę. Nie tylko przemówił tak dobitnie, że Polacy myślą i mówią Mickiewiczem.
On jest z tych, którzy polskość zdefiniowali – i to obowiązuje i obowiązywać nie przestanie, jak długo będzie istnieć Polska – i świat.






