Do katakumb schodzi się z kaplicy. Nad głową pozostaje Neapol: głośny, ciasny, pełen głosów, klaksonów i rozmów prowadzonych przez otwarte okna. Ktoś rozwiesza pranie. Ktoś woła na sąsiada. Ktoś niesie zakupy. Życie toczy się tutaj tak, jakby śmierć była sprawą odległą, należącą do innego świata.
A przecież wystarczy zejść kilka stopni niżej.
Pod bazyliką Santa Maria della Sanità zaczyna się świat, w którym czas nie płynie już tak samo. Kamień zatrzymuje chłód. Ściany przechowują ślady rąk, które pracowały tu przed półtora tysiącem lat. W półmroku pojawiają się groby, nisze, freski. Człowiek zaczyna rozumieć, że pod miastem istnieje drugie miasto. Starsze. Cichsze. Takie, które nie potrzebuje ulic ani nazw placów, bo jego mieszkańcy nie muszą już nigdzie się śpieszyć…
Dzielnica Sanità powstała w dolinie położonej poza dawnymi murami Neapolu. Grecy i Rzymianie grzebali swoich zmarłych poza granicami zamieszkanego miasta. Najpierw były więc tutaj groby, dopiero później domy. Najpierw umarli, potem żywi. To odwrócenie kolejności nadaje tej dzielnicy szczególny charakter. W innych miastach archeolog szuka przeszłości pod ziemią. Tutaj człowiek idzie ulicą, nie podejrzewając, że pod jego stopami rozciąga się dawna nekropolia. Wchodzi do sklepu, kupuje kawę, zatrzymuje się na rozmowę. Pod nim, w tufowej skale, wykuto komory, w których ludzie składali swoich bliskich na wieczny odpoczynek.
Historia Sanità jest historią miasta, które zbudowało codzienność na cmentarzu.
Katakumby San Gaudioso noszą imię człowieka, który przybył tutaj z Afryki Północnej. Nazywał się Septymiusz Celius Gaudioso. Był biskupem i, zgodnie z tradycją, uciekł przed prześladowaniami związanymi z najazdem Wandalów na Afrykę Północną. Do Neapolu dotarł w 439 roku. Przybysz z dalekiej krainy znalazł schronienie w mieście, które samo żyło na styku światów. Neapol od stuleci był portem, przez który przepływali kupcy, żołnierze, wygnańcy i pielgrzymi. Morze przynosiło bogactwo, ale przynosiło także ludzi pozbawionych ojczyzny.
Gaudioso umarł prawdopodobnie około 451–453 roku. Pochowano go gdzieś w tej okolicy. Jego grób stał się miejscem kultu, a nekropolia zaczęła rozwijać się wokół pamięci o biskupie. Wierni pragnęli spocząć blisko człowieka, którego uważali za świętego. W ich wyobrażeniu świętość nie kończyła się wraz ze śmiercią. Przeciwnie, dopiero wtedy miała ujawniać pełnię swojej mocy.
Można sobie wyobrazić, jak przychodzili tu ludzie z miasta. Przynosili prośby, wspomnienia, lęk przed śmiercią i nadzieję na życie wieczne. Nie zostawiali po sobie listów, które moglibyśmy dziś przeczytać. Zostawili groby i proch, w który obróciły się ludzkie kości. W katakumbach człowiek nie jest jednak zupełnie anonimowy. Czasami przemawia do nas obraz. Czasami napis. Czasami układ kamieni, który mówi, że pochowany tutaj człowiek był kimś ważnym dla swojej rodziny albo wspólnoty.
Najstarsze partie nekropolii pamiętają pierwszych chrześcijan Neapolu. Zachowały się w nich malowidła i mozaiki z V i VI wieku. To nie są dekoracje stworzone po to, żeby zachwycić turystę. One należały do świata ludzi, którzy wierzyli, że śmierć jest przejściem, a nie końcem.
W podziemnej komorze przewodnik wskazuje sufit. W środku zatartych barw można dostrzec popiersie Chrystusa. W narożnikach przedstawiono symbole czterech ewangelistów: byka, lwa, orła i anioła. Są to znaki symbolizujące: Łukasza, Marka, Jana i Mateusza. Malowidło jest stare, kruche, niepełne. Nie wszystko widać od razu. Trzeba przyzwyczaić wzrok do ciemności. Trzeba pozwolić, żeby obraz powoli wyłonił się z kamienia…

Tak samo jest z historią. Najpierw widzimy tylko fragmenty. Dopiero potem zaczynamy rozumieć, że należą do jednej opowieści. W jednej z komór znajdują się groby typu arcosolium. Nazwa pochodzi od łukowej niszy, pod którą składano zmarłego. Takie groby występowały w katakumbach wczesnochrześcijańskich. W tym miejscu zachowały się ślady dawnego układu pomieszczeń, choć późniejsze przebudowy zmieniły wygląd podziemi.
Z czasem w katakumbach pojawiły się kolejne warstwy historii. Niektóre miejsca przebudowano. Inne zamknięto. Dawne przejścia przestały pełnić swoją pierwotną funkcję. Katakumby nie są więc nieruchomym zabytkiem. Są zapisem kolejnych epok, które wchodziły ze sobą w spór, a następnie pozostawiały po sobie wspólną przestrzeń.
Potem przyszło błoto.
W Neapolu istnieje określenie lava dei Vergini. Nie oznacza ono lawy wulkanicznej. To gwałtowne spływy wody i błota, które schodziły ze wzgórz i zalewały położoną niżej okolicę. Zjawiska te przynosiły zniszczenia i zmieniały krajobraz doliny. Przez stulecia podziemna nekropolia traciła znaczenie. Została opuszczona, a część jej przestrzeni zasypał osad. Świat na powierzchni zmieniał się szybciej niż świat pod ziemią. Powstawały nowe domy, nowe ulice, nowe potrzeby. Dawne groby znikały z ludzkiej pamięci.
Aż nadszedł czas ponownego odkrycia.
W XVI wieku, po wydarzeniach związanych z osuwiskami i odsłonięciem dawnych podziemi, miejsce rozpoznano jako katakumby. Ich historia weszła w nowy etap. Zainteresowali się nimi dominikanie, którzy rozpoczęli przekształcanie całego kompleksu. Wokół katakumb powstała bazylika Santa Maria della Sanità. W 1616 roku obecność dominikanów na dobre wpisała się w historię tego miejsca. Dla zakonników nie była to wyłącznie archeologiczna pamiątka po dawnym chrześcijaństwie. Katakumby znów miały służyć zmarłym. Zmienił się jednak charakter pochówków. W XVII wieku przestrzeń przeznaczano przede wszystkim dla arystokratów i duchownych. Miejsce dawnej wspólnoty wiernych stało się cmentarzem, na którym pozycję społeczną człowieka można było odczytać ze sposobu upamiętnienia jego śmierci.
Wtedy pojawiły się czaszki.
Niektóre umieszczono w specjalnych otworach w ścianach. Pod nimi malowano postacie zmarłych, często w ubraniach i z przedmiotami wskazującymi na ich zawód lub status społeczny. To jeden z najbardziej niezwykłych widoków w katakumbach San Gaudioso. Nad malowanym ciałem znajduje się prawdziwa czaszka. Obraz i szczątki tworzą wspólny portret człowieka. Jedno przedstawia go takim, jakim chciał być zapamiętany. Drugie przypomina, czym ostatecznie się stał.
W tych kompozycjach jest coś więcej niż makabra. Jest opowieść o przemijaniu, ale także o hierarchii społecznej. Nawet śmierć nie zniosła wszystkich różnic. Bogaci i wpływowi otrzymywali szczególne miejsce, a ich pamięć przybierała formę dekoracji, inskrypcji i malowideł. Dominikanie wprowadzili również praktykę osuszania zwłok. Ciała umieszczano w specjalnie przygotowanych miejscach, gdzie ulegały wysuszeniu. Był to element dawnej kultury funeralnej, dziś dla wielu zwiedzających trudny do wyobrażenia.
Trzeba jednak pamiętać, że dla ludzi tamtej epoki śmierć była bliższa codzienności niż dla współczesnego mieszkańca wielkiego miasta. Nie ukrywano jej tak starannie. Nie zamykano w szpitalnych salach i odległych cmentarzach. Była obecna w religii, rodzinie, sztuce i obyczaju. Katakumby pokazują, że ludzie nie tylko bali się śmierci. Próbowali również nadać jej porządek.
Na jednej ze ścian znajduje się wizerunek świętej Katarzyny ze Sieny, dominikańskiej tercjarki i mistyczki, patronki Włoch i Europy. Fresk przypisuje się Giovanniemu Balducciemu, florenckiemu malarzowi działającemu w Neapolu. Według tradycji Balducci miał zrezygnować z wynagrodzenia za swoje prace w zamian za możliwość pochówku w katakumbach pośród arystokracji. Jeśli tak było, historia ta zawiera paradoks, który dobrze pasuje do tego miejsca. Artysta tworzył wizerunki ludzi, których status społeczny zapewniał im szczególne miejsce po śmierci, a sam chciał znaleźć się wśród nich. Nie wiemy, czy kierowała nim ambicja, pobożność, czy zwyczajna ludzka potrzeba pozostawienia po sobie śladu. Możemy tylko patrzeć na jego malowidła i próbować odczytać intencje, które przetrwały w nich dłużej niż sam malarz.
W podziemiach nie ma już ludzi, którzy mogliby je wyjaśnić. Pozostały ich twarze, kości i obrazy. Czas nie rozstrzyga wszystkich zagadek. Czasem jedynie sprawia, że stają się ciekawsze.
Kiedy człowiek wychodzi z katakumb, wraca do zwykłego światła. Do ulicy, na której ktoś sprzedaje warzywa, ktoś rozmawia przez telefon, a skuter przeciska się między samochodami. Neapol nie zatrzymał się ani na chwilę, żeby uczcić tych, którzy spoczywają pod jego domami.
I może właśnie w tym tkwi siła tego miejsca.
Katakumby San Gaudioso nie opowiadają jedynie o chrześcijaństwie, świętych i dawnych obrzędach. Opowiadają o potrzebie bycia zapamiętanym. O człowieku, który chce wierzyć, że jego życie ma znaczenie także wtedy, kiedy sam nie może już o nim opowiedzieć. Biskup z Afryki przybył tu jako uchodźca i pozostał w pamięci miasta na wiele stuleci. Arystokraci pozostawili czaszki i portrety. Malarz pozostawił freski. Robotnicy, którzy drążyli tufową skałę, pozostawili po sobie korytarze. Każdy z nich chciał czegoś innego. Każdy zostawił inny ślad. A nad nimi wszystkimi, na powierzchni, żyje dzielnica Sanità. W jej oknach suszy się pranie. W kościołach odprawiane są msze. W kawiarniach ludzie zaczynają dzień od espresso.
Pod stopami mają miasto, które nie umarło.
Miasto, które pamięta.
I miasto, które nie zawsze wie, że pamięta.
cdn.




