„ Noc była czarna jak sumienie faszysty, jak zamiary polskiego pana, jak polityka angielskiego ministra”
Są pisarze, których życiorys sam w sobie stanowi gotową powieść, a literatura jest tylko konsekwencją, niekiedy prawie przypadkową, burzliwych kolei losu. Sergiusz Piasecki należy do tej kategorii w sposób niemal wzorcowy. Przemytnik, agent wywiadu, złodziej, więzień, żołnierz Armii Krajowej, wreszcie emigrant – oto curriculum vitae człowieka, który w celi na Świętym Krzyżu nauczył się literackiej polszczyzny z Biblii i „Wiadomości Literackich”, a potem napisał książki, które w II Rzeczypospolitej biją rekordy popularności, by po wojnie zostać skazane na niebyt przez komunistyczną cenzurę. Dziś, gdy jego dzieła wracają na półki, warto przypomnieć, dlaczego warto po nie sięgnąć – i to nie z sentymentu do „zapomnianego klasyka”, lecz dlatego, że Piasecki pisał prozę, która ma w sobie coś z kmicicowskiego rozmachu i coś z chłodnej, niemal dokumentalnej precyzji.
Zacznijmy od tego, co najważniejsze, bo popularność nie bierze się z niczego. „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” – napisany w więzieniu, wydany w 1937 roku, trzecia pod względem poczytności powieść przedwojennej Polski – to epopeja pogranicza. Nie romantyczna sielanka kresowa, lecz surowy, pełen adrenaliny obraz życia przemytników na granicy polsko-sowieckiej. Piasecki znał ten świat od podszewki: sam nim żył. Bohaterowie jego prozy nie są ani szlachetnymi zbójami, ani moralnymi degeneratami. Są ludźmi, którzy wybrali wolność w jej najbardziej skrajnej formie – wolność od państwa, od prawa, od jakiejkolwiek stabilizacji. Nocne przeprawy, pogoń, zdrada, miłość, śmierć – wszystko to toczy się pod gwiazdami Wielkiej Niedźwiedzicy, która staje się tu niemal symbolem fatum. Kto szuka w literaturze autentyzmu, a nie sentymentalnego kiczu, znajdzie go tu w nadmiarze. A kto lubi, by proza miała nerw i tempo – również nie będzie zawiedziony.
Tuż obok należy postawić „Piąty etap” i jego kontynuację „Bogom nocy równi”. To autentyczna proza wywiadowcza, napisana przez człowieka, który sam był agentem „dwójki”. Piasecki nie gloryfikuje służby. Pokazuje jej brud, prowizorkę, moralne kompromisy i absolutną samotność człowieka, który żyje na styku dwóch wrogich światów. Granica, którą opisuje, nie jest linią na mapie – jest strefą, w której prawo przestaje obowiązywać, a człowiek staje się samym sobą w najbardziej pierwotnym sensie. Te książki czyta się dziś z mieszaniną fascynacji i niesmaku, bo uświadamiają, jak cienka jest membrana oddzielająca cywilizację od chaosu.
Jeśli ktoś woli świat jeszcze bardziej mroczny, niech sięgnie po „Trylogię złodziejską”: „Jabłuszko”, „Spojrzę ja w okno…” i „Nikt nie da nam zbawienia…”. Akcja toczy się w Mińsku Litewskim w latach 1918–1919, wśród złodziei, prostytutek, spekulantów i bandytów, którzy kolejno przeżywają okupację niemiecką, polską i bolszewicką. Piasecki nie moralizuje. Pokazuje mechanizm przetrwania w świecie, w którym władza zmienia się jak w kalejdoskopie, a jedyną stałą jest strach i chciwość. Tytuły zaczerpnięte z pieśni złodziejskich i z „Międzynarodówki” mówią same za siebie. To proza o tym, jak człowiek dostosowuje się do każdego systemu – i jak każdy system ostatecznie go pożera.
Na emigracji Piasecki napisał rzeczy jeszcze ostrzejsze. „Zapiski oficera Armii Czerwonej” to satyra genialna w swojej prostocie: stylizowany pamiętnik sowieckiego oficera, który z naiwnością i bezlitosną logiką opisuje „wyzwalanie” Europy. Książka ta powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy dziś rozczulają się nad „czerwonoarmistami-wyzwolicielami”. Piasecki nie potrzebuje wielkich słów – wystarczy mu język propagandy, doprowadzony do absurdu. Podobnie „Siedem pigułek Lucyfera” – groteska o pierwszych latach Polski Ludowej, w której diabeł dziewiątej kategorii przygląda się z niedowierzaniem, jak nowa władza buduje swój raj. Satyra Piaseckiego nie jest delikatna. Jest jak nóż wbity w brzuch.
Warto też przeczytać „Żywot człowieka rozbrojonego” – odtworzoną po latach autobiografię dzieciństwa i młodości. To portret człowieka, który od początku był skazany na marginalność: nieślubne dziecko, wychowywany w biedzie, rzucony w wir historii. Piasecki nie żali się. Opisuje. A opis ten ma siłę, jakiej nie znajdziemy u wielu zawodowych pamiętnikarzy.
Na koniec – cykl „Wieża Babel”: „Człowiek przemieniony w wilka” i „Dla honoru organizacji”. To proza o Wilnie pod okupacją i o Armii Krajowej widzianej nie z perspektywy pomników, lecz z perspektywy człowieka, który musi przetrwać, zabijać i nie zwariować. Piasecki, sam żołnierz Kedywu, nie tworzy legendy. Pokazuje brud konspiracji, strach, zdradę i momenty, w których honor staje się jedynym, co pozostało.
Dlaczego dziś warto czytać Piaseckiego? Bo jego proza nie jest literackim ornamentem. Jest świadectwem. Świadectwem człowieka, który przeżył to, o czym inni tylko pisali. Świadectwem pogranicza – geograficznego, moralnego, politycznego. Świadectwem wolności, która zawsze ma swoją cenę. W czasach, gdy literatura coraz częściej staje się bezpieczną, politycznie poprawną narracją, Piasecki przypomina, że prawdziwa proza potrafi być niebezpieczna. I właśnie dlatego warta przeczytania.
Sięgnijcie po niego. Nie po to, by „odkryć zapomnianego autora”. Po to, by przypomnieć sobie, jak smakuje literatura, która nie boi się prawdy – nawet jeśli ta prawda jest gorzka, brudna i bezlitosna. Sięgnijcie po niego, poznać jak w trudnych czasach przeżyć i zachować człowieczeństwo.




