Francuski mit założycielski! O zdobyciu Bastylii bez legendy.

Date:

Narody, podobnie jak dawne rody rycerskie, lubią opowiadać o swoim początku. Nie o rzeczywistym początku, bo ten zazwyczaj ginie w pomroce dziejów, lecz o chwili, która najlepiej nadaje się na symbol. Symbole bowiem są wygodne. Nie wymagają wyjaśnień. Nie znają odcieni. Wystarcza kilka obrazów, kilka nazwisk i jedno wydarzenie, aby pokolenia mogły odczytywać w nim własną historię.

Francja takim symbolem uczyniła zdobycie Bastylii.

Nie sposób odmówić temu wyborowi wielkości. Trudniej natomiast odmówić sobie pytania, czy wielkość symbolu pozostaje w zgodzie z wielkością faktów. Twierdza, której mury od stuleci budziły lęk Paryżan, rzeczywiście była znakiem królewskiej samowoli. Przez jej cele przewijali się ludzie skazywani bez wyroku sądu. Monarchia absolutna nie należała do ustrojów, które lubiły tłumaczyć się przed poddanymi. Rozkaz królewski wystarczał. Bastylia przypominała wszystkim, że istnieje władza stojąca ponad prawem.

Jednak symbole starzeją się szybciej niż kamienne mury.

Latem roku 1789 twierdza była już bardziej wspomnieniem własnej potęgi niż narzędziem terroru. Rozważano nawet jej rozebranie, ponieważ utrzymywanie ogromnej fortecy kosztowało więcej, niż była warta. Dawna groza zamieniła się w ciężar administracyjny. Gdyby spojrzeć wyłącznie na liczby, trudno byłoby uwierzyć, że właśnie tam rozpoczęła się nowa epoka.

Za murami przebywało siedmiu więźniów.

Siedmiu ludzi nie stanowi obrazu narodu skutego kajdanami. Nie znaleziono tam filozofów, których pisma obalały tron, ani mężów stanu uwięzionych za umiłowanie wolności. Czterech było fałszerzami, dwóch od lat zmagało się z chorobą umysłową, ostatni zaś bardziej doskwierał własnej rodzinie niż państwu.

Tak wyglądała ciemnica tyranii.

Nie mniej wymowna była załoga. Bastylia nie została powierzona doborowym pułkom królewskim. Jej straż tworzyli przede wszystkim wojskowi inwalidzi. Ludzie, którzy młodość pozostawili na polach bitew, a starość mieli spędzić za murami twierdzy, pilnując magazynów i porządku. Nie byli to żołnierze przygotowani do prowadzenia wojny domowej. Raczej strażnicy kończącego się świata. Komendant Bernard-René de Launay znajdował się w położeniu godnym tragedii. Z jednej strony obowiązek wobec monarchy, z drugiej – świadomość, że każda salwa oddana do tłumu powiększy przepaść, której zasypać już się nie da. Zwlekał. Negocjował. Szukał wyjścia.

W końcu poddał twierdzę.

Nie uczynił tego z tchórzostwa, lecz z przekonania, że życie ludzi waży więcej niż kamienne bastiony. Uzyskał zapewnienie, iż załodze nic się nie stanie. Tak przynajmniej sądził. Historia zna wiele przysiąg składanych w chwilach wzburzenia. Niewiele z nich przeżywa pierwszą godzinę po zwycięstwie. De Launay został porwany przez tłum. Bito go po drodze, znieważano, aż wreszcie zabito. Potem odcięto głowę i obnoszono ją ulicami Paryża. Podobny los spotkał kilku jego podkomendnych oraz przedstawiciela władz miejskich, który usiłował przywrócić porządek.

Nie był to jeszcze Terror.

Ale był już jego cień.

W dziejach wszystkich rewolucji można dostrzec chwilę, w której gniew przestaje być środkiem, a staje się celem samym w sobie. Od tej chwili wydarzenia zaczynają toczyć się według własnych praw. Ludzie są przekonani, że kierują historią, podczas gdy w rzeczywistości historia zaczyna kierować nimi. Nie trzeba daleko szukać podobnych przykładów. Europa znała bunty chłopskie, wojny religijne i miejskie rozruchy. W każdej epoce tłum wierzył, że wymierza sprawiedliwość. Niemal zawsze kończyło się tak samo – sprawiedliwość ustępowała miejsca zemście.

Francja nie była wyjątkiem.

Dopiero później przyszły wielkie akty prawne. Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela. Likwidacja feudalnych przywilejów. Nowoczesne pojęcie obywatelstwa. Trudno przecenić znaczenie tych wydarzeń. Europa rzeczywiście wkroczyła na nową drogę. Lecz początek tej drogi był znacznie mniej uroczysty, niż lubią przedstawiać szkolne podręczniki. Warto zastanowić się nad trzema słowami, które z czasem stały się dewizą republiki.

Wolność.

Nie istnieje społeczeństwo, które nie pragnęłoby wolności. Jednak wolność nie rodzi się z samego obalenia murów. Powstaje dopiero wtedy, gdy człowiek uznaje, że również jego przeciwnik posiada prawa. Bez tego pozostaje jedynie zmianą tego, kto trzyma broń.

Równość.

Hasło piękne, lecz niełatwe. Rewolucja ogłaszała równość wobec prawa, a kilka lat później tysiące ludzi ginęło dlatego, że znaleźli się po niewłaściwej stronie politycznej barykady. Głowa arystokraty i głowa dawnego rewolucjonisty spadały do tego samego kosza. Gilotyna okazała się narzędziem równości doskonałej, ale osobliwie pojmowanej.

Braterstwo.

To najtrudniejsze z wielkich słów. Braterstwo wymaga bowiem panowania nad sobą. Nie wystarczy kochać przyjaciół. Trzeba jeszcze umieć powstrzymać nienawiść wobec pokonanego. Tam, gdzie zwycięzca przestaje uznawać człowieczeństwo przeciwnika, kończy się braterstwo, choćby sztandary pełne były najpiękniejszych haseł.

Dlatego zdobycie Bastylii pozostaje wydarzeniem dwoistym.

Było końcem starego porządku, który od dawna wymagał zmian.

Było także początkiem epoki, która miała przynieść Europie zarówno prawa obywatelskie, jak i terror polityczny.

Narody wybierają sobie święta nie dlatego, że są one bez skazy, lecz dlatego, że widzą w nich własne marzenia. Francuzi obchodzą 14 lipca jako dzień narodzin nowoczesnego państwa. Felietonista nie ma obowiązku odbierać im tego święta. Ma jednak obowiązek przypominać, że pomiędzy legendą a rzeczywistością istnieje odległość, której nie wolno zasypywać milczeniem. Mury Bastylii runęły szybko. Rozebrano je niemal do ostatniego kamienia. Z ich bloków wykonywano pamiątki rozsyłane po całej Francji, jakby naród chciał zachować cząstkę miejsca, które właśnie przestało istnieć.

Kamienie zniknęły.

Pozostała legenda.

A legendy mają tę osobliwą właściwość, że żyją dłużej od ludzi, dłużej od państw, czasem nawet dłużej od prawdy, z której niegdyś wyrosły. Zadaniem felietonisty nie jest legendy burzyć ani budować. Powinien jedynie od czasu do czasu odsunąć zasłonę i przypomnieć, że za każdym wielkim symbolem stoją konkretni ludzie – jedni pełni nadziei, inni pełni lęku, wszyscy jednak jednakowo śmiertelni.

Bo historia zaczyna się tam, gdzie kończy się mit. Mit, na którym opera się Francja – ledwie cień dawnej świetności – Najstarszej Córki Kościoła, która dzisiaj kroczy ciemną doliną. Jakaż wielka szkoda…

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Bolesław Wieniawa-Długoszowski – pierwszy ułan Rzeczypospolitej, który skoczył w wieczność!

Generał, poeta, pierwszy ułan RP i oddany cień Piłsudskiego. Wieniawa żył z szablą i kielichem w dłoni, pełen ułańskiej fantazji. Tę barwną legendę przerwał tragiczny, tajemniczy skok w Nowym Jorku.

Bitwa pod Hattin (1187). Dlaczego Saladyn kazał zabić wszystkich templariuszy i joannitów?

Bitwa pod Hattin (1187) na zawsze zmieniła losy krucjat. Odkryj, jak decydujące zwycięstwo Saladyna i brutalna egzekucja pojmanych templariuszy oraz joannitów doprowadziły do upadku Jerozolimy.

22 czerwca 1941 r. – początek operacji „Barbarossa” . Złapał Niemiec Moskwicina, a Moskwicin za łeb trzyma.

22 czerwca 1941 roku runął pakt katów Europy. Operacja Barbarossa to nie tylko krwawy zwrot akcji, ale i brutalny koniec przyjaźni Stalina z Hitlerem. Poznaj prawdę ukrytą pod maską sowieckiego mitu.

Zbrodnia bez przypisów. Dlaczego wyjaśnienie a moralny osąd Wołynia ciągle nam umykają

Czy zrozumieć znaczy wybaczyć? Gdy w grę wchodzi Wołyń, czyste wyjaśnienie a moralny osąd natychmiast się zderzają. Ukraińscy bohaterowie wpadają w pułapkę własnej historii, karmiąc rosyjską propagandę.