Żerowanie na budżecie!

Date:

W Warszawie wszystko zaczyna się od pieniędzy podatnika. A kończy — najczęściej — na dobrej zabawie. Tym razem dobrą zabawę miała minister Marta Cienkowska. 148 193 zł publicznej dotacji dostała Fundacja Kraina na projekt ReFashioned.

Były warsztaty.

Mentoring.

Wsparcie psychospołeczne.

Showroom.

Panel dyskusyjny.

I oczywiście pokaz mody.

Na wybiegu pojawiła się sama łona – pani minister kultury (wszelakiej): Marta Cienkowska, co przeklina jak szewc i wcale się tego nie wstydzi, bo -jak to sama powiedziała – „ma to po tacie”. Taki otrzymała ujmujący spadek, który musi lewarować do ministerstwa kultury (jako się rzekło – wszelakiej)!

Na wybiegu pani minister pojawiła się pro publico bono.

To ważne. Naprawdę. Minister nie wzięła ani grosza za kręcenie bioderkami, chodzenie po wybiegu. Odetchnąłem z ulgą, spać więc mogę spokojnie, snem sprawiedliwego. Co prawda minister Cienkowskiej za wybieg nie zapłaciłem (jako podatnik), ale już za całą resztę – jak najbardziej TAK!

I tutaj zaczyna się najlepsza część warszawskiej opowieści o wydawaniu publicznych pieniędzy.

Kiedy przeciętny Kowalski wydaje 148 tysięcy złotych na coś, co uważa za znakomity pomysł, odpowiada własnym portfelem. Kiedy robi to państwo, odpowiedzialność rozpływa się gdzieś pomiędzy regulaminem konkursu, komisją oceniającą i komunikatem prasowym o „wartości dodanej”.

A potem przychodzi minister Cienkowska.

I mówi: była dobra sprawa.

Oczywiście, że była.

W Polsce zawsze znajdzie się jakaś dobra sprawa. Dobrych spraw jest bez liku, więcej niż naszych pieniędzy.

Problem polega na czymś innym. Kto ma decydować, która dobra sprawa jest dobra, a która jest jeszcze lepsza? Że o gorszych nie wspomnę. Do takich najgorszych spraw można zaliczyć (chyba?) historię ze sztandarem 68. Pułku Piechoty, który w marcu 2025 odkryli pasjonaci historii. Był ukryty w zakopanej bańce po mleku. Warto dodać, że sztandar był kompletnie zdewastowany. Na renowacje tego unikalnego obiektu historycznego potrzebne było…200 tys. PLN. Pierwotnie ministerstwo pani Cienkowskiej…omówiło partycypowania w ratowaniu obiektu. Dopiero pod presją społeczną ministerstwo ugięło się i w tym roku przyznało 250 tys. PLN. Ale co tam zbutwiały sztandar, gdy można przejść się po wybiegu… Cóż szkodzi się poruszać, próbować pokręcić bioderkami.

Kto decyduje o wydawaniu publicznego grosza? Urzędnik? Komisja? Minister? Czy może człowiek, który te pieniądze zarobił?

To pytania są mniej efektowne niż zdjęcie pani minister na wybiegu czy też na dachu Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, po którym to pani minister paradowała w szpilkach (jakieś nowe wytyczne BHP) i gdzie można było dumnie napiąć damski biceps.

Mamy dzisiaj w Polsce system osobliwy.

Najpierw państwo zabiera pieniądze.

Potem tworzy instytucję, która je rozdziela.

Potem instytucja finansuje projekt.

Potem minister pojawia się na jego scenie.

A kiedy ktoś pyta, czy to wszystko miało sens, słyszy, żeby „zdjąć polityczne okulary”.

Nie!

Podatnik powinien i ma prawo założyć okulary księgowego. Bo to JEGO pieniędzmi pani minister szasta na lewo i prawo.   I jedno pytanie hula mi na poddaszu: Czy naprawdę trzeba było najpierw zabrać te pieniądze wszystkim Polakom, żeby potem ktoś mógł zdecydować, że właśnie na to warto je wydać?

Bo może największą innowacją w finansowaniu kultury byłoby nie kolejne państwowe rozdanie.

Może byłoby nią pozwolenie obywatelowi, żeby sam zdecydował, na co chce przeznaczyć własne pieniądze: na Wawel czy na obieranie ziemniaków w Zachęcie?

To dopiero byłby eksperyment.

I, co gorsza dla Warszawy, eksperyment bez ministerialnego wybiegu.

Kiedy państwo zabiera człowiekowi sto złotych, żeby następnie oddać mu złotówkę na kulturę, nie jest mecenasem sztuki. Jest po prostu bardzo drogim pośrednikiem. Kiedy ten pośrednik zaczyna brać udział w pokazie mody, pozostaje już tylko pytanie, kto właściwie powinien zejść z wybiegu.

Minister?

Urzędnik?

Czy może cały system, w którym cudze pieniądze wydaje się z taką lekkością, z jaką własnych nigdy by się nie wydało?

Kultura nie umrze bez ministerstwa. Może również przeżyć bez państwowego portfela — zwłaszcza jeśli przestaniemy mylić mecenat z wydawaniem cudzego grosza.

A podatnikowi pozostanie wtedy coś bezcennego.

Nie wejściówka na pokaz.

Nie panel dyskusyjny.

Nie „wsparcie psychospołeczne”.

Tylko jego własne, ciężko zarobione pieniądze, które może wydać na co chce; na spełnianie dziecięcych fantazji małej Marty czy na renowację Starych Powązek. 

I to byłby dopiero prawdziwie kulturalny finał.

A tak pozostają tylko złe języki, że pani minister (palcami uczesana) bawi się na nasz koszt.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł
Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Siła strachu!

Myśl (sformułował ją podobno Allan Wolfe, ale głowy nie...

Ryngraf, który jest świadectwem!

Są przedmioty, które mają ciężar większy od swojej wagi....

W Krakowie opadły maski!

Dzięki przedterminowym wyborom prezydenckim w Krakowie, dowiedzieliśmy się jak...

„Była tak zaszczuta, że bała się wychodzić z domu”. Nie żyje „emerytka z Torunia”

10 września zmarła Pani Izabela Majewska – słynna „emerytka...